• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[Samhain 1956] Noc, w której się zgubiliśmy

[Samhain 1956] Noc, w której się zgubiliśmy
drzemiąca bestia
am I supposed to be grateful
to have survived this?



wiek
31
sława
II
krew
mugolak
genetyka
maledictus
zawód
krawcowa
Niewyróżniająca się z tłumu. 160 cm wzrostu, smukła, drobna. Hebanowe włosy — kręcone, do ramion, wiecznie w lekkim nieładzie. Brązowe oczy, ruchliwe i ciekawskie; czasem, kiedy straci panowanie, tli się w nich żar. Rzadko stoi spokojnie — siada bokiem, podwija nogi, bez przerwy obraca w palcach skrawek materiału, lub nawija kosmyk włosów. Mówi prędko i zaczepnie, żartem wyprzedza pytanie. Dłonie ma starsze niż resztę: drobne blizny, zgrubienia, pewność w każdym geście. Nie zwykła sięgać po perfumy, ale zawsze czuć na niej mieszaninę ciepłego dymu, cukrowej słodyczy i mokrej ziemi.

Alice Bell
#1
05.09.2026, 22:09  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj, 17:42 przez Alice Bell.)  
Noc, w której się zgubiliśmy


Samhain w Little Hangleton pachniał dymem i błotem udeptanym przez zbyt wiele nóg. Na wielki sabat czarodzieje ściągali z całej okolicy — jedni po to religijne uniesienie, jakie daje noc, kiedy granica między żywymi a zmarłymi robi się cienka jak bibułka, inni po prostu dlatego, że rodzice ciągali ich tu co roku i tak już wypadało. W sercu wszystkiego huczało rytualne ognisko, wysokie jak dwa wozy jeden na drugim, a wokół niego kłębił się tłum na tyle gęsty, że można było w nim zniknąć i przez dobrą chwilę nikt by tego nie zauważył. Bellowie w tym samym ogniu co wszyscy widzieli zupełnie co innego: tyle twarzy w jednym miejscu, tyle rozanielonych spojrzeń wbitych w płomienie zamiast we własne kieszenie.

Wytarła ostrze noża o zahaczoną za skórzany pas szmatkę i krytycznym okiem oceniła swoje dzieło. Wykrawane w dorodnej, wydrążonej rzepie kształty ułożyły się wreszcie w krzywą mordę. Zapadnięte oczy i zaostrzone zęby na tak mimo wszystko drobnym warzywie mogły wywołać komiczne wrażenie, jeśli zapomnieć o umieszczeniu weń rozżarzonego węglika.

— Masz, młody. Powiedz, że sam robiłeś, a te resztki zanieś Catrin. Może nada się do gulaszu, a ciebie nie oskarży o zbrodnię. — Podsunęła latarnię chłopcu, który od godziny starał się wyrzeźbić w swojej rzepie odpowiednio straszliwą twarz. Kiedy wszyscy artyści rozeszli się w poszukiwaniu łupów, Alice została chwilowo wrobiona w rolę niani. Chłopiec niestety tak długo maltretował warzywo, że pozostały z niego zwłoki z marnie zwisającymi fragmentami, trzymającymi się całości tylko na słowo honoru. Na widok gotowego lampionu wyszczerzył wybrakowane uzębienie i pochwycił prezent. — Ale nie biegaj z otwartym scyzorykiem! Wiem, że będziesz kiedyś połykaczem noży, ale do tego czasu warto, byś nie zginął, jak idiota.

— Przecież nie biegam! — prychnął na to młody, wywracając oczami, choć napięte mięśnie wyraźnie wskazywały na to, że już rzucał się do pędu.

Poprawiła podwinięty rękaw zszarzałej koszuli, który zsuwał się natrętnie, od kiedy zerwał się guzik podtrzymującego paska. Mówi się, że szewc bez butów chodzi, tak jak i krawiec w niedorobionych ubraniach, bo poprawki własnych kreacji zawsze spadają gdzieś na dalszy plan.Muszę to wreszcie ogarnąć, przemknęło jej przez myśl, kiedy zwinne palce poprawiły materiał, a wzrok odruchowo zszedł do sięgającej połowy łydki spódnicy. Z doszytych niegdyś licznych kieszeni była niezwykle dumna, stanowiły nieodmiennie punkt przechwałek i przykładu praktycznego kunsztu, lecz podobnie, jak w przypadku koszuli, jeden ze schowków wymagał poprawki. Takich drobnych, wymagających poprawy elementów było w garderobie Alice więcej i jak zawsze odchodziły w zapomnienie, kiedy na pierwszy plan wysuwały się te istotniejsze sprawy. Takie jak…

— Flynn! — Zamachała do brata, kiedy dostrzegła wśród tłumu łysego chłopaka, który garbił się, jakby miało mu to pomóc zniknąć wśród zebranych. Bezskutecznie. — I jak, znalazłeś? — Wskazała głową w kierunku majaczącego się za linią drzew potężnego ogniska. Zniknął chwilę wcześniej, kiedy wysłała go z ambitnym zadaniem podwędzenia alkoholu z któregoś ze straganów. Nie godziło się spędzać święta o suchym pysku, wystarczyło odpowiednio czaić się przed wujaszkiem Tullym, który nieszczególnie był zadowolony, kiedy nieletnia młodzież brała przykład z dorosłych w kwestii imprezowania. Ale kimże byli, jak nie wybitnymi iluzjonistami i oszustami, zdolnymi uśmiechnąć się rozbrajająco? — Bo jak wróciłeś z pustymi łapami, to możesz od razu wracać. — Wzniosła wyczekująco brwi, ale w ciemnych tęczówkach czaiła się łatwo dostrzegalna ekscytacja. Groźny ton był taki wyłącznie z pozoru, bo wizja umoczenia ust w rozcieńczonym winie była o wiele przyjemniejsza od siania postrachu.

Architekt Ścieżek
my life would be so much easier if i wasn’t a piece of shit
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#2
Wczoraj, 15:40  ✶  
Wszyscy zawsze czegoś od niego chcieli. Flynn idź i zrób to i to, przynieś mi tamto, zapytaj się Babki czy nie możesz jej w czymś pomóc. Nie siedź tak, nie garb się. Dlaczego jesteś tutaj sam, skoro wszyscy bawią się razem? Idź do nich. Idź. Idź. Idź. Idź tam. Nie siedź, tylko idź. Może gdyby połamał sobie nogi, to przestaliby mu kazać wszędzie chodzić? Bo bardzo, ale to bardzo chciał uwierzyć w to, że życie miało dla niego inny plan niż bycie wiecznym popychadłem, ale im dłużej jego plan ucieczki się przesuwał, tym bardziej zaczynał wątpić. A co jeśli w Londynie też będzie musiał wszystko za wszystkich robić? Nie, tak nie będzie! Zdążył już zachłysnąć się portowym smrodem i jakoś mu się wryło w głowę, że to właśnie tam miał zaznać niewyobrażalnego szczęścia. Tam, a jeśli nie tam, to gdzieś dalej, ale na pewno nie tutaj, gdzie ciągle zwracano mu uwagę i oczekiwano od niego rzeczy, częstując go przy tym przytłaczającym, matczynym wzrokiem, którego szczerze nienawidził.

Jego matka go przecież nie chciała. Nic mu jej nie zastąpi. Nigdy nie obudzi się pełen szczęścia i energii, bo któryś z Bellów raczył się do niego uśmiechnąć i próbował go uchronić przed niebezpieczeństwami świata. Mieli go za dzieciaka? Dzieciakiem to on nie był już od lat! Nie dało się pozostać nieskalaną duszą w świecie utkanym z ciemności! I nie obchodziło go zupełnie, że ci wielcy „dorośli” podchodzili do jego rozterek pobłażliwie. „Dorośli” też zdawali sobie z tego wszystkiego sprawę, tylko nie lubili o tym mówić i nie lubili go za to, że im o tym przypominał. O tym, że nie byli wcale wielką, szczęśliwą rodziną, tylko gromadą sierot i odrzutków społecznych, spalenizną z dna nieupilnowanego garnka. Zawsze się na niego gapili tak, jakby mieli wypatrzeć coś, gdzie zwykły wzrok nie sięgał, a później uśmiechali się żenująco, kiedy zaskakiwał ich czymś prostym, nie do końca szczerym, ale za to genialnym. W jego rozumieniu – nie potrafili objąć swoim umysłem tego, jak łatwo przyszło mu te zawiłości świata rozgryźć.

Nikt nie będzie mu mówił, co ma robić. Nikt, już nigdy! Nikt!

I chociaż myśli miał pełne patosu, w rzeczywistości nic w jego otoczeniu nie było tak emocjonujące, jak w jego głowie. Nikt się na niego z wyższością ani pobłażliwością nie gapił – chłopak się na tym etapie buntował dla samego buntu – już chyba nawet w tym zaszedł o wiele dalej, niż zachodziły chłopaczki mu podobne, bo coraz częściej oczy mu rozbłyskały nie na wieść o tych rebeliantach podobnych Robin Hoodowi, lecz o faktycznych typach spod ciemnej gwiazdy. Jeśli ktoś się nad nim pochylał, to ze smutkiem zwykle. Nie było wśród jego braci i sióstr nikogo, kto się o niego przynajmniej trochę nie martwił, ale to nie znaczyło przecież, że ktokolwiek wiedział, w jaki sposób mu pomóc. Niektórym trzeba było dać spaść z murku na rozpędzonym rowerze i modlić się, aby najgorszym co mu się przytrafi, będzie siniak. Szkoda tylko, że Flynn na szali stawiał całe swoje życie, a nie potencjalne złamanie kończyny.

Niski, wychudzony, wygolony, z krzywymi zębami, wiecznie zgarbiony, ze szczurzą urodą. Nietrudno go było dostrzec w tym tłumie, bo zwracał na siebie uwagę, będąc ostoją smętności i niezadowolenia z życia wśród ludzi chcących bawić się dobrze i zabić zmęczenie bawiąc się z bliskimi.

Zatrzymał się na dźwięk swojego „imienia” (nie lubił go – ale czy istniało coś, co on lubił, jeśli nie przynosiło mu przyjemności lub ulgi?) i tak się napiął, że nawet w bluzie, w której tonął jak w worku kartofli, widać było, jak przechodzi go po plecach dreszcz. Odwrócił to swoje smutne spojrzenie w kierunku Alice, unosząc ramiona w górę tak, jakby się chciał pomiędzy nimi schować.

– Za głupiego mnie masz? – Z pierwszej łapanki to on nie był! Zresztą, wreszcie miał okazję do zrobienia czegoś, na co normalnie by mu nie pozwolono i zyskiwał aprobatę kogoś innego niż szczur, któremu od jakiegoś czasu rzucał pod wóz okruchy chleba. Pewnie w szoku była jak swobodnie to powiedział, szybko jednak wrócił do swojego standardowego trybu. – A! Ale mmam t-ty-lko nale-ewkę, bo to z bą–belkami – czego wielki i dorosły nazwy przypomnieć sobie nie potrafił – jest w skszyni, a widź-działem, że ma nienaoliwione zz-awia-asy i… – Wywrócił oczami. Nie dokończył i nie zamierzał tłumaczyć jej jak, po co i dlaczego, nie miało też sensu naciskanie na niego, bo i tak ciężko do niego było dotrzeć. Zamiast tego odetchnął, w ten charakterystyczny sposób, jakby miał zaraz powiedzieć coś przełomowego, po czym podwinął lekko bluzę i pokazał jej, że ma pod nią sporych rozmiarów torbę. I do tej torby przyczepiony był metalowy kubek. Mimo tej wielkiej pewności siebie, z jaką tu przyszedł, teraz mimowolnie wbił na moment wzrok w ziemię. Alice… owszem, nie była straszna celowo, ale to nie znaczyło od razu, że w ogóle nie był straszna, kiedy pozowała na obrażoną. Kiedy zdał sobie sprawę z tego, co zrobił, podskoczył lekko i spojrzał na nią, doszukując się reakcji. Tylko po to, żeby po ledwie dwóch sekundach spanikować i ruszyć w kierunku stosu skrzyń nieopodal ognisk, bo daleko od ognia nie widział prawie nic…

– I-idziesz…? – Obejrzał się przez ramię, z twarzą wykrzywioną tak, jakby się miała za to śmiertelnie obrazić.

@Alice Bell


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alice Bell (564), The Edge (863)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa