• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[21/10/1972] The lower the sun, the longer the shadow | Benjy, Prue

[21/10/1972] The lower the sun, the longer the shadow | Benjy, Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
11.09.2026, 23:36  ✶  
Prue znała ją całe życie, więc dla niej ten sposób działania musiał być już czymś równie naturalnym jak oddychanie, podczas gdy ja za każdym razem miałem wrażenie, że Ellie prowadziła ze mną jakąś długoterminową grę, której zasad nikt nigdy nie raczył mi wyjaśnić, co najwyraźniej nie miało nigdy ulec zmianie.
- Asz za dobsze. - Przyznałem, obserwując Prudence, gdy ostrożnie przechodziła przez kolejne fragmenty mokrego gruntu, wiedziałem, jak bardzo potrafiła zatrzymać się na czymś, co dla większości ludzi kończyło się na pierwszym wniosku, znaleźć jeszcze kilka innych możliwości, czasami bardzo sensownych, czasami kompletnie absurdalnych, ale zawsze wystarczających, żeby spojrzeć na sprawę od innej strony. Czasami doprowadzała mnie do szału, szczególnie kiedy próbowała znaleźć sens tam, gdzie ja widziałem zwyczajny przypadek albo wyjątkowo nieciekawą konieczność, z drugiej strony właśnie ta potrzeba rozumienia świata w inny sposób niż u mnie sprawiała, że nigdy nie nudziłem się w jej towarzystwie. W moim przypadku oznaczało to również, że każde własne słowo powinienem był ważyć odrobinę dokładniej, chociaż oczywiście rzadko kiedy miałem na tyle chęci lub rozsądku, żeby rzeczywiście to robić - było to szczególnie prawdziwe w czasach, kiedy byliśmy młodsi, i kiedy przypadkowa rozmowa potrafiła zamienić się w walkę o to, kto ostatni wypowie swoje zdanie - obecnie nie zamierzałem jej, oczywiście, na siłę przekonywać do niczego, czego sama nie wiedziała i nie aprobowała, ale droczenie się z nią było zbyt łatwe, żeby z niego zrezygnować.
- Mój słuch działa bes zaszutu. - Odpowiedziałem. - To ty po plostu balso zlęsznie unikasz powiedzenia, sze czasami mam lasję. - Uśmiechnąłem się wymownie, bo oboje wiedzieliśmy, że właśnie próbowałem ją sprowokować, nie potrzebowałem nawet specjalnego potwierdzenia, że nie miała do mnie żadnych zastrzeżeń, chociaż dobrze było to usłyszeć, szczególnie kiedy mówiła o tym tak naturalnie, bez wielkich deklaracji i zbędnego dramatyzmu. Ruszyłem dalej, ostrożnie omijając miejsce, w którym trawa rosła podejrzanie bujnie, bo po poprzednich doświadczeniach z torfowiskami wolałem nie przekonywać się osobiście, czy pod spodem znajdowała się ziemia, czy kilka metrów bardzo zimnej wody. Naprawdę doceniałem to, że nie chciała nic zmieniać ani we mnie, ani w naszym wspólnym życiu - i vice versa, ja również nie potrzebowałem niczego więcej - w zupełności wystarczyło mi to, co wiedziałem o niej i o nas, a przede wszystkim wystarczał mi fakt, że była ze mną właśnie tutaj, w samym środku mokradeł, z wymarzoną srebrną ozdobą głowy przeznaczoną na ofiarę, zamiast siedzieć gdzieś w swoim uroczym mieszkaniu i prowadzić znacznie rozsądniejsze życie, czekając na prawdziwego księcia z bajki, który kupiłby tę koronę wyłącznie dla niej.
- Plue. - Rozłożyłem ręce, zatrzymując się u celu i patrząc na nią z wyraźnym oburzeniem. - Nie jestem cięszki. To są mięśnie. - Poprawiłem ją, po czym poklepałem się dłonią po boku. - To, sze sama waszysz tyle, co wolek mąki nie upowasznia cię do dysklyminacji osób ponadpszeciętnie umięśnionych… - „I skromnych przy okazji". - Zmierzyłem wzrokiem jej drobną sylwetkę i pokręciłem głową. - Poza tym jesteś usdlowicielką. Naplawdę zamieszasz uszywaś tak nieplecysyjnej telminologii w stosunku do własnego męsza? - Uniosłem brew, zazwyczaj naprawdę mógłbym wykorzystać ten cały „ciężar” w słusznym celu, ale teraz to już tym bardziej nie zamierzałbym tego zrobić, zresztą, to miał być jej rytuał, jej dar i jej decyzja, zaś moja rola ograniczała się do tego, żeby nie pozwolić Prue zrobić sobie krzywdy i jednocześnie nie odebrać jej satysfakcji z samodzielnego wykonania zadania. Przykucnąłem na chwilę, aby sprawdzić uszkodzenia po pierwszej próbie, ale zgodnie z wcześniejszą umową nawet nie wyciągnąłem ręki w stronę przedmiotu, nie zamierzałem jej w tym wyręczać, chociaż widok tego nieszczęsnego diademu ze srebra wciśniętego w ziemię był wystarczająco zabawny, żebym musiał naprawdę pilnować własnej twarzy - przygryzłem wewnętrzną stronę policzka, żeby się nie roześmiać.
- No dalej, Milady. - Dodałem, uśmiechając się pod nosem, po czym cofnąłem się jeszcze o kilka kroków, żeby przypadkiem nie znaleźć się na drodze kolejnego podejścia. - Pokasz temu kawałkowi slebla, kto tu sządzi. - Wbrew pozorom, naprawdę chciałem, żeby kolejna próba faktycznie się powiodła. Mogłem ją drażnić, mogłem komentować jej technikę, mogłem nawet otwarcie śmiać się później, podając jej rękę, jeśli skończyłaby z nogą w kolejnej dziurze powstałej w grząskiej ziemi zamiast z uszkodzonym srebrem, ale nie mogłem zrobić niczego za nią, dlatego tylko skrzyżowałem ręce na piersi i patrzyłem na ten cały zgrabniutki wyskok godny panny skaczącej przez ognisko podczas równonocy wiosennej, gotowy za to złapać ją, jeśli jej własny pęd miałby okazać się jeszcze większym przeciwnikiem niż kruszec, z którego stworzono wotum ofiarne - patrzyłem na nią uważnie, świadomie nie ruszając się ani o krok, choć każdy instynkt podpowiadał mi, żebym wewnątrz pozostawał w gotowości, aby w razie czego przyasekurować ją, gdyby zamiast na srebrze wylądowała na własnym tyłku. Było to całkiem prawdopodobne.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#12
12.09.2026, 00:47  ✶  

- Teraz to chyba ja nie dosłyszałam o czym mówisz. - Odpowiedziała przekornie. Nie mogło być przecież tak prosto. To nie tak, że nie chciała przyznawać mu racji, obawiała się jednak tego, że ego jej męża mogło trochę za mocno urosnąć. Nie miała większego problemu z przyznawaniem mu racji, jednak wolała nieco opanować się w tej czynności.

Prue nie miała zbyt wielkich oczekiwań od świata, nie spodziewała się jednak tego, że tak wiele niby zwyczajnych czynności będzie sprawiało jej radość. Miała wrażenie, że Benjy powodował, że wszystko, co robiła w swoim życiu stawało się kolorowe. Każdy dzień spędzony z nim pokazywał jej jak bardzo kiedyś marnowała czas. Była szczęśliwa - naprawdę czuła się spełniona, gdy był obok i czuła, że on również nie miał jej nic do zarzucenia. Tak chyba powinno wyglądać to w małżeństwie.

- Ależ ja wiem, że to są mięśnie, mięśnie jednak są ciężkie, cięższe od tłuszczu, więc to by się zgadzało. - Jej mąż był wyjątkowo wysportowany, nie zamierzała się z tym sprzeczać, nie sugerowała broń Merlinie, że miał nadwagę. Musiała to najwyraźniej jednak podkreślić. - Nikogo nie dyskryminuje, po prostu stwierdzam fakt. - Komu, jak komu, ale akurat jej nie można było zarzucić dyskryminacji, starała się zawsze traktować wszystkich równo.

- Nie wyciągaj tu teraz mojego zawodu, mam Ci przypomnieć jakie zazwyczaj masz podejście do profesji, którą wykonuję? - Oczywiście, że postanowił skorzystać z tego w momencie, w którym mógł sobie pomóc, nie mogło być inaczej. Tak to raczej starał się oddzielać życie osobiste od zawodowego, co nie do końca było możliwe, nie w przypadku tego, czym się zajmowała.

Spróbowała po raz kolejny poradzić sobie z diademem - niestety nie udało jej się go uszkodzić. Tym razem jednak nie milczała, pozwoliła sobie powiedzieć co nieco na ten temat. - Naprawdę? Serio? Wiem, że się nie nadaję, ale moglibyście zmrużyć oczy. - Zaczęła mówić nieco rozczarowana. - Nie chcę przecież wprowadzać żadnych zmian, chcę tylko złożyć ofiarę - zlitujcie się nade mną. - Czy ktoś ją usłyszy? Pewnie nie, ale próbowała przemówić do wszechświata.

Próbowała skoczyć na ten diament tak po prostu - nie zadziałało, później z rozbiegu - też nie zadziałało, co mogło być kolejne? Niedługo pewnie zabraknie jej pomysłów.

[b] - Obawiam się, że mogę nie mieć siły przebicia. - Uniosła głowę i spojrzała na męża, miała nadzieję, że nie będzie rozczarowany jej działaniami, sama Prue robiła się coraz bardziej rozczarowana. - Dobra, ostatnia szansa. - Nie zamierzała się znowu rozbiegać, skoro to nic nie dało - podskoczyła do góry i spróbowała znowu uszkodzić diadem - mógłby w końcu z nią współpracować.



a teraz?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
12.09.2026, 01:56  ✶  
Nawet nie próbowałem stłumić parsknięcia, doskonale wiedziałem, że jeśli zacznę teraz domagać się od niej oficjalnego przyznania mi racji, mogę równie dobrze do rana stać na tym torfowisku i czekać na odpowiedź, bo najwyraźniej właśnie rozpoczęliśmy bardzo poważny konkurs na to, które z nas szybciej udowodni drugiemu, że wcale nie ma racji.
- Słyszałaś doskonale. - Odparłem mimo to, przyglądając się jej z tym samym wyrazem twarzy, jaki zawsze przybierałem w podobnych sytuacjach - nie było to moje pierwsze rodeo, mogłem jeszcze trochę pociągać tego byka za rogi, ponieważ prawda była taka, że lubiłem tę jej przekorę, szczególnie kiedy pod spodem nie kryła się żadna faktyczna złośliwość, tylko było to zwyczajne droczenie się między dwojgiem ludzi, którzy znali się zdecydowanie za długo, żeby udawać przed sobą kogokolwiek innego. Kolejne wyjaśnienie dotyczące mojej masy sprawiło zresztą, że zatrzymałem się w połowie gestu - na szczęście już u celu - i spojrzałem na nią z nazbyt przejaskrawionym niedowierzaniem w oczach, bo najwyraźniej ona również postanowiła brnąć w temat tak długo, aż któreś z nas straci cierpliwość. Nie zamierzałem jej zatem oszczędzać, szczególnie że sam doskonale wiedziałem, jak absurdalnie wyglądała ta dyskusja - moja żona była drobna, ja byłem od niej wyraźnie większy i wystarczyło stanąć obok siebie, żeby odpowiedź na pytanie, kto z nas ważył więcej i z jakich powodów, była wyjątkowo oczywista.
- Skolo jusz tak dokładnie analizujesz skład mojego ciała, pszypomnę ci, sze człowiek mosze waszyś więcej s balso wielu powodów. Kości tesz swoje wnoszą. Organy lówniesz. Włosy pewnie tesz tlochę. A chalaktel, pszysnaję, mam wyjątkowo cięszki. - Nie zdążyłem jednak pociągnąć tego dalej, bo praktycznie od razu odbiła piłkę, przypominając mi o ten jeden bardzo niewygodny szczegół dotyczący tego, co zazwyczaj mówiłem o wykonywanym przez nią zawodzie, i tutaj musiałem przyznać, że trafiła w wyjątkowo niewygodne miejsce.
- Nie wyciągam twojego zawodu. - Bujda, bo wyciągałem. - Sama najpielw wyciągnęłaś moje mięśnie… Tłuszcz… No, kulwa, masę ciała. - Rzuciłem, co prawda tonem obrażonego siedmiolatka, ale musiała wiedzieć, jak wiele wymagało ode mnie utrzymywanie hartu ducha mężczyzny, który ogólnie nienawidził uzdrowicieli oraz szpitali, a mieszkał z kimś zdolnym powiedzieć przy śniadaniu coś w rodzaju „wczoraj widziałam bardzo ciekawy przypadek”, potem zaś spokojnie zjeść jajka.
Zerknąłem na diadem, który właśnie po raz kolejny pozostał nietknięty wpływem buta mojej lubej, przy czym zacisnąłem usta, żeby nie roześmiać się za szybko, podczas gdy Prue natomiast najwyraźniej zaczynała negocjować już nie tylko ze mną, nawet nie z kruszcem, lecz z samym wszechświatem, co w tej sytuacji wydawało mi się całkiem rozsądnym kierunkiem działań - niestety - jak i ona teraz, miałem swoje zasady, nawet jeśli w większości sytuacji sam byłem pierwszym człowiekiem, który próbował znaleźć sposób na ich obejście, ten rytuał wymagał, żeby każdy z nas samodzielnie uszkodził własny dar, więc mogłem ją co najwyżej dopingować i komentować jej coraz bardziej desperackie próby. Patrzyłem na nią, gdy przemawiała do bliżej nieokreślonych sił wyższych, prosząc je o odrobinę litości, i w końcu nie wytrzymałem - po prostu skisłem, ani trochę tego nie ukrywając. Gdy się odrobinę uspokoiłem, już tylko dysząc, nie kaszląc z powstrzymywanego brechtania, potrząsnąłem głową.
- Nie masz siły pszebicia? - Wypuściłem powoli powietrze nosem i spojrzałem na nią z niedowierzaniem, bo ujmowanie sobie zdecydowanie nie było tu dobrą techniką. - Masz za to upól, a to w twoim pszypadku znacznie gloźniejsza bloń. - Zrobiłem krok w jej stronę, ale zatrzymałem się, pamiętając o zasadach rytuału, po czym machnąłem ręką, zachęciwszy ją do kontynuowania - na szczęście - tym razem udanego, na widok czego, uniosłem oba kciuki, po czym sięgnąłem do własnej kieszeni i wyjąłem swój torkwes. Przez chwilę obracałem go między palcami, oceniając metal i miejsce, w którym najłatwiej było go zdeformować, po sekundce wiedziałem już dokładnie, gdzie powinienem przyłożyć nacisk, żeby uszkodzenie było wyraźne, ale nie całkowicie go zniszczyło. Zacisnąłem palce i powoli zwiększyłem siłę, aż zaprotestował cichym, głuchym trzaskiem, a potem wygiął się pod naciskiem moich dłoni, tracąc swój pierwotny kształt.
- No. - Obróciłem torkwes w palcach. - I po ploblemie. - „Po prostu stwierdziłem fakt”, triumfalnie szczerząc zęby…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#14
13.09.2026, 21:53  ✶  

