Gdy wszystko się zaczęło, opryskiwała rośliny miksturą przeciwko szkodnikom. Każdy zielarz czy ogrodnik wie, że najlepsza pora na wszelkie opryski z mikstur była wieczorem lub wczesnym rankiem, a że Sabrina wolała pospać, niż zrywać się z łóżka o świcie, wybrała właśnie tę porę. Dobrze się złożyło że nie drzemała, bo gdy usłyszała w magicznym radiu o atakach, zobaczyła co się dzieje za oknami szklarni i poczuła dym wdzierający jej się do pomieszczeń, szybko zabrała wszystko co potrzebne i przeteleportowała się do Londynu. Mogła się domyślać, co działo się w Mungu i ani trochę się nie pomyliła.
Wystarczyło, że przekroczyła próg, a już jej obawy znalazły swoje potwierdzenie w płaczących i spanikowanych, okaleczonych i zakrwawionych czarodziejach. Praktycznie od razu zabrała się do pracy, oferując pomoc w wytwarzaniu leczniczych maści i eliksirów na Izbie Przyjęć. Rannych jednak z każdą chwilą przybywało i choć wiedziała, że jej pomoc przydaje się magimedykom, momentami łapała coraz większe zwątpienie. W swoje umiejętności, w to, czy składniki nie zaczną się wkrótce kończyć, czy w to, czy aby na pewno nie popełni jakiegoś błędu z najzwyczajniejszego na świecie stresu. Trzymała go jednak w ryzach, ponieważ adrenalina buzowała jej w żyłach z taką mocą, jak jeszcze nigdy wcześniej. Bo też nigdy wcześniej nie została postawiona w takiej sytuacji. Nie licząc oczywiście szkoleń czy wszystkich zasad postępowania w kryzysowych sytuacjach, znanych jej dotychczas głównie w teorii. Przecież na ogół jej praca była dość spokojna, a przynajmniej spokojniejsza niż ten chaos.
Najpewniej do końca dnia stwierdziłaby, że choć faktycznie cała ta sytuacja jest trudna, da się ją opanować, gdyby nie to, co stało się około północy. Właśnie podawała kobiecie ze złamaną nogą eliksir wspomagający wzrost kości, mówiąc jej, że musi go wypić, nieważne jak źle smakuje, takie było w końcu zalecenie medyka prowadzącego, który ją do niej wysłał. Po dopilnowaniu tego, żeby kobieta wypiła medykament, uśmiechnęła się do niej pokrzepiająco i skierowała swoje kroki w kierunku małego stanowiska, gdzie mogła na szybko przygotowywać niezbędne leki. Na korytarzu było jednak tłoczno, bo tylko te najpilniejsze przypadki dostawały osobne sale, a korytarz był miejscem, gdzie siedziała większość pacjentów potrzebujących mniej pilnej opieki zdrowotnej.
W pewnym momencie poczuła szarpnięcie za rękę, które poskutkowało obróceniem się w stronę nieznajomego. Zanim zorientowała się, kto do tego doprowadził, poczuła ogromny ból nosa. Upuściła pustą fiolkę po eliksirze, który podała wcześniej jednej z pacjentek i zawyła z bólu. Od razu zakryła twarz, czując lepką, ciepłą ciecz wypływającą z nozdrzy. Choćby chciała, nie byłaby w stanie dostrzec twarzy osoby, która ją zaatakowała. Był biały i miał włosy w odcieniu mysiego futerka, ale jego twarz była zupełnie rozmyta przez łzy, które z bólu zebrały jej się w oczach.
– To za moją córkę, ty szmato – powiedział i wyglądał tak, jakby chciał uderzyć ją jeszcze raz. Został jednak obezwładniony zaklęciem przez jednego z czarodziejów. Sabrina nie była w stanie stwierdzić przez kogo. Miała wrażenie jakby świat się wokół niej kręcił i nie była pewna jak sobie z tym poradzić. Próbowała złapać oddech, ale czuła ucisk w klatce piersiowej, który zwiastował… Wiedziała co. Dlatego też musiała się jakoś uspokoić. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby dostała ataku paniki w czasie pracy, i to tak intensywnej pracy. Słyszała jak ktoś wołał do niej po imieniu albo jej się tak tylko wydawało. W gruncie rzeczy dzwoniło jej z tego wszystkiego w uszach. Tak czy siak machnęła ręką, mając nadzieję, że jeśli ktoś ją faktycznie wołał, zrozumie ten ruch jako "poradzę sobie, dzięki". No bo przecież nie w takich sytuacjach już sobie radziła…
Myślała jedynie o tym, o co mogło chodzić temu mężczyźnie? Czyżby dokonał tego ataku przez jej status krwi? Nieskutecznie próbując jednocześnie iść do bezpieczniejszego miejsca, aby się uspokoić, wpadła na kogoś znajomego. A przynajmniej tak jej się wydawało. Nic jednak nie powiedziała, niezdolna do powiedzenia czegokolwiek.