10.08.2026, 15:59 ✶
Nie cofnęła ramienia.
Palce zatrzymały się na materiale, nie na skórze — o cały szew przedwcześnie, jakby liczył się z tym, że być może odmówi mu tak samo bezgłośnie, jak on pytał. Znała taki dotyk i wiedziała, czego on wymaga. Żeby nie odpowiadać od razu, na pewni nie gwałtownie i zuchwale. Bo każdy najdrobniejszy ruch jak przechylenie głowy, drgnięcie barku, cięższy oddech wybity z płuc, byłby dla niego pozwoleniem na odwrót, a Savaš, z naturą młodocianego jelonka, potrafił zapewne wycofywać się szybciej, niż kończyłaby się jej decyzja o reakcji. Stała więc bez ruchu i pozwoliła mu trzymać ten skrawek materiału tak długo, jak sam tylko uznał, że warto.
Nowe przyjaźnie darowała sobie lata temu. Nie z niechęci; po prostu tych, których w swoim życiu miała, znała, zanim jeszcze umieli przeklinać i wydawało jej się, że tak już miało zostać do samego końca — że nowych twarzy się nie znajdowało tuż przed trzydziestką, tak jak nie znajdowało się już nowych zębów (chyba, że zostało się ofiarą okrutnej klątwy mleczakowej, o której kiedyś czytała).
Zresztą, do warsztatu nikt nie wchodził bez powodu i przez kilkanaście lat nie zdarzyło się inaczej. Ktoś przychodził po podpis, stara sąsiadka po kogoś, kto wysłucha monologów, klienci po różdżkę tańszą i lepszą jednocześnie. Niestety, nawet ich życzliwość miała dno i widać je było już od samego progu, jak złote monety na płyciźnie. Nikt nie chciał poznawać się głębiej i na dłużej, bo było to za trudne i Septima była skłonna się z tym zgodzić.
Ale on potrafił iść obok niej pół godziny i nie odezwać się ani razu, i nie było w tym milczeniu żadnej próby, żadnego rozdrażnionego czekania, aż ona zacznie. Szedł swoim tempem, przystawał, kiedy coś przystanięcia wymagało, ruszał dalej i przez cały ten czas nie chciał od niej absolutnie niczego — ani zdania, ani przysługi, ani nawet uwagi.
To była zresztą jedyna rzecz, którą jej dawał, i jedyna, której nie umiałaby sobie kupić: godzina, w której nie musiała być nikim konkretnym. Nie córką, ani nie rzemieślniczką. Nawet nie bezimienną Ollivander.
Poza tym przepraszał grzyby, na które nadepnął, i wynosił żuki za próg, a nikt na niego wtedy nawet nie patrzył.
Myślała, że takich rzeczy nie robi się już gdy wyrośnie się z dziecinnej niewinności, że to wysycha samo, po cichu, jak lepka żywica w źle złożonym drewnie. Tyle ciepła, tyle życzliwości.
A on przecież nawet nie żył.
Dlatego też, odkąd tylko go poznała to wracało do niej to samo pytanie, pytanie które zresztą zawsze wracało nie w porę: dlaczego on. Nie jak — jak zdążyła sobie wyobrazić aż nadto dokładnie, w tych wersjach, które przychodziły nad ranem — ale dlaczego akurat ten jeden człowiek. Bo to nie był wypadek, nie pijana bójka za karczmą ani choroba, która bierze kogo popadnie; ktoś musiał go najpierw wybrać, wypatrzyć, poczekać, potem znieść jego przerażenie i mimo tego przerażenia dokończyć. Ktoś patrzył na Savaša — na człowieka, który przepraszał, kiedy nadepnął na grzyb — i uznał, że to właśnie jemu można to zrobić. Tego nie potrafiła pojąć bardziej niż samej nekromancji. Rozumiała chciwość, rozumiała zemstę oraz ludzkie impulsy, ale nie umiała ułożyć w głowie ręki, która wymierza w jego kierunku zaklęcia cierpienia.
I najbrzydsza z myśli, ta, którą odsuwała zwykle po dwóch sekundach, dziś stanęła przy niej i nie chciała odejść. W tamtym domu był przecież ktoś zbudowany dokładnie do znoszenia takich rzeczy. Mykew miał twarz z tego samego bałkańskiego surowca, z jakiego robiło się osie młyńskie — o twarzy surowej i srogiej, nieustępliwy, ciosany z czegoś, co nie pęka, tylko rozłupuje wszystko, o co uderzy; gdyby wypadkowe losu musiały zabrać kogoś z tej rodziny, wybrały sobie do tego jedyną osobę, która nie miała jak się bronić.
