11.09.2026, 15:47 ✶
Od samego rana miałem nieprzyjemne wrażenie, że ktoś się na mnie gapił. Obudziłem się z bólem czaszki rozlanym od skroni aż po kark, z językiem przyklejonym do podniebienia i z takim ciężarem w żołądku, że przez kilka długich minut leżałem bez ruchu, zastanawiając się, czy naprawdę musiałem wstawać, czy może istniał jakiś, jakikolwiek, choćby nawet skrajnie nierozsądny argument przemawiający za tym, żebym mógł pozostać pod kołdrą już do końca życia. Telepało mną przy tym od środka, chociaż w pokoju nie było szczególnie zimno, kiedy natomiast wreszcie zwlokłem się z łóżka, kolana miałem miękkie, plecy obolałe, ręce ciężkie, a każdy krok przypominał mi, że najwyraźniej poprzedniego dnia zrobiłem ze swoim organizmem coś wyjątkowo głupiego.
Tymczasowo zajmowane przeze mnie lokum było obskurne nawet przy najlepszym świetle, rano zaś wyglądało tak, jakby właściciel przed laty wygrał je w zakładzie i do tej pory nie znalazł wystarczająco dobrego powodu, żeby się go pozbyć, przy czym stety-niestety nie spłonęło ono w niedawnych pożarach, ale przynajmniej posłanie było ciepłe, miękkie i przez kilka ostatnich godzin stanowiło jedyne miejsce na świecie, w którym chciałem przebywać. Nie miałem jednak luksusu pozostania w czterech ścianach - musiałem wygrzebać się spod sterty pierzyn i ruszyć na spotkanie, którego nie mogłem odwołać, choćbym bardzo chciał, a chciałem bez wątpienia, klient tego konkretnego typu był jednak moim panem, przynajmniej dopóty, dopóki jego sprawa pozostawała na mojej głowie, więc ubrałem się, przełknąłem coś, co z można było nazwać „śniadaniem” tylko przy przyjęciu bardzo liberalnej definicji tego słowa, po czym wyszedłem na chłód jesiennego poranka, dalej dosłownie telepiąc każdym fragmentem ciała.
Zrobiłem tak właściwie tylko kilka kroków przypominających chód najebanego paralityka, zanim zauważyłem na końcu ulicy przedziwnie wyglądający cień, który swoim kształtem nie pasował do niczego, co znajdowało się w jego pobliżu - „stał” albo raczej „rozciągał się” przy murze, długi i cienki, rozlany po kamieniach pod kątem, którego nie potrafiłem przypisać żadnemu logicznemu fragmentowi okolicznej infrastruktury, ani człowiekowi, ani drzewu, ani latarni - nie wiedziałem nawet, co takiego dokładnie w nim wywołało we mnie na tyle niepokojące uczucie, iż zwróciłem na niego uwagę w tym stanie samopoczucia, może było to po prostu zawodowe spaczenie, lecz kiedy zatrzymałem się i spojrzałem uważniej, wbijając spojrzenie w nieoczekiwaną anomalię, ona tak po prostu zniknęła. „Puff!” - wyparowała, chociaż poza tym nie zmieniło się nic więcej, światło nie zaczęło padać pod innym kątem, zza drzew nie wychyliły się promienie słoneczne, nic takiego.
Uznałem zatem, że byłem zwyczajnie kurewsko niewyspany, prawdopodobnie mający zalążki grypy, więc coś musiało mi się przywidzieć, była to zresztą całkiem rozsądna diagnoza, biorąc pod uwagę ostatnie tygodnie, ilość roboty i fakt, że moje życie od pewnego czasu miało wyjątkowo kiepską tendencję do komplikacji, jeśli chodziło o dostarczanie mi powodów do odpoczynku. To po prostu musiała być kwestia złego światła, gorączki i mojej własnej skłonności do doszukiwania się kłopotów tam, gdzie ktoś rozsądny doszedłby do wniosku, że najwyżej jakaś ułamana albo pokrzywiona gałąź wygięła się pod naporem wilgotnych liści i silnego podmuchu jesiennego wiatru. Przetarłem oczy, przeklinając okoliczności i własną głupotę, ale kiedy kilka minut później obejrzałem się przez ramię, znów miałem pewność, że coś było nie tak i ktoś na mnie patrzył…
!Strach przed imieniem
Tymczasowo zajmowane przeze mnie lokum było obskurne nawet przy najlepszym świetle, rano zaś wyglądało tak, jakby właściciel przed laty wygrał je w zakładzie i do tej pory nie znalazł wystarczająco dobrego powodu, żeby się go pozbyć, przy czym stety-niestety nie spłonęło ono w niedawnych pożarach, ale przynajmniej posłanie było ciepłe, miękkie i przez kilka ostatnich godzin stanowiło jedyne miejsce na świecie, w którym chciałem przebywać. Nie miałem jednak luksusu pozostania w czterech ścianach - musiałem wygrzebać się spod sterty pierzyn i ruszyć na spotkanie, którego nie mogłem odwołać, choćbym bardzo chciał, a chciałem bez wątpienia, klient tego konkretnego typu był jednak moim panem, przynajmniej dopóty, dopóki jego sprawa pozostawała na mojej głowie, więc ubrałem się, przełknąłem coś, co z można było nazwać „śniadaniem” tylko przy przyjęciu bardzo liberalnej definicji tego słowa, po czym wyszedłem na chłód jesiennego poranka, dalej dosłownie telepiąc każdym fragmentem ciała.
Zrobiłem tak właściwie tylko kilka kroków przypominających chód najebanego paralityka, zanim zauważyłem na końcu ulicy przedziwnie wyglądający cień, który swoim kształtem nie pasował do niczego, co znajdowało się w jego pobliżu - „stał” albo raczej „rozciągał się” przy murze, długi i cienki, rozlany po kamieniach pod kątem, którego nie potrafiłem przypisać żadnemu logicznemu fragmentowi okolicznej infrastruktury, ani człowiekowi, ani drzewu, ani latarni - nie wiedziałem nawet, co takiego dokładnie w nim wywołało we mnie na tyle niepokojące uczucie, iż zwróciłem na niego uwagę w tym stanie samopoczucia, może było to po prostu zawodowe spaczenie, lecz kiedy zatrzymałem się i spojrzałem uważniej, wbijając spojrzenie w nieoczekiwaną anomalię, ona tak po prostu zniknęła. „Puff!” - wyparowała, chociaż poza tym nie zmieniło się nic więcej, światło nie zaczęło padać pod innym kątem, zza drzew nie wychyliły się promienie słoneczne, nic takiego.
Uznałem zatem, że byłem zwyczajnie kurewsko niewyspany, prawdopodobnie mający zalążki grypy, więc coś musiało mi się przywidzieć, była to zresztą całkiem rozsądna diagnoza, biorąc pod uwagę ostatnie tygodnie, ilość roboty i fakt, że moje życie od pewnego czasu miało wyjątkowo kiepską tendencję do komplikacji, jeśli chodziło o dostarczanie mi powodów do odpoczynku. To po prostu musiała być kwestia złego światła, gorączki i mojej własnej skłonności do doszukiwania się kłopotów tam, gdzie ktoś rozsądny doszedłby do wniosku, że najwyżej jakaś ułamana albo pokrzywiona gałąź wygięła się pod naporem wilgotnych liści i silnego podmuchu jesiennego wiatru. Przetarłem oczy, przeklinając okoliczności i własną głupotę, ale kiedy kilka minut później obejrzałem się przez ramię, znów miałem pewność, że coś było nie tak i ktoś na mnie patrzył…
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)