• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Czarodzieje Sowia Poczta v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
Ptasia poczta Lorien

Ptasia poczta Lorien
Czarodziej
Życie to sztuka, którą uprawia niewielu. Większość tylko wegetuje.
wiek
33
sława
III
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
Złotnik / Kowal
Wysoki brunet, mierzący aż 193 cm wzrostu. Długość włosów często sięga mu karku. Zazwyczaj goli się na gładko, bądź pozwala sobie utrzymać zarost. Ostatnie wydarzenia spalonej nocy doprowadziły do tego, że zapuścił brodę. Twierdząc, że być może w ten sposób, nie zostanie rozpoznany przez oprawców. Ubiera zwyczajnie jak każdy mugol. Posiada bardzo dobrze zbudowaną sylwetkę, co zasługą jest wieloletnie ćwiczenie ciała.

Tristan Ward
#101
17.09.2026, 11:39  ✶  
Odpowiedź na ten list nadeszła dnia następnego. Sowa przyleciała z listowną odpowiedzą i paczuszką.


Londyn 27 października 1972r.

Lorien,

Dziękuję za prezent. Mam nadzieję, że wyjazdy były udane i nie były związane z pracą, a bardziej rekreacyjne. Pozwalające odpocząć od tego wszystkiego, co się w naszym kraju dzieje.


Chętnie podjąłem się wykonania dla Ciebie gwoździ na Samhain. Mam nadzieję, że spełnią swoją rolę.



Tristan Ward


@Lorien Mulciber
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#102
17.09.2026, 15:42  ✶  
Dnia 30 października 1972 roku, na łóżku czekał na Lorien zgrabnie zapakowany prezencik. Była w nim prześliczna szata od Christophera Rosiera.

Pomyślałem, że ucieszy Cię bardziej niż lampion. Może nie jest to limitowana kolekcja lady von Pumpkinworth, ale jak na moje, to całkiem zmyślny krawiec z tego Rosiera. Załóż.


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#103
18.09.2026, 20:27  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.09.2026, 22:43 przez Lorraine Malfoy.)  

—26/10/1972—


List zabezpieczono standardowym zaklęciem ochronnym.


Londyn, 26 X 1972 r.

Kochana Lorien,

Liczę, że mój list zastanie Cię w dobrym zdrowiu, zwłaszcza, że dawno nie miałam okazji gościć Cię w moich progach. Jak się miewasz? Żywię nadzieję, że od czasu naszej ostatniej wymiany po Spalonej Nocy zdołałaś odzyskać poczucie bezpieczeństwa, i że finalnie sprawa tej straszliwej napaści na Twoją osobę doprowadzona została do szczęśliwego końca. Czy padł już wyrok? Nie natrafiłam na żadną informację, która mogłaby o tym traktować, ale od początku zakładałam, że proces w tej sprawie przebiegał będzie za zamkniętymi drzwiami, w trosce o dobro państwa. Ministerstwo winno pilniej czuwać nad bezpieczeństwem sędziów Wizengamotu. Czy została Ci już przydzielona stosowna ochrona? (Czy jaki przystojny auror upija łyka Twojej kawy, zanim sama sięgniesz po filiżankę, jak królewski podczaszy, gotowy zginąć, jeżeli wychylony trunek okazał się zatrutym? „Wypiliście w tym przeklętym pucharze miłość i śmierć!”, rzeczą Dzieje Tristana i Izoldy. A Tristan odpowiedział wówczas: „Niech tedy przyjdzie śmierć”. Przyznasz, że wizja jest nader romantyczną). Ale przede wszystkim, powiedz mi, czy nie przepracowujesz się zanadto? Wyobrażam sobie, że musicie mieć pełne ręce roboty po ostatnich zamieszkach. Wiem, że ja mam. Wbrew pozorom, nie cieszy mnie to, bo mimo profesji, jaką wybrałam, śmierci nie traktuję jak kapitał — nigdy nie traktowałam. Nie cieszę się, gdy mogę zarobić na pogrzebach: boskim jest żniwo, jakie zbieram, a choć żyję z plonów zerwanych rękoma Staruchy, smutek mój jest matczynym, gdy staję nad rozkopanym grobem. Wszystkieśmy obdarzone wrażliwością Dziewicy, która zna, kiedy nie czas jeszcze odejść: boskimi są zarówno narodziny, jak i śmierć, bo wpisanymi w naturalny bieg ludzkiego życia. Celowo piszę „bieg”, nie zaś „porządek”, bo więcej w naszym życiu chaosu, aniżeli struktury, choć i chaos cechuje swego rodzaju uporządkowanie. Spójrz, oto bowiem odlatują ostatnie letnie ptaki wędrowne. Choć wzbijają się w powietrze bezładną chmarą, pełnymi gracji są zwroty, jakie wykonują w powietrzu. Nie znoszę brutalności broni palnej, która celuje do nich podczas polowań, niby to zabawnym zwyczajem mierząc między skrzydły, a to właśnie czynią Śmierciożercy, burzyciele boskiego dzieła w całej jego rozciągłości. Próbują objąć władztwo nad życiem, uzurpując bogów. Obiecują nowy porządek, bo chcą obalić obecny: atakują zatem urzędników państwowych, choć nie anarchia jest ich celem, lecz dyktatura. Dyktatura terroru ustanowiona marmurem nagrobków, wspaniałością naszych mauzoleów.

