- Asz za dobsze. - Przyznałem, obserwując Prudence, gdy ostrożnie przechodziła przez kolejne fragmenty mokrego gruntu, wiedziałem, jak bardzo potrafiła zatrzymać się na czymś, co dla większości ludzi kończyło się na pierwszym wniosku, znaleźć jeszcze kilka innych możliwości, czasami bardzo sensownych, czasami kompletnie absurdalnych, ale zawsze wystarczających, żeby spojrzeć na sprawę od innej strony. Czasami doprowadzała mnie do szału, szczególnie kiedy próbowała znaleźć sens tam, gdzie ja widziałem zwyczajny przypadek albo wyjątkowo nieciekawą konieczność, z drugiej strony właśnie ta potrzeba rozumienia świata w inny sposób niż u mnie sprawiała, że nigdy nie nudziłem się w jej towarzystwie. W moim przypadku oznaczało to również, że każde własne słowo powinienem był ważyć odrobinę dokładniej, chociaż oczywiście rzadko kiedy miałem na tyle chęci lub rozsądku, żeby rzeczywiście to robić - było to szczególnie prawdziwe w czasach, kiedy byliśmy młodsi, i kiedy przypadkowa rozmowa potrafiła zamienić się w walkę o to, kto ostatni wypowie swoje zdanie - obecnie nie zamierzałem jej, oczywiście, na siłę przekonywać do niczego, czego sama nie wiedziała i nie aprobowała, ale droczenie się z nią było zbyt łatwe, żeby z niego zrezygnować.
- Mój słuch działa bes zaszutu. - Odpowiedziałem. - To ty po plostu balso zlęsznie unikasz powiedzenia, sze czasami mam lasję. - Uśmiechnąłem się wymownie, bo oboje wiedzieliśmy, że właśnie próbowałem ją sprowokować, nie potrzebowałem nawet specjalnego potwierdzenia, że nie miała do mnie żadnych zastrzeżeń, chociaż dobrze było to usłyszeć, szczególnie kiedy mówiła o tym tak naturalnie, bez wielkich deklaracji i zbędnego dramatyzmu. Ruszyłem dalej, ostrożnie omijając miejsce, w którym trawa rosła podejrzanie bujnie, bo po poprzednich doświadczeniach z torfowiskami wolałem nie przekonywać się osobiście, czy pod spodem znajdowała się ziemia, czy kilka metrów bardzo zimnej wody. Naprawdę doceniałem to, że nie chciała nic zmieniać ani we mnie, ani w naszym wspólnym życiu - i vice versa, ja również nie potrzebowałem niczego więcej - w zupełności wystarczyło mi to, co wiedziałem o niej i o nas, a przede wszystkim wystarczał mi fakt, że była ze mną właśnie tutaj, w samym środku mokradeł, z wymarzoną srebrną ozdobą głowy przeznaczoną na ofiarę, zamiast siedzieć gdzieś w swoim uroczym mieszkaniu i prowadzić znacznie rozsądniejsze życie, czekając na prawdziwego księcia z bajki, który kupiłby tę koronę wyłącznie dla niej.
- Plue. - Rozłożyłem ręce, zatrzymując się u celu i patrząc na nią z wyraźnym oburzeniem. - Nie jestem cięszki. To są mięśnie. - Poprawiłem ją, po czym poklepałem się dłonią po boku. - To, sze sama waszysz tyle, co wolek mąki nie upowasznia cię do dysklyminacji osób ponadpszeciętnie umięśnionych… - „I skromnych przy okazji". - Zmierzyłem wzrokiem jej drobną sylwetkę i pokręciłem głową. - Poza tym jesteś usdlowicielką. Naplawdę zamieszasz uszywaś tak nieplecysyjnej telminologii w stosunku do własnego męsza? - Uniosłem brew, zazwyczaj naprawdę mógłbym wykorzystać ten cały „ciężar” w słusznym celu, ale teraz to już tym bardziej nie zamierzałbym tego zrobić, zresztą, to miał być jej rytuał, jej dar i jej decyzja, zaś moja rola ograniczała się do tego, żeby nie pozwolić Prue zrobić sobie krzywdy i jednocześnie nie odebrać jej satysfakcji z samodzielnego wykonania zadania. Przykucnąłem na chwilę, aby sprawdzić uszkodzenia po pierwszej próbie, ale zgodnie z wcześniejszą umową nawet nie wyciągnąłem ręki w stronę przedmiotu, nie zamierzałem jej w tym wyręczać, chociaż widok tego nieszczęsnego diademu ze srebra wciśniętego w ziemię był wystarczająco zabawny, żebym musiał naprawdę pilnować własnej twarzy - przygryzłem wewnętrzną stronę policzka, żeby się nie roześmiać.
- No dalej, Milady. - Dodałem, uśmiechając się pod nosem, po czym cofnąłem się jeszcze o kilka kroków, żeby przypadkiem nie znaleźć się na drodze kolejnego podejścia. - Pokasz temu kawałkowi slebla, kto tu sządzi. - Wbrew pozorom, naprawdę chciałem, żeby kolejna próba faktycznie się powiodła. Mogłem ją drażnić, mogłem komentować jej technikę, mogłem nawet otwarcie śmiać się później, podając jej rękę, jeśli skończyłaby z nogą w kolejnej dziurze powstałej w grząskiej ziemi zamiast z uszkodzonym srebrem, ale nie mogłem zrobić niczego za nią, dlatego tylko skrzyżowałem ręce na piersi i patrzyłem na ten cały zgrabniutki wyskok godny panny skaczącej przez ognisko podczas równonocy wiosennej, gotowy za to złapać ją, jeśli jej własny pęd miałby okazać się jeszcze większym przeciwnikiem niż kruszec, z którego stworzono wotum ofiarne - patrzyłem na nią uważnie, świadomie nie ruszając się ani o krok, choć każdy instynkt podpowiadał mi, żebym wewnątrz pozostawał w gotowości, aby w razie czego przyasekurować ją, gdyby zamiast na srebrze wylądowała na własnym tyłku. Było to całkiem prawdopodobne.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)