Coś w tym było. Prue nie należała do osób, które łatwo się poddawały. Trochę czasu musiałoby minąć nim przyznałaby mu rację, a istniała też szansa, że nawet gdyby stali tutaj do rana, to by tego nie zrobiła. Była uparta równie mocno co on.

- Nie wydaje mi się, żebym słyszała doskonale. - Powiedziała jeszcze. Zdecydowanie słyszała co powiedział, jednak wolała brnąć w swoją wersję, tak było prościej. Spodziewała się tego, że Benjy nie odpuści jej łatwo, nie miał w zwyczaju tak robić, niespecjalnie się tym przejmowała, nie był to ich pierwszy raz, jeśli chodzi o podobną wymianę zdań.

- Tak, faktycznie, zapomniałeś jeszcze o ego, podejrzewam, że w Twoim przypadku to ono powoduje tę sporą masę. - Skoro już zaczął to rozkładać na części pierwsze, to nie mogli zapomnieć o tym, co najważniejsze.

- Ja po prostu stwierdziłam fakt, to tyle, każdy kto ma oczy przecież to widzi. - Nie musiała być uzdrowicielką, aby stwierdzić, że jest wielki i dużo cięższy od niej, to było przecież bardzo oczywiste. Nie powinien zresztą tego traktować jako obrazy, widać było, że pracował nad swoim ciałem, a konsekwencjami tego była jego dość spora masa. Przynajmniej mógł bez problemu uszkodzić swój przedmiot, w jej przypadku okazało się to być dużo bardziej skomplikowane.

Druga próba również zakończyła się niepowodzeniem, co spowodowało, że zaczęła prowadzić negocjacje ze wszechświatem. Naprawdę nie miała wielkich oczekiwań, chciała tylko utopić ten diadem, pomyśleć przy tym trochę o przyszłości i to by było na tyle.

Posłała swojemu mordercze spojrzenie, kiedy postanowił się zaśmiać. Ona tutaj walczyła z całym wszechświatem, a on parskał ze śmiechu? Jak tak mógł. Pokręciła jeszcze głową z dezaprobatą.

- Tak, już widzę jak samym uporem uszkadzam ten diadem. - Oczywiście nie zamierzała się jeszcze poddać, zależało jej na tym, aby wszystko zostało zrobione jak trzeba, więc podjęła kolejną próbę. Podskoczyła i tym razem przedmiot nie wbił się w ziemię, usłyszała łoskot, co sugerowało, że trochę go popsuła.

- Nareszcie. - Powiedziała z ulgą, po czym podniosła diadem. Udało jej się go wystarczająco uszkodzić, więc pozostawało im teraz tylko utopić podarunki. Jej twarz zrobiła się nieco różowa, musiała włożyć sporo energii w to, aby osiągnąć cel, ale była zadowolona, że w końcu udało jej się to zrobić samodzielnie.

- Pozostaje tylko je utopić, z tym raczej nie powinniśmy mieć problemu. - Dodała jeszcze, oby faktycznie tak było, bo istniała jeszcze szansa, że któreś z nich przypadkowo ugrzęźnie, a tego też wolałaby uniknąć.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#15
13.09.2026, 22:30  ✶  
Oboje brnęliśmy w tę absurdalną wymianę zdań wyłącznie dlatego, że żadne z nas nie zamierzało jako pierwsze ustąpić. Pokręciłem głową, słuchając tego kolejnego zapewnienia, że jednak nie słyszała doskonale, bo w tym momencie byłem już niemal pewien, że gdybym zaczął jej tłumaczyć, że trawa jest zielona, otrzymałbym odpowiedź, że „być może technicznie nie było to kłamstwem”, ale należałoby najpierw ustalić, czy na wiosnę, jesienią, czy zimą, poza tym „niebo też nie zawsze było niebieskie” i… Nie przeszkadzało mi to jednak ani trochę, wręcz przeciwnie, wyjątkowo ceniłem sobie to, że była równie uparta, co ja, bo dzięki temu nawet zwykłe droczenie się ze sobą nawzajem potrafiło ciągnąć się przez długi czas, powracając w najmniej oczekiwanych momentach, i nadal pozostawało zabawne, gdyby natomiast jedno z nas zawsze ustępowało, prawdopodobnie zaczęlibyśmy się bardzo szybko nudzić.
- Ego. - Powtórzyłem powoli, po czym zerknąłem na własny tors, zamrugawszy powoli, bo - co prawda - sam wręczyłem Prue argument odnośnie mojego ciężkiego charakteru, lecz była wyjątkowo precyzyjna we wskazywaniu tego, co za to odpowiadało, „pacjent jest ogromny, ciężki i najwyraźniej cierpi na nadmiar ego”, brzmiała zupełnie tak, jakby zamierzała mi to wpisać do medycznej dokumentacji. - Czyli według ciebie wszystko, nad czym plasowałem pszes całe lata, to w szeszywistości balso loswinięta pycha. - Podsumowałem, co nie zabrzmiało aż tak źle, jak mogło, bo według tej teorii przynajmniej nie musiałem już niczego fizycznie trenować, wystarczyło być wystarczająco zarozumiałym, a już za kilka miesięcy mogłem wyglądać niczym górski troll. Rzeczywiście nie miałem z tym problemu, wiedziałem, ile ważyłem, wiedziałem, jak wyglądało moje ciało i wiedziałem również, że w sytuacjach takich jak ta moja masa potrafiła być całkiem użytecznym narzędziem.
Patrząc na te kolejne próby poradzenia sobie z brakiem posiadania przez nią tejże przewagi, musiałem przyznać, że podziwiałem wrodzony upór, jaki miała, nawet jeśli każdy następny skok wyglądał coraz bardziej zabawnie. To był jej rytuał i jej ofiara, więc nawet gdybym mógł rozwiązać problem jednym ruchem, nie zrobiłbym tego za nią, ponieważ w takich praktykach znaczenie miało nie tylko to, co ostatecznie trafiło do wody, ale również sposób, w jaki człowiek się tego wyrzekał - Prue musiała sama pozbawić swój dar wartości, tak samo jak ja musiałem zrobić to ze swoim - kiedy posłała mi mordercze spojrzenie za mój śmiech, uniosłem dłonie w geście kapitulacji, choć uśmiech nadal nie chciał zejść mi z twarzy.
- Dopsz, dopsz. Jusz nie patszę. - Oczywiście spojrzałem, od razu zerknąłem w dół, a kiedy zobaczyłem diadem, który tym razem rzeczywiście stracił swój pierwotny kształt, uśmiechnąłem się jeszcze bardziej szeroko. - No ploszę. - Przyznałem, tym razem bez najmniejszej kpiny, przyzezowałem na nią z ukosa i przez moment nic nie mówiłem, bo w zasadzie nie było sensu prowadzić żadnej dyskusji - Prue doskonale wiedziała, że się z niej śmiałem, ja doskonale wiedziałem, że ona doskonale wiedziała, ostatecznie wyszło na moje, bo swoim uporem faktycznie uszkodziła wotum - była w tym pewna bliskość, której wcześniej nie doceniałem, bo jeszcze kilkanaście lat temu podobne przepychanki kończyłyby się zapewne którymś z nas obrażonym na drugie, teraz natomiast potrafiliśmy ciągnąć je przez pół mokradła i traktować niczym całkowicie normalny sposób spędzania wspólnego popołudnia. - Jednak się udało. - Pokiwałem głową z uznaniem. - Pszyznaję, sze zaczynałem podejszewaś, sze ten diadem pszeszyje nas oboje, a ty postanowisz złoszyś w ofiesze coś innego. Na pszykład mnie. - Zerknąłem na jej zaróżowioną twarz, znowu uśmiechnąwszy się pod nosem - nie było w tym jednak drwiny - była z siebie wyraźnie zadowolona i miała ku temu powód, bo zrobiła dokładnie to, co powinna, nie korzystając z mojej pomocy. Nie zamierzałem jej odbierać tej satysfakcji, bo sam zresztą dobrze wiedziałem, jak dużo potrafiła dla mnie znaczyć świadomość, że coś zrobiłem własnymi rękami, nawet jeżeli technicznie rzecz biorąc chodziło wyłącznie o zgięcie kawałka metalu. Kiedy powiedziała, że pozostało już tylko utopić dary, spojrzałem na ciemną wodę przed nami i oceniłem odległość, kiwając głową.
- Gotowa? - Wyciągnąłem rękę w jej stronę, ale nie po diadem, tylko żeby pomóc jej zachować równowagę przy podejściu do krawędzi.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#16
13.09.2026, 22:47  ✶  

Niektórzy nie mieli najmniejszego problemu z tym, aby ustępować, nawet dla świętego spokoju. Oni byli jednak osobami, które sięgały po najbardziej absurdalne argumenty, tylko po to, aby udowadniać swoje racje. Od zawsze tak mieli, kiedy ze sobą dyskutowali, nie miało się to pewnie nigdy zmienić, chociaż było dużo przyjemniejsze od momentu, w którym przestali przy tym się krzywdzić. Kiedyś bardzo precyzyjnie potrafili sobie wbijać coraz to ostrzejsze szpilki, teraz wyglądało to zupełnie inaczej, chociaż sama forma ich dyskusji się nie zmieniła. Odbijali piłeczkę, czekając na kolejny argument drugiej strony, nie można było powiedzieć o tym, że nudzili się swoim towarzystwem. Zresztą Prue bardzo ceniła sobie tę jego upartość.

- Nie, to tylko jedna ze składowych, przecież mówiłam, że chodzi też o mięśnie, nie urosły Ci same, również masz coś ze słuchem? - Wychodziło na to, że nie była jedyna. Benjy również słyszał tylko to, co chciał usłyszeć. Sam zaczął rozkładać wszystko na części, a to prosiło się i o jej komentarz. Nie mogła tak po prostu tego zignorować, a że jego ego nie należało do najmniejszych to postanowiła i to wyciągnąć, najwyraźniej całkiem nieźle trafiła.

Nie zakładała zupełnie, że uszkodzenie przez nią diademu może być takie problematyczne. Jasne - miała świadomość, że nie należała do szczególnie silnych osób, czy nie była super zwinna, spodziewała się jednak tego, że los będzie dla niej łaskawy, odrobinę się w tym przeliczyła. Wykonała dwa słabe skoki, diadem nie wydawał się w ogóle odczuć tego, że próbowała go uszkodzić, aż w końcu, przy trzeciej próbie jej się udało.