Smutno mi patrzeć na to wszystko, Lorien. Boleścią przejmuje mnie trupie żniwo Spalonej Nocy, które wciąż zbieram, choć dawno już nastał dzień. Bo teraz nie ma u mnie już dnia bez pogrzebu. Nazwiesz mnie pewnie naiwną, bo z tak wieloma problemami wielkiej wagi masz do czynienia na co dzień, a ja mówię Ci o rzeczach tak drobnych, że w perspektywie potęgi reprezentowanej przez monumentalne sale Wizengamotu zdają się kompletnie nieistotnymi. Być może zbyt długo pozostawałam zbyt daleko od Malfoy Manor, z którego balkonów rozciągają się widoki pełne spokojnej idylli. Moje okno wychodzi na Nokturn — widok, który mojemu sercu jest bliższy nad ten z posiadłości w Wiltshire. Nie jest to widok piękny. Nie jest to pejzaż okolicy, na którą można patrzeć z obojętnością, lecz zbliżenie na panoramę ludzkich żyć. Podczas gdy w gazecie czytam kolejny artykuł, w którym politycy przerzucają się winą za błędy, zarzucając swoim przeciwnikom słabość, krytykują opieszałość w działaniu… Nie myślę o statystykach, jakie przywołują. Patrzę za okno i widzę kolejnego żebraka, który wyzionął ducha w zaułku. Myślę o dziecku, które w Spaloną Noc zaczepiło wokół mojej szyi brudne rączki. O dziewczynce, która bała się, bo zgubiła w tłumie matkę. Owinęłam ją moim szalem: zastanawiam się, czy tam, gdzie jest, nie jest jej zimno, czy nie jest głodna. Czy znowu się nie boi. Wiem, jak to jest, bać się: przecież i na moją cześć próbował nastawać tamtej nocy osobnik niemagicznego pochodzenia. Najbardziej naiwnym w tym wszystkim jest to, że ja tego człowieka nie winię. Nie boję się go. Nic mi przecież nie zrobił, a samego incydentu nie rozpamiętuję jako krzywdy: to możliwość tego, co mógł zrobić, gdybym była tam sama, przejmuje mnie większą trwogą. Taka już moja natura, kochana Lorien, że wybaczam, chociaż nie zapominam. Być może mam zbyt tkliwe serce. Być może to właśnie tkliwości braknie teraz tak wielu, bo tak wielu zdaje się być bez serca. Co skłania bowiem do postąpienia na drogę nieprawości? Do czynienia krzywdy innym? Cyniczni powiedzą, że wyłącznie okazja, tylko że taka okazja musi wprzódy zaistnieć. Wierzę, że ten człowiek, ten sam, który przestąpił mi wtedy drogę, upojony był nie poczuciem własnej siły — nie poczuciem bezkarności nawet, czy chęcią zadania przemocy — lecz bezradnością. Nie usprawiedliwiam go. Nie usprawiedliwiam tego, co wywrzeszczał mi w twarz, gdy myślał, że jestem moją kuzynką. A jednak święcie przekonana jestem, że nie wszedłby na drogę występku, gdyby nie sytuacja życiowa, w jakiej się znalazł. A nawet wtedy, gdy uderzyłaby go desperacja, nie odważyłby się przecież podnieść ręki na kogoś takiego jak ja. Nie, na pewno nie dopuściłby się nieprawości, gdyby tej nocy Śmierciożercy nie dokonali swego zamachu! Ideologiczne sprawstwo Śmierciożerców rodzi przestępstwa oportunistyczne: Naśladowcy nie pojawiliby się, gdyby nie mieli kogo naśladować. Tak oto, dając przyzwolenie na większe zło, mogliśmy patrzeć na narodziny mniejszego: manifest gminnego lorda z samodzielnego nadania spolaryzował społeczeństwo, popychając nas wszystkich w stronę konfliktu, który jest niczym więcej, jak samonapędzającą się spiralą wzajemnego antagonizmu.

A jakże łatwo jest odpowiadać krzywdą za krzywdę tym, którzy nie pojmują, że krew nasza nie wpisuje się w zwykły bilans zysków i strat.

Nie znam się na odpowiedzialności systemowej, znam się jednak na wierze. Wiem, że grzech rodzi grzech. Boję się, Lorien, bo to wszystko, co się teraz dzieje, nie jest naturalnym, nie jest właściwym. Boję się, a bojaźń moja budzi we mnie gniew. Swojego gniewu też się boję. Czy Ty się czasem gniewasz tak, że masz ochotę, żeby cały świat poczuł ogrom tego gniewu? Byłam gniewna, gdy na mnie napadnięto. Ale znów, gdybym nie wybaczyła temu mugolakowi, gdybym chowała urazę, czy nie umniejszałabym wtedy sobie? Gdyby zostawił choćby jeden siniak na mojej skórze, czy byłoby to zasadnym, zażądać tego samego w retaliacji od Śmierciożercy, który mieni się obrońcą mej krwi? „Uczyń mu to samo, co on uczynił mnie”. Czy cenę za moją skórę mam podawać w skórach mugolaków? Nie wypłaciliby się. Jakże poniżającym jest to wszystko, Lorien. Poniżającym jest pozwalać, aby wyceniali moją krzywdę swoją miarą. Mojej skóry nie wolno dzielić na sztuki. Moja krew jest zbyt cenną, aby nadać jej wartość. Jakże prymitywnym jest żądać głowy mugolaka za włos spadły z mojej głowy. Zezwalając na porównanie się do istoty niższej, nie udowodniasz wcale swojej wyższości, tłumaczyć muszę młodszym kuzynom, chłopcom jeszcze, a choć słusznie burzą się, bo mugolacy wyrządzili naszym bliskim krzywdę tej strasznej nocy, powtarzam, że nienawidzić, mimo wszystko, nie wolno. Jeżeli bowiem społeczeństwo pozostawia biednych, i zdesperowanych ludzi w warunkach, w których przemoc staje się coraz bardziej prewalentną, ludzie ci zaczną odpowiadać przemocą, nieważne, jakie pobudki ideologiczne nimi kierują. Zapewne żadne. Ich ideologią jest przemoc, ich religią — gwałt. Ich prawem jest pięść.