Dlaczego nikt Savaša przed tym wszystkim nie uchronił?
— Nie wiesz wszystkiego o korzeniach — powiedziała, a głos wyszedł jej niższy niż zwykle — wchodzą w szczeliny fundamentów, kiedy są jeszcze cienkie jak włos. Potem czekają rok, może dziesięć. A potem ściana w domu pęka akurat w miejscu, w którym nigdy nie było żadnego drzewa. —
Zabrzmiało to jakoś smutno, a na pewno żałośnie i defensywnie, więc zamilkła na moment i pozwoliła, żeby las dodał za nią jakąś dobrą puentę, ale las również zamilkł słysząc ten bełkot, a chłopak nie zasługiwał na takie smęty zwieńczone ciszą.
— A jednak masz rację co do jednej rzeczy — przyznała. — Ziemia przestaje być obca.
Coś w niej wyraźnie ustąpiło, bo najpierw rozluźniły się barki, potem szczęka, a na końcu sama twarz. I to była chyba jedyna rzecz, którą naprawdę pamiętała z tej chwili, bo o własnym uśmiechu nigdy nie umiała powiedzieć, kiedy się zaczął.
— Chyba mam już dość tych metafor na dziś, Savašie.
Potem uniosła rękę i zrobiła dokładnie to, na co on nie zdołał się odważyć. Ujęła jego dłoń — nie materiał rękawa, nie skrawek płaszcza, tylko chłodne, suche palce, które w pierwszej chwili napięły się w jej uścisku jak coś schwytanego. Trzymała mocno, tak jak trzymało się kogoś, kto stoi na gibającej się, wąskiej kładce i twierdzi, że absolutnie wcale nie ma lęku wysokości.
Parsknęła cicho, bardziej wydechem niż głosem i przez chwilę stali w ściółce jako dwoje ludzi, z których żadne niczego od drugiego nie chciało oprócz własnej obecności i to było zarówno tak samo niedorzeczne jak i naturalne, tak jak wszystkie korzenie, drzewa i grzyby lasu, w którym sobie swoją przyjaźń obiecywali.
Palce zatrzymały się na materiale, nie na skórze — o cały szew przedwcześnie, jakby liczył się z tym, że być może odmówi mu tak samo bezgłośnie, jak on pytał. Znała taki dotyk i wiedziała, czego on wymaga. Żeby nie odpowiadać od razu, na pewni nie gwałtownie i zuchwale. Bo każdy najdrobniejszy ruch jak przechylenie głowy, drgnięcie barku, cięższy oddech wybity z płuc, byłby dla niego pozwoleniem na odwrót, a Savaš, z naturą młodocianego jelonka, potrafił zapewne wycofywać się szybciej, niż kończyłaby się jej decyzja o reakcji. Stała więc bez ruchu i pozwoliła mu trzymać ten skrawek materiału tak długo, jak sam tylko uznał, że warto.
Nowe przyjaźnie darowała sobie lata temu. Nie z niechęci; po prostu tych, których w swoim życiu miała, znała, zanim jeszcze umieli przeklinać i wydawało jej się, że tak już miało zostać do samego końca — że nowych twarzy się nie znajdowało tuż przed trzydziestką, tak jak nie znajdowało się już nowych zębów (chyba, że zostało się ofiarą okrutnej klątwy mleczakowej, o której kiedyś czytała).
Zresztą, do warsztatu nikt nie wchodził bez powodu i przez kilkanaście lat nie zdarzyło się inaczej. Ktoś przychodził po podpis, stara sąsiadka po kogoś, kto wysłucha monologów, klienci po różdżkę tańszą i lepszą jednocześnie. Niestety, nawet ich życzliwość miała dno i widać je było już od samego progu, jak złote monety na płyciźnie. Nikt nie chciał poznawać się głębiej i na dłużej, bo było to za trudne i Septima była skłonna się z tym zgodzić.
Ale on potrafił iść obok niej pół godziny i nie odezwać się ani razu, i nie było w tym milczeniu żadnej próby, żadnego rozdrażnionego czekania, aż ona zacznie. Szedł swoim tempem, przystawał, kiedy coś przystanięcia wymagało, ruszał dalej i przez cały ten czas nie chciał od niej absolutnie niczego — ani zdania, ani przysługi, ani nawet uwagi.