- Nie chodziło o to, żebyś nie patrzył, chociaż może trochę, to było odrobinę upokarzające. - Nie była w stanie zniszczyć srebrnego świecidełka… potrafiła manipulować siłami życiowymi ludzi, a nie umiała rozwalić diademu, no nie była z tego powodu szczególnie dumna.

- Istniała taka szansa, w sensie, że przeżyje naszą dwójkę, Ciebie nie miałam zamiaru składać w ofierze, chociaż może to wcale nie był taki głupi pomysł. - Dodała jeszcze, pewnie poszłoby to zdecydowanie lepiej.

- Na szczęście się udało, więc nie muszę się zastanawiać nad planem b. - Była zmęczona, ale całkiem zadowolona z efektu, który udało jej się osiągnąć. Diadem nie był zniszczony, tylko odrobinę pęknięty dokładnie tak jak chciała.

- Bardziej gotowa nie będę. - Spojrzała w ciemną toń wody, dostrzegła przy okazji wyciągniętą dłoń męża, którą postanowiła złapać, zrobiła krok w przód i wtedy…


Czy stopa Prue utknęła w błocie?

Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#17
14.09.2026, 02:32  ✶  
To, że znowu próbowała mi udowodnić, że wcale nie chodziło jej wyłącznie o moje ego, przyjąłem z tym samym rozbawieniem, z którym przez ostatnie kilkanaście minut przyjmowałem całą tę dyskusję, bo prawda była taka, że dobrze wiedziałem, iż oboje słyszeliśmy dokładnie to, co chcieliśmy usłyszeć, a potem jeszcze z wielką przyjemnością udawaliśmy, że problem leżał po stronie tego drugiego z nas. Nie zamierzałem jej, oczywiście, ułatwiać tej dyskusji, szczególnie że widziałem, jak bardzo dobrze bawiła się tym, że mogła mi wytknąć moje rozdmuchane, napompowane ego porównywalne do mięśni - mogła sobie mówić, co chciała, ja i tak wiedziałem swoje - w dodatku naprawdę nie zamierzałem przepraszać za to, że przez lata zrobiłem z własnego ciała narzędzie pracy, natomiast z pewności siebie tarczę. Przy moim fachu krzepa oraz umiejętność zachowania pozorów były znacznie bardziej praktyczne niż większość rzeczy, które można było wpisać do eleganckiego życiorysu, zwłaszcza kiedy regularnie pakowało się w miejsca, od których rozsądni ludzie trzymali się z daleka.
- Mam doskonały słuch. Po plostu pszy pewnych dźwiękach balso świadomie wybielam, któlych części będę słuchał. - Wzruszyłem ramionami. - To się nazywa „selektywna uwaga”. Balso pszydatna umiejętność, ale jusz to chyba wiesz. - Odpowiedziałem bez najmniejszego zawahania, bo skoro ona mogła sobie wybierać fakty, ja również nie widziałem powodu, dla którego miałbym być mniej elastyczny, właściwie mogłem się z nią spierać o to jeszcze przez dobrą godzinę, szczególnie że oboje doskonale wiedzieliśmy, iż nie chodziło już nawet o to, kto miał rację - chodziło o samą przyjemność przeciągania liny, o możliwość znalezienia jeszcze jednego argumentu, jeszcze jednej drobnej szpilki, która nie miała już za zadanie zranić, tylko przypomnieć nam, jak wiele zmieniło się między nami przez ostatnie lata - kiedyś takie rozmowy potrafiły kończyć się znacznie gorzej, teraz mogłem stać pośrodku mokradeł, słuchać, jak moja żona obrażała moje poczucie własnej wartości, i czuć przy tym przede wszystkim rozbawienie.
- Poza tym skolo losbielasz mnie na części, pszynajmniej zachowaj plopolsje. Ego nie jest największe. - Zerknąłem na nią z błyskiem w oku, po czym ruszyłem dalej, uważnie stawiając stopy na bardziej stabilnych kępach, bo mokradła nadal wyglądały niewinnie tylko z daleka, a miałem wystarczająco dużo doświadczenia z podobnymi miejscami, żeby nie ufać ziemi, która wyglądała na zbyt stabilną.
- Pluey, naplawdę nie wiem, czy chcesz otwielaś ten temat. - Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy doszliśmy do etapu niszczenia darów na wotum. - Widziałem cię w oklesie dojszewania. Ty widziałaś mnie. Oboje pszeszyliśmy szeszy, po któlych losądni ludzie powinni zawsześ doszywotni pakt milczenia. - Pokręciłem głową. - Jeszeli pszetlwaliśmy tamten etap, to tszy plóby złamania diademu naplawdę nie są czymś, za co powinnaś się wstydziś. - Spojrzałem na srebro w jej dłoni, wzruszywszy ramionami - znałem moją żonę wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż odebranie Prue możliwości wykonania własnej części rytuału byłoby znacznie gorsze niż pozwolenie jej przez kilka minut walczyć z kawałkiem srebra, więc kiedy osiągnęła sukces, zrobiłem całkiem łatwą do zinterpretowania minę - byłem naprawdę dumny z jej zawziętości, musiałem przyznać, że wykonała swoją część dokładnie tak, jak powinna, bo nie chodziło przecież o całkowite zniszczenie przedmiotu, tylko o naruszenie jego integralności i odebranie mu pierwotnej wartości. W tym sensie poradziła sobie całkiem dobrze, nawet jeśli droga do celu była pełna skakania, frustracji i negocjowania z siłami wyższymi.
- Oczywiście. Wiedziałem, sze plęsej czy później dojdziesz do niezapszeszalnych zalet tego pomysłu. - Rozłożyłem ręce, pozwalając jej przez moment podziwiać cały ten bezczelny majestat z powodzeniem nadający się na sabatową ofiarę z żywego inwentarza. Mówiłem, iż miałem doświadczenie z różnych przeżytych podróży, czasem cudem i, cóż, w niektórych regionach naprawdę nie byłoby to aż takie niezwykłe, czyż nie. - Właściwie losumiem zmianę zdania. Dlogocenny, wyjątkowy egzemplasz, dość tludno zastępowalny, a do tego posiadający pewne waloly uszytkowe. W dodatku całkiem okazały, stosunkowo tlwały i, według pewnych źlódeł, niełatwy do zdobycia. W pełni czaję, dlaczego wody mogłyby się ucieszyś. - Wskazałem na siebie kciukiem. - Tylko nadmieniam, sze przy takim dasze mogą uznaś, sze od tej poly będziesz musiała stale podbijaś stawkę. A popszeszka będzie balso wysoko. - Spojrzałem na nią znacząco.
Nie byłem religijny w sposób, który wymagałby ode mnie klękania przed każdym kamieniem z odpowiednim symbolem, ale znałem rytuały wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, kiedy żart kończył się tam, gdzie zaczynały się rzeczy, których lepiej nie lekceważyć - Samhain było właśnie takim okresem, dlatego mimo całego mojego gadania pilnowałem, żebyśmy nie zrobili czegoś głupiego.
- I balso dobsze. - Plan „B” zwykle oznaczał, że plan „A” był źle przemyślany, natomiast ja miałem dzisiaj wyjątkowo wysokie mniemanie o przygotowaniu, jakie poczynilśmy, chociażby dlatego nie dodałem nic odnośnie tego, że obejmowało ono przede wszystkim spontaniczne kupienie dwóch przedmiotów, spacer przez mokradła i trzy próby złamania diademu, bo uznałem, że pewnych faktów nie trzeba było nadmiernie eksponować. Diadem został uszkodzony, mój torkwes również, więc cała ta wyprawa zaczynała wreszcie przypominać rytuał, który zamierzaliśmy przeprowadzić, zamiast improwizowanej inscenizacji dla ludzi w kowenie.
- Telas pozostaje nam jusz tylko nie spiepszyś najplostszej części całego pszedsięwzięsia. - Odniosłem się do jej wcześniejszych słów, gdy przytaknęła, iż była gotowa, chociaż wypowiedziałem to z tym specyficznym rodzajem ostrożności, który wynikał z doświadczenia, bo ile razy mówiłem sobie, że coś „będzie proste”, tyle razy świat postanawiał udowodnić mi, że no jednak, kurwa, nie. Powiedziała aczkolwiek, że bardziej gotowa nie będzie, więc ścisnąłem jej dłoń i zrobiłem krok do przodu, chcąc znaleźć odpowiednie miejsce przy brzegu, gdzie woda była wystarczająco głęboka, a grunt nie wyglądał na śmiertelnie zainteresowany połknięciem również nas.
- Okej, wypada, szebyśmy splóbowali je skutecznie utopiś… - Zacząłem, ale zanim zdążyłem dodać coś jeszcze odnośnie tego, w jaki sposób chcieliśmy upewnić się, iż na pewno zatoną przy pierwszym podejściu, usłyszałem bardzo charakterystyczne chlupnięcie…
- No i mamy to. - Spojrzałem w dół, potem na nią, i chociaż kącik ust drgnął mi mimowolnie, zacisnąłem mocniej dłoń na jej dłoni, próbując ją jakoś odrobinę przyasekurować. Jednocześnie uważałem na własne ruchy - ewidentnie było to miejsce, gdzie można było pozwolić sobie na dubla, czego nie chciałem, nawet jeśli cała sytuacja zaczynała wyglądać coraz bardziej absurdalnie. - Spokojnie. Mam cię. Nie wylywaj nogi na siłę, bo wciągniesz się głębiej. Pszeniesiesz cięszal na mnie i powoli ją wysuniemy. - Powiedziałem, tym razem bez żartu, jednocześnie spojrzałem jeszcze raz w dół, oceniając, jak głęboko wsiąkła w miękkie podłoże. - Mój najcenniejszy skalb nie zostanie dziś złoszony w ofiesze. Pszynajmniej nie bes intencji. - Przesunąłem ciężar ciała na stabilniejszą kępę, drugą nogą sprawdziłem grunt przed sobą, po czym złapałem ją pewniej. Oczywiście, przesadzałem, ale w tej przesadzie kryło się coś, czego nie zamierzałem szczególnie ukrywać, nie, gdy pewnością miała już świadomość, że była dla mnie kimś tak ważnym, jak prawdopodobnie nikt inny nie miał kiedykolwiek być, nawet jeśli wyrażałem to poprzez żarty o złożeniu się nawzajem w bagnie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#18
14.09.2026, 21:09  ✶  