A jednak to pięści obroniły mnie tamtej nocy. Obronił mnie Nokturn, a raczej — jego ludzie. Bo gdy ten nieznajomy próbował mnie skrzywdzić, odepchnęli go, wyśmiali, w solidarności ze mną. „Nokturn broni swoich”. Czy ja jestem Nokturnu, Lorien? Czy Nokturn jest moim? Ja nie należę i Nokturn nie należy. „Nokturn musi bronić się sam”, usłyszałam ostatnio. Wtedy się uśmiechnęłam, bo powiedział mi to jeden stary zakapior z Nokturnu, który mieni się społecznikiem, bo nie dolewa szczyn do piwa. A potem chciało mi się płakać, bo przypomniałam sobie jeszcze inną rozmowę, tym razem z naszym wspólnym znajomym. Rozmowę, w której stwierdził, że z racji jego wysokiego urodzenia i pozycji, wszystko, czego by na rzecz Nokturnu dokonał, byłoby oplutym i odtrąconym. „Nie wmówisz mi, że ten świat przyjąłby mnie z otwartymi ramionami, ukazując swoje piękne przestrzenie w zamian za odrobinę zainteresowania i szacunku.” (Wspomniał też coś o tym, że ktoś z Nokturnu wysłał mu zaszczany podkoszulek? Mężczyźni w tych czasach obnoszą się widać tym, że mogą sikać na stojąco, niby Orderem Merlina). Z tego, co mi wiadomo, obecnie prowadzi rozmowy w sprawie jakiś szeroko zakrojonych inwestycji w Dolinie Godryka. Widać jest to miejsce, w którym z odpowiednią wdzięcznością przyjmą jego pomoc. Na pewno zdjęcia z dziennikarskich relacji będą bardziej malowniczymi: jak tu bowiem przyrównywać sady Abbotów do slumsów Nokturnu? Tamtejsze jabłonie chylą się pokornie, ciesząc oczy złotymi jabłkami — nędza ulicy charczy i pluje. Jabłkiem może co najwyżej rzucić, i to nie złotym — lecz zgniłym. Ja również jestem częścią tego gorszego krajobrazu, więc zdystansowałam się, aby nie psuć jego nienagannego wizerunku. Nie okazuję ani zainteresowania, ani szacunku, i, za pozwoleniem, uważam, że Ty też nie powinnaś, jeżeli wciąż Ci się nie oświadczył, bo to przerażające, jak długo można zwodzić uczciwą kobietę pozorami pomocy, stabilizacji, bezpieczeństwa, bez żadnej deklaracji takowego! Wiem przecież, że śmieją się ze mnie na salonach, że wytykają palcami, gdy się obrócę, a gdy poskarżyłam się na to, stwierdził, że to deluzje, że powinnam to, uważaj, „przepracować”! A więc nie tylko Nokturn musi bronić się sam — w oczach Anthony’ego Shafiqa ja również muszę bronić się sama. Zmęczona jestem już tym nieustannym lawirowaniem między „zbuntowanym dzieckiem”, a „zadufaną w sobie kobietą” w tej jego narracji. Między „miłą towarzyszką”, a jednak kimś „niegodnym zaufania”. Wierzysz mi, że jestem zmęczona? Jakie to przedziwne, że obcy człowiek gotów mnie wspomóc bardziej niż stary przyjaciel, że własna rodzina mniej jest moim losem przejęta, choć w żyłach naszych ta sama krew płynie. Może dlatego nie chcę dywagować nad motywacjami Nokturnu. Chcę, żeby im też ktoś pomógł, tak jak oni pomogli mnie. Aby ktoś ich obronił, tak jak oni obronili mnie. Nie mówię tego z potrzeby wzajemności: chciałam tego już wcześniej, bo, w przeciwieństwie do niektórych, nie czuję potrzeby pomagania wtedy tylko, gdy w zamian mogę liczyć na wdzięczność.

Wiesz o tym najlepiej, nie czuj się w te moje narzekania wciągnięta, bo ciężko mi było na sercu, i potrzebowałam przed kimś wywlec myśli, z których dumna nie jestem, a wiem, że osądzisz mnie w ciszy najwyżej, kręcąc głową nad tym listem. Spytasz, co robię, kiedy nie organizuję pogrzebów i nie popatruję przez okno na, jakby określił to mój stryj, „element społeczny”, zastanawiając się nad życiem: otóż, nie mów nikomu, czytuję książki kucharskie. Jest to zajęcie tak wybitnie niedorzeczne, że mam ochotę sama śmiać się z siebie, bo gotować nie umiem wcale, a jednak zainspirowałam się inicjatywą bardzo szczytną: otóż po Spalonej Nocy na Nokturnie zorganizowano jadłodzielnię. Nie „jadłodajnię”, bo trzeba zapłacić pięć knutów (według mojego brata stryjecznego, za darmo to można co najwyżej dać komuś w zęby, więc „jadłodajnia” od razu brzmiałaby podejrzanie), ale jedzenie, jakie tam podają, jest proste i pożywne. Autorem tejże inicjatywy jest niejaki Lewis McKinnon. McKinnon, powiesz, i wiem, co pomyślisz: obie wiemy, jaką profesją zwykli trudnić się przedstawiciele tego rodu. Zapewniam Cię, że cel jest szczytnym, a chłopiec ów nie trudni się niczym nierządnym, bo pozostaje pod protekcją Woody’ego Tarpaulina, właściciela szynku Rejwach, gdzie pracuje jako kucharz. Niepochlebnie zwykłam myśleć o jakimkolwiek przybytku, w którym można się oddawać pijaństwu, a jednak z pewnym sentymentem zerkam w stronę Rejwachu, bo pan Tarpaulin zawsze był wobec mnie dżentelmenem (nawet jeżeli kiedyś próbował opchnąć Mistrzowi Alhazredowi jakieś przeklęte pudło). Rozmawiałam z nim na temat organizacji jadłodajni w przeddzień Spalonej Nocy, licząc na zaangażowanie w sprawę lokalnego kowenu, jak i kilku nokturńskich przedsiębiorców, ale pomysł widać poszedł w świat, i zaczął żyć swoim życiem, jak wszystkie wielkie idee: zaangażować się nie mogłam więcej niż skromnym datkiem, bo i możliwości mam dosyć skromne… Ale może Ty mogłabyś wspomóc nokturńską jadłodzielnię? Zawsze wysyłasz mi takie przepiękne prezenty na urodziny, kochana Lorien, i chociaż ogromnie jestem wdzięczna za to, że o mnie myślisz, czy mogłabyś, proszę, wspomóc zamiast tego inicjatywy McKinnona? Zbliża się święto, niechże ludzie najedzą się w imię boże, bo przecież czasy tak niepewne. Bądź pewna, że Ty zawsze pozostajesz w moich modlitwach, nieważne od okazji!

Twoja,
Lorraine


Yes, I am a master
Little love caster
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#104
18.10.2026, 19:22  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.10.2026, 19:27 przez Lorraine Malfoy.)  

—28/10/1972—


Odpowiedź na ten list.

Przesyłkę zabezpieczono standardowym zaklęciem ochronnym. Do listu dołączono nie próbnik, ale całą rolkę materiału, o który prosiła Lorien, a także kontakt do skromnego atelier rzemieślnika w Carkitt Market, trudniącego się wyrobem artystycznych mebli na zamówienie: Lorraine musiała stwierdzić, że młody artysta zdoła wpasować się w gust kobiety. A jeżeli nie, przynajmniej będzie mogła obić kanapę zgodnie ze swoim życzeniem. W materiał w tym samym kolorze zawinięto również niewielką książeczkę z serii przaśnych, gotyckich romansów popularnych wśród panien na wydaniu jakieś stulecie temu. Tak, Lorraine wysłała Lorien harlekina o aurorach, a to jest w tym wszystkim najlepsze, że to kompletnie in character. Na stronie tytułowej można było odnaleźć naskrobane młodziutką, ale w pełni wyrobioną w pisaniu dramatycznymi zawijasami rączką półwili: "własność L. M." Jak to się wspaniale złożyło, że miały z Lorien takie same inicjały…


Londyn, 28 X 1972 r.

Kochana Lorien,

Z całego serca dziękuję za prezent, jaki mi sprawiłaś. Nie potrafię wyrazić, jak bardzo jestem Ci wdzięczna za te pieniądze, które przekazałaś na jadłodzielnię na Nokturnie. Obawiam się, że gdybym spróbowała oddać zadość swojej wdzięczności, napisałabym list dłuższy niż wszystkie akty prawne, jakie kiedykolwiek czytałaś, więc pozwól, że na początku dumnie zakomunikuję co najważniejsze: przesłałam już pieniądze Woody'emu. Możesz być pewna, że przekazałam mu wiernie Twoje słowa, nie ukrywając, komu należy dziękować za pomoc. A książka… Lorien, nawet nie wiesz, ile radości mi przyniosła. Znalazłam w jej lekturze nader osobliwy rodzaj pocieszenia. Wszystkie te drobiazgowe zalecenia, uwagi o zastawie, porządku stołu, właściwej kolejności podawania potraw… O gościnności, która winna być zarazem hojna i nienachalna. Znalazłam imię Twojej mamy na okładce, więc mimowolnie zaczęłam myśleć o swojej mamie, choć od tak dawna nie ma jej już z nami. Przyszły do mnie wspomnienia czasów, kiedy życie wydawało się prostszym. Czytałam bowiem w młodości podobne książki. Poradniki dla młodych dam, podręczniki savoir-vivre. Możesz mi nie wierzyć, ale czytanie ich sprawiało mi taką samą uciechę, jak czytanie romansów rycerskich. Zbierałam zawarte w nich wskazania, wyobrażając sobie, że podług nich urządzę swoje życie, gdy dorosnę. Nie czułam się przez nie w żaden sposób ograniczana. Książki pokazały mi świat utrzymany w całości za pomocą tych drobnych gestów, których nikt nie uznaje za wystarczająco ważne, aby nazwać je władzą. Ale ja miałam przecież władzę nad gestem. Ja miałam władzę nad światem, który wokół siebie stworzę! Wyobrażałam sobie, że stworzę dom, w którym będę szczęśliwa. Bo byłam szczęśliwa, gdy byłam poprawiana: gdy miałam możliwość stania się lepszą osobą dzięki czyimś poradom, spisanym przecież z myślą, żeby pomóc. Może niektórym te porady wydadzą się staroświeckimi, albo wręcz zbędnymi, ale dla mnie są czymś wyjątkowym. Uświadamiam sobie wtedy, jak wiele pozostaje po człowieku. Nie tylko jego nazwisko, nie tylko przedmioty, które kiedyś trzymał w dłoniach, ale i ślady myśli, które komuś innemu mogą się wydać zupełnie nieistotne. Życie nie kończy się w chwili, w której myślimy, że się kończy. Może ktoś kiedyś otworzy podpisaną moimi inicjałami książkę. Może przeczyta, a może odłoży z powrotem na półkę, nie wiedząc nawet, komu zawdzięcza jej posiadanie. Nie mam już matczynego modlitewnika o marginesach wystarczająco szerokich, że można było na nich zapisać piosenkę zasłyszaną w kowenie. Pochowałam go razem z nią. Została mi po niej jednak drewniana plansza do ćwiczeń imitująca pianino, która należała wcześniej do jej matki: palce kolejnych pokoleń kobiet wyślizgały drewno, rzeźbiąc ślady na klawiszach. Teraz tylko moje palce pieszczą klawisze atrapy pianina, ale może kiedyś poprowadzę  po klawiaturze paluszki swojego dziecka. Bardzo bym tego chciała, Lorien. Bardzo wiele o tym myślę. Nie sądzę jednak, żeby dane mi było łatwo wyjść za mąż: nie dlatego nawet, że nie mam odpowiedniego posagu, choć niegdyś to właśnie wstrzymało mnie przed potencjalnym zamążpójściem. Nie zrozum mnie źle, bardzo chętnie zapoznam się z państwem Şahin, zwłaszcza, jeżeli darzysz ich poważaniem, ale nie chcę robić sobie złudnych nadziei: boję się po prostu, że małżeństwo okaże się w moim przypadku takim samym zawodem, jak wskazania etykiety.
Przez moje doświadczenia zrozumiałam bowiem, że można nauczyć się wszystkich właściwych gestów i nadal nie mieć żadnej gwarancji, że zostanie się potraktowaną z szacunkiem.
Gdy oglądam książkę od Ciebie wciąż jest we mnie tamta Lorraine, która wierzyła w pewną formę moralnej wzajemności: skoro ktoś zadał sobie trud, żeby opisać, jak należy postępować, to zapewne uczynił to dlatego, że chce pomóc. Skoro istnieją reguły gościnności, można stworzyć dom, w którym człowiek będzie gościem mile widzianym. Skoro istnieją reguły dobrego wychowania, można stać się kimś, kto nie wyrządza innym niepotrzebnej przykrości. W swej dziecięcej naiwności, nie przewidziałam, że nie wszyscy ludzie udzielają wskazówek z myślą o tym, by pomóc. Że niektórzy czynią z nich narzędzie, za pomocą którego wyznaczają granice cudzej samodzielności. Że istnieją tacy, którzy najpierw uczą człowieka polegać na swoim osądzie, a potem, gdy ten osąd zaczyna prowadzić do wniosków niewygodnych, każą mu wątpić we własne rozumowanie. Najtrudniej rozpoznać tę różnicę wtedy, kiedy człowiek, który nas poprawia, rzeczywiście ma nam coś do zaoferowania. Kiedy jego wiedza jest większa od naszej, jego doświadczenie bogatsze, a jego troska, w pewnej mierze przynajmniej, prawdziwa.

Chciałabym powiedzieć, że wybrałam, Lorien: prawda jest taka, że to wszystko nie było tak naprawdę wyborem Lorraine, lecz wyborem poety; wyborem przegranego konia, tego z samego końca tabeli, tak jak wtedy, kiedyśmy się spotkały na torze w Ascott. Kiedyś widziałam w tym wyborze przekorę, i czerpałam z tej przekory dumę, bo i z czego innego miałabym tę dumę czerpać? Wdzięczna jestem więc, że pozwoliłaś mi wtedy być dumną. Że postawiłaś na przegranego konia wraz ze mną. Że szybciej niż ja zrozumiałaś, że mniej było w tym przekory, a więcej desperackiej próby zachowania godności przez dziecko, które musiało walczyć o tę godność całe życie. Że zrozumiałaś to bez słów.
Użyłam bardzo wielu słów, aby wyjaśnić to samo Anthony'emu. Podkreślam to, ponieważ nie chcę, ażebyś myślała, że jestem niewdzięczną. Że odrzucam bezmyślnie przyjaźń i przewodnictwo tych, którzy są ode mnie starsi zarówno wiekiem jak i doświadczeniem. Nie jestem taka, Lorien. A jednak przyznać na głos, że mniej miałam w swoim życiu siły sprawczej, niżbym chciała? Że wstrzymywał mnie zbyt często brak środków, zaplecza należnego wysoko urodzonej damie. Jakże przyznać się do tego mężczyźnie? Mężczyźnie starszemu, bardziej doświadczonemu ode mnie, bardziej światowemu, na którego opinii tak mi niegdyś zależało?
Siła kobiety leży w słabości, lecz w słabości starannie selekcjonowanej. Być może siła mężczyzny leży w wyborze sprawy, która uczyni go słabym.

Niechże Anthony wybiera sobie jaką sprawę zechce.

Pośród moich rozedrganych zarzutów mogłaś odnieść wrażenie, że zależy mi na polemice z jego systemem wartości, ale tak nie jest, droga Lorien. Mnie zależało tylko i wyłącznie na symetrii w naszej relacji. A symetrii nie ma, gdy nieustannie słyszę, jaki to Anthony jest niezrozumiany, uciemiężony przez opinię publiczną, ale gdy to ja o to samo zrozumienie proszę, dostaję tylko żałosne wyrzuty. Dlaczego jego ból zawsze musi być większy niż mój? Bo on może odczuwać ból, gdy społeczeństwo ocenia go niesprawiedliwie, ale ja słyszę, że moje poczucie bycia ocenianą jest czymś, co "powinnam przepracować". On może uważać, że jego motywacje nie są dla innych zrozumiałe, ale ja muszę przed nim dowodzić, że moje własne w ogóle zasługują na poważne potraktowanie. Jeżeli boi się tak bardzo tego, że będą się z niego wyśmiewać za plecami, dlaczego mnie nie użyczy podobnego współczucia? Mówić można tak wiele o jego poczuciu wykluczenia, ale co z moim wykluczeniem? Wybrałam, i niosę konsekwencje swoich wyborów, droga Lorien, dlatego można uświadczyć mnie coraz mniej w przestrzeni publicznej. Nigdy nie narzekałam na konsekwencje, i być może to było problemem: to, że taiłam je przed innymi tak dobrze, że ktoś taki jak Anthony w ogóle nie jest tych konsekwencji świadom. A jeżeli jest świadom, to tym bardziej odrażającym jest, że odmawia niesienia własnych.
Nie wiem, jak inaczej zachować się, gdy mówi o Nokturnie z obrzydzeniem, a zarazem zaprasza mnie do ugrupowania, którym chce kształtować jego przyszłość polityczną. Oto stwarza bowiem sprzeczność, odmawiając jednocześnie poniesienia odpowiedzialności za to, jak te sprzeczności zostaną wyrażone, i jakie konsekwencje przyniosą: rozumie, że nie zostanie dobrze przyjęty na Nokturnie, ale nie rozumie, jak ja zostanę przyjęta w gronie ludzi, których wokół siebie zgromadził. Prywatne zapewnienie nie wystarcza, jeśli publiczne zachowanie pozostawia przestrzeń dla pogardy. Wszystko jest wyborem, a może nic nie jest wyborem. Anthony nie wybrał mnie, ale oczekiwał, że ja wciąż będę wybierała jego, chociaż nie dał mi żadnego powodu, żebym to zrobiła. Bawi mnie więc, że obraża się, gdy próbuję sprowadzać go na ziemię. Bawi mnie, że próbuje ze mną targować się na ból.
Najbardziej zaś bawi mnie, że na siłę chce zostać zbawicielem świata, ale nie stać go na zwykłą wzajemność.
"Ministerstwo dba o swoje interesy, nie o ludzi", powiedział mi Anthony, sugerując, że stoi ponad Ministerstwem, że spogląda na świat z moralnego piedestału, którego brakuje instytucjom. Że w przeciwieństwie do instytucji, rzekomo dba o ludzi, a więc i o mnie. Wybacz, ale gdy opowiada mi się o tajnych stowarzyszeniach złożonych z wpływowych przyjaciół o promugolskich poglądach, gdy zachęca do uczestnictwa w wojnie partyzanckiej (nie będąc w stanie powiedzieć w jakim zakresie, ani jako kto), na przemian to wywyższając moje umiejętności, to mi ubliżając… Uważam, że słusznym jest zauważenie, że gdy ugrupowanie opiera się na hierarchii, nieformalnych przysługach i reputacji, może odtwarzać wewnątrz siebie dokładnie te mechanizmy wykluczenia, przeciw którym rzekomo występuje. Uważam, że słuszną jest krytyka, zwłaszcza, gdy chodzi o kwestie bezpieczeństwa.
Oto bowiem tak jak wszyscy chce korzystać z mojej lojalności i umiejętności, ale niekoniecznie chce uznać świat, z którego te umiejętności pochodzą. Gardzi moją rodziną, że nie poświęcili mi wystarczająco opieki, ale sam nie wahał się nigdy przed traktowaniem mnie jako narzędzia. Najbardziej w tym wszystkim wściekła jestem więc na siebie, Lorien: bo myślę sobie, że nie przeszkadzałoby mi tak bardzo bycie narzędziem w rękach innych, gdyby tylko umieli lepiej zachować pozory. Brzydzę się przez to sobą. Nie brzydziłabym się, gdybym nie wierzyła w to dokładnie, o czym piszesz. Bo ja wierzę w to, że Anthony ma serce po właściwej stronie. A jednak nigdy nie ma tego serca dla mnie — nie w sposób, jaki potrzebuję, żeby miał.
Lorien, powiedziałaś mi tyle pięknych rzeczy. Powiedziałaś, że mam siłę, aby zmieniać świat, ale ja wcale nie chcę zmieniać świata. Oczywiście, że chciałabym, żeby zmienił się na lepsze, ale nie mam mocy, żeby dokonać takiej zmiany. Nie chciałabym też odbierać nikomu mocy samostanowienia. A jednak chcę, żeby wiodło się dobrze ludziom, których kocham, ludziom, na których mi zależy.
Nie wiem już czasem, czy moja potrzeba usprawiedliwiania innych wynika z wielkoduszności, czy z lęku przed tym, co musiałabym zrobić, gdybym pewnego dnia przestała znajdować dla nich wytłumaczenia. Łatwiej przecież wierzyć, że ktoś postąpił źle z powodu własnego cierpienia, niż przyznać, że mógł postąpić źle również wtedy, gdy znał nasze cierpienie i mógł oszczędzić nam