To była zresztą jedyna rzecz, którą jej dawał, i jedyna, której nie umiałaby sobie kupić: godzina, w której nie musiała być nikim konkretnym. Nie córką, ani nie rzemieślniczką. Nawet nie bezimienną Ollivander.
Poza tym przepraszał grzyby, na które nadepnął, i wynosił żuki za próg, a nikt na niego wtedy nawet nie patrzył.
Myślała, że takich rzeczy nie robi się już gdy wyrośnie się z dziecinnej niewinności, że to wysycha samo, po cichu, jak lepka żywica w źle złożonym drewnie. Tyle ciepła, tyle życzliwości.
A on przecież nawet nie żył.
Dlatego też, odkąd tylko go poznała to wracało do niej to samo pytanie, pytanie które zresztą zawsze wracało nie w porę: dlaczego on. Nie jak — jak zdążyła sobie wyobrazić aż nadto dokładnie, w tych wersjach, które przychodziły nad ranem — ale dlaczego akurat ten jeden człowiek. Bo to nie był wypadek, nie pijana bójka za karczmą ani choroba, która bierze kogo popadnie; ktoś musiał go najpierw wybrać, wypatrzyć, poczekać, potem znieść jego przerażenie i mimo tego przerażenia dokończyć. Ktoś patrzył na Savaša — na człowieka, który przepraszał, kiedy nadepnął na grzyb — i uznał, że to właśnie jemu można to zrobić. Tego nie potrafiła pojąć bardziej niż samej nekromancji. Rozumiała chciwość, rozumiała zemstę oraz ludzkie impulsy, ale nie umiała ułożyć w głowie ręki, która wymierza w jego kierunku zaklęcia cierpienia.
I najbrzydsza z myśli, ta, którą odsuwała zwykle po dwóch sekundach, dziś stanęła przy niej i nie chciała odejść. W tamtym domu był przecież ktoś zbudowany dokładnie do znoszenia takich rzeczy. Mykew miał twarz z tego samego bałkańskiego surowca, z jakiego robiło się osie młyńskie — o twarzy surowej i srogiej, nieustępliwy, ciosany z czegoś, co nie pęka, tylko rozłupuje wszystko, o co uderzy; gdyby wypadkowe losu musiały zabrać kogoś z tej rodziny, wybrały sobie do tego jedyną osobę, która nie miała jak się bronić.
Dlaczego nikt Savaša przed tym wszystkim nie uchronił?
— Nie wiesz wszystkiego o korzeniach — powiedziała, a głos wyszedł jej niższy niż zwykle — wchodzą w szczeliny fundamentów, kiedy są jeszcze cienkie jak włos. Potem czekają rok, może dziesięć. A potem ściana w domu pęka akurat w miejscu, w którym nigdy nie było żadnego drzewa. —
Zabrzmiało to jakoś smutno, a na pewno żałośnie i defensywnie, więc zamilkła na moment i pozwoliła, żeby las dodał za nią jakąś dobrą puentę, ale las również zamilkł słysząc ten bełkot, a chłopak nie zasługiwał na takie smęty zwieńczone ciszą.
— A jednak masz rację co do jednej rzeczy — przyznała. — Ziemia przestaje być obca.
Coś w niej wyraźnie ustąpiło, bo najpierw rozluźniły się barki, potem szczęka, a na końcu sama twarz. I to była chyba jedyna rzecz, którą naprawdę pamiętała z tej chwili, bo o własnym uśmiechu nigdy nie umiała powiedzieć, kiedy się zaczął.
— Chyba mam już dość tych metafor na dziś, Savašie.
Potem uniosła rękę i zrobiła dokładnie to, na co on nie zdołał się odważyć. Ujęła jego dłoń — nie materiał rękawa, nie skrawek płaszcza, tylko chłodne, suche palce, które w pierwszej chwili napięły się w jej uścisku jak coś schwytanego. Trzymała mocno, tak jak trzymało się kogoś, kto stoi na gibającej się, wąskiej kładce i twierdzi, że absolutnie wcale nie ma lęku wysokości.
Parsknęła cicho, bardziej wydechem niż głosem i przez chwilę stali w ściółce jako dwoje ludzi, z których żadne niczego od drugiego nie chciało oprócz własnej obecności i to było zarówno tak samo niedorzeczne jak i naturalne, tak jak wszystkie korzenie, drzewa i grzyby lasu, w którym sobie swoją przyjaźń obiecywali.
Kocham drewno i duże bicepsy.