- Ja nazywam ją wybiórczą uwagą, ale w sumie na jedno wychodzi. - Byli do siebie pod tym względem okropnie podobni, rejestrowali to co chcieli usłyszeć, to znaczy słyszeli wszystko, ale odpowiadali tylko na te słowa, które mogły wprowadzić nieco chaosu. Lubili się ze sobą droczyć, co w sumie powodowało, że nigdy się nie nudzili.

Pokręciła jeszcze głową z niedowierzaniem, kiedy wspomniał o tym, że ego nie było największe. Doskonale wiedziała do czego zmierza, postanowiła jednak tego nie komentować, aby nie dawać mu kolejnej pożywki.

- Fakt, zapomniałam, że masz na mnie sporą ilość teczek, chociaż ja i tak mam pod tym względem przewagę. - Z racji na swój umysł mogłaby wyciągać bez końca wspomnienia kompromitujące ją, czy jej męża. Niestety nie mogła odzobaczyć ich wszystkich, na stałe utknęły w jej pamięci, bez względu na to, jak bardzo chciałaby je wyprzeć. Nie dało się ukryć, że wiedzieli o sobie naprawdę wiele i widzieli się w momentach, w których najlepiej byłoby, aby ich nikt nie oglądał. Tak to już jest ze znajomościami, które trwały lata, czyż nie?

- Sam mi go podsunąłeś, to Ty jesteś za to odpowiedzialny. - Nie mogła pominąć jego zasługi, zwłaszcza, że zasugerował samego siebie, jako idealną ofiarę, że też ona wcześniej na to nie wpadła.

- Kiedy tak o tym mówisz to brzmi jak plan doskonały, na pewno nie zdarzyło im się jeszcze dostać czegoś tak wyjątkowego. - Mówili wcześniej coś o jego ego? Zdaniem Prue, to co teraz mówił było podkreśleniem tego, że to właśnie ono było w nim największe. - To jedyny mankament tego sprytnego plany, faktycznie trudno byłoby mi to powtórzyć w przyszłym roku, z drugiej strony być może taka wyjątkowa ofiara wystarczyłaby na wiele lat? - Kto wie, być może wody doliny stwierdziłyby, że Prue zrealizowała plan na najbliższe dziesięciolecia, to spowodowałoby, że nie musiałaby się również w przyszłości mierzyć z problemami związanymi z niszczeniem diademów.

- Tak, wyszło nieźle. - Może trwało to odrobinę dłużej niż się spodziewała przez te jej drobne problemy, ale i tak wydawało jej się, że wszystko wyszło naprawdę w porządku, wody powinny być zadowolone z tego, co udało im się dla nich przynieść, a to przecież było najważniejsze.

Miała wrażenie, że najgorsze już za nimi… powinna się jednak spodziewać tego, że nie warto chwalić dnia przed zachodem słońca. Była gotowa utopić podarunki, zrobiła krok w przód, i wtedy niestety misterny plan się sypnął, bo stanęła nogą w miejscu, w którym zdecydowanie nie powinna tego robić. Ugrzęzła w błocie. Fantastycznie naprawdę fantastycznie to wyglądało.

Benjy złapał jej dłoń, co spowodowało, że poczuła się nieco bezpieczniej. Nie powinna się z niej przed chwilą nabijać, bo wychodziło na to, że to ona była bliska pozostania ofiarą. Los bywał przewrotny. - Przepraszam, że mówiłam, że złożę Cię w ofierze. - Wzięło ją teraz na przemyślenia, bardzo mocno trzymała się jego dłoni i słuchała instrukcji, które jej dawał. Na pewno miał większe doświadczenie w podobnych warunkach, trudno, żeby nie miał - jej było praktycznie zerowe.

Starała się przenieść swój ciężar na niego, tak jak zasugerował, nie wierzgała się przy tym, żeby nie zakopać się głębiej. Spróbowała wyswobodzić nogę z błota, bardzo ostrożnie. - Jeśli tu utknę to będę Cię nawiedzać w snach, nigdy nie zaznasz spokoju. - Rozmawiali już kiedyś o tym, zresztą nieraz, że mieli razem zamieszkać na cmentarzu, najwyraźniej to ona miała jednak na niego zaczekać.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#19
14.09.2026, 22:17  ✶  
„Wybiórcza uwaga” brzmiała zdecydowanie inaczej niż moje określenie, chociaż była to zaledwie kwestia semantyczna, sens pozostawał dokładnie ten sam.
- „Ziemniak”, „pyla” czy „kaltofel”… - Wzruszyłem ramionami - w gruncie rzeczy oboje mieliśmy tę samą przypadłość, z tą niewielką różnicą, że każde z nas uważało się za stronę rozsądniejszą, natomiast drugie za osobę odpowiedzialną za całe zamieszanie. Nie było w tym nic szczególnie nowego, właściwie od zawsze potrafiliśmy rozmawiać w ten sposób, tylko kiedyś podobne przepychanki potrafiły kończyć się znacznie gorzej, teraz natomiast mogłem się z nią drażnić bez zastanawiania się, czy za chwilę któreś z nas miało trafić w naprawdę czuły punkt, co też potrafiliśmy robić, jak mało kto. Na szczęście oboje doskonale wiedzieliśmy, że mimo tych wszystkich kompromitujących wspomnień nadal potrafiliśmy patrzeć na siebie bez większego problemu.
- A więc losejm? Szadne s nas nic nie ma? - Zasugerowałem, przynajmniej teraz, zwłaszcza że część tych rzeczy wydarzyła się, kiedy byliśmy dzieciakami lub nastolatkami na tym niezręcznym etapie buzowania hormonów i jeszcze nie mieliśmy pojęcia, jak bardzo będziemy kiedyś potrzebowali możliwości udawania, że ich nie było. Problem rzeczywiście mógł polegać na tym, iż ja miałem zaledwie kilka teczek do moich akt, ona natomiast prawdopodobnie pamiętała dokładną godzinę, temperaturę powietrza i kolor mojej koszuli z każdej kompromitującej sytuacji, w której brałem przy niej udział przez ostatnie kilkadziesiąt lat, ponieważ jej mózg prowadził naprawdę szczegółowe archiwum. Czasami wystarczył jeden rzucony przeze mnie komentarz, na co ona potrafiła wyciągnąć z przeszłości wydarzenie, o którym sam zdążyłem zapomnieć, wraz z najmniejszym żenującym szczegółem, którego zdecydowanie nie potrzebowałem sobie przypominać.
Próba przerzucenia na mnie odpowiedzialności za pomysł złożenia mojego „ciężkiego cielska” w ofierze była natomiast bezczelna, ale niestety logiczna.
- Nie podsunąłem ci go jako lealnej moszliwości. - Zaprotestowałem, chociaż sam doskonale wiedziałem, że nie miałem w tej kwestii szczególnie mocnej pozycji, jednakowoż oboje mogliśmy się przynajmniej zgodzić z tym, iż był to bardzo niepokojący sposób rozumowania, zwłaszcza u kobiety, która zawodowo zajmowała się ratowaniem ludzi, nawet na pół etatu, u nekromantki i antropolożki natomiast niekoniecznie można się było temu dziwić - „kurwa, no, upsik”…
- Oczywiście. Najlepiej od lasu załatwiś splawę na kilka pokoleń. Wody Doliny będą miały święty spokój, ty nie będziesz musiała niszczyś kolejnych diademów, a ja będę mógł poświęciś lesztę nieszycia na bycie elementem lokalnego folklolu. - Odchrząknąłem, przypatrując się Prue z kpiarskim wyrazem twarzy. - S takim losmachem w planowaniu zabespieczysz tesz blatanise i blatanków. - Kiwnąłem głową, chociaż kwestia tego, czy jacykolwiek mieli kiedyś powstać, była raczej sporna i co najmniej „rozwojowa”, ale szkoda by było, gdybyśmy już nie włączyli w to następnych Bletchleyów.
Właściwie byłem zadowolony z obrotu sytuacji i z tego, że mieliśmy już za sobą etap niszczenia wotum, chociaż nie dlatego, że interesowało mnie szczególnie, czy jakieś bóstwo wody uzna naszą ofiarę za wystarczającą. Wierzyłem w bogów na tyle, żeby nie uważać ich za całkowity wymysł, ale nigdy nie miałem potrzeby podporządkowywać im każdego elementu własnego życia. Rytuały znałem natomiast dobrze, więc skoro już zdecydowaliśmy się coś zrobić, zamierzałem zrobić to prawidłowo.
Chciałem dodać coś jeszcze, ale wtedy grunt pod stopą Prue postanowił przypomnieć nam, że torfowiska właściwie nie potrzebowały żadnego dodatkowego elementu rytualnego, żeby zechcieć przyjąć kogoś w ofierze lub przynajmniej spróbować uprzykrzyć mu życie.
- Właśnie dlatego nie naleszy chwaliś lytuału pszed jego zakończeniem. - Powiedziałem, jednocześnie mocniej stabilizując naszą nieoczekiwaną pozę. - Pszyjmuję. - Kiwnąłem krótko, dodając na rozluźnienie sytuacji. - Ale tylko dlatego, sze obecnie jestem tym, któly stoi po właściwej stronie błota. Zawsze coś musi się spieldoliś w najmniej odpowiednim momencie. - Burknąłem pod nosem, po czym mocniej zacisnąłem palce na jej dłoni i przesunąłem się tak, żeby mieć stabilniejszą pozycję, bo na mokradłach nie należało lekceważyć nawet pozornie niewielkiego zapadnięcia - odpowiednio ustawiłem nogi, żeby nie stracić równowagi i nie skończyć razem z nią w mokrym torfie.
- Właśnie. Tak. Powoli. Nie szalp nogą, tylko splóbuj ją lekko pszeklęsiś. Kulwisko tszyma pszes podciśnienie, więc im mocniej będziesz ciągnęła pionowo, tym balsiej będzie chciało cię zatrzymać. - Zerknąłem w dół, oceniając, gdzie dokładnie ugrzęzła, nie musiałem się nad tym doktoryzować, wystarczało doświadczenie z miejsc, w których różnego rodzaju podłoże miało paskudny zwyczaj udawania ziemi, dopóki ktoś nie postawił na nim całego ciężaru ciała. - Pszesuń cięszal na mnie. Jeszcze tlochę. - Mruknąłem, nie zamierzałem jej poganiać, bo wiedziałem, że w takim momencie jeden gwałtowny ruch mógł tylko wszystko pogorszyć, ale kiedy zagroziła, że będzie mnie nawiedzać w snach, prychnąłem śmiechem, tym razem już bez powstrzymywania się, gdyż inaczej po prostu się nie dało.
- Nie. Absolutnie nie. - Pokręciłem głową. - Nie zgadzam się na mieszkanie jako pustelnik na wszosowiskach, nawet po to, byś miała towaszystwo pszed moją śmielsią. - Zerknąłem na otaczające nas mokradła, drzewa i ciemną wodę, po czym skrzywiłem się teatralnie. - Nie będę pszeplwadzał się do Doliny tylko dlatego, sze kałusza tak chciała. Poza tym mam bezsenność, pamiętasz? I tak nie śpię. Laszej byś się zanudziła tym nawiedzaniem. - Zacisnąłem palce na jej dłoni i pociągnąłem ją delikatnie ku sobie, wykorzystując moment, w którym błoto zaczęło puszczać.

af ◉◉◉◉○ - wyciągamy?
Rzut PO 1d100 - 76
Sukces!


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#20
Wczoraj, 21:32  ✶  

- Grula. - Rzuciła jeszcze. Doskonale znała sens jego słów. Podchodzili do tego podobnie, słyszeli to, co chcieli usłyszeć i odpowiadali na te zaczepki, które wydawały im się istotne do tego, aby toczyć dalszą walkę słowną. Było to dla nich typowe, leżało w ich naturze, chociaż aktualnie wyglądało inaczej niż kiedyś. Potrafili wycofać się wtedy, kiedy faktycznie słowa mogły skrzywdzić drugą stronę, bardziej sobie żartowali, nie krzywdzili się słowami na serio.

- Tjaaa, żadne z nas nic nie ma. - Zgodziła się na taki rozejm, chociaż jej głowa była pełna sytuacji, które mogła wyciągnąć, tych dotyczących jego osoby, ale również jej. Niczego nie zapominała, była w stanie wyciągnąć niemalże wszystko, poza tym co wydarzyło się w tamto jedno Yule. Miała bardzo małe luki w pamięci, musiała wypić naprawdę sporą ilość alkoholu, aby nic w niej nie zostawało, a coś takiego zdarzało się Prue bardzo rzadko - bo raczej miała umiar.

- To po co w ogóle o tym wspominałeś? Sama na to nie wpadłam, a teraz zaczęłam się zastanawiać nad taką opcją. - Prychnęła jeszcze udając niezadowolenie. Jego pomysł był przecież bardzo sprytny, gdyby złożyła taką ofiarę podczas tego Samhain to na pewno miałaby spokój na lata, co było ogromnym plusem, zważając na jej dzisiejsze, drobne niepowodzenia, nie musiałaby się martwić, że mogłoby to się powtórzyć.

- Obawiam się, że mogę nie mieć żadnych bratanków, ani bratanic, co mogłoby być poniekąd nawet marnotrawstwem, będę musiała porozmawiać z Eliasem na temat przedłużenia linii rodu. - Jeśli już miałaby go złożyć w ofierze, to jednak warto by było, aby ktoś poza nią na tym skorzystał. Nie zapowiadało się jednak na to, aby w ich rodzinie szybko, albo nawet kiedykolwiek miało się pojawić kolejne pokolenie, być może warto było poruszyć ten temat z jej bratem bliźniakiem.

Byli całkiem blisko zakończenia rytuału, pozostała jego najprostsza część, wszystko wydawało się iść po ich myśli, ale przecież nie mogło być zbyt kolorowo, coś musiało się całkiem spektakularnie spierdolić. W tym przypadku było to jej zasługą, stanęła w nieodpowiednim miejscu i jej noga zaczęła topić się w błocie, fantastyczne uczucie - na pewno dorzuci to do tych niezapomnianych wspomnień.

- Już więcej nie będę, będę go chwalić dopiero jak dobiegnie końca. - Miała nauczkę. Wydawało jej się, że udało im się krok po kroku odhaczyć wszystkie czynności z listy, a jednak ta ostatnia, całkiem prosta okazała się spowodować kolejne komplikacje.

Słuchała uważnie tego, co do niej mówił. Nie wątpiła w jego doświadczenie, dlatego też wykonywała wszystkie polecenia. Złapała go mocniej, bardzo powoli wyciągała nogę do góry, aby przypadkowo nie zakopać się jeszcze głębiej. Nie miała zamiaru utopić się dzisiaj w tej sadzawce, to by było naprawdę niefortunne, zważając na to, że całkiem niedawno dopiero zaczęła być szczęśliwa, wody doliny byłyby naprawdę wyrachowane, gdyby teraz pozwoliły jej się tutaj utopić.

- Dlaczego zawsze musisz wszystko komplikować? Miałam plan, całkiem sprytny, a teraz wychodzi na to, że nie mogę się utopić, bo nie miałabym żadnej rozrywki. - W końcu udało jej się uwolnić swoją stopę z błota, wpadła w ramiona swojego męża, dość gwałtownie, odetchnęła też z ulgą, niby wiedziała, że nie zostanie tutaj na zawsze, ale wiadomo nigdy nie można być wszystkiego pewnym w stu procentach. - Czy możemy już to utopić i się stąd zmywać? - Wystarczyło jej na dzisiaj bliskości natury.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (7488), Prudence Fenwick (4799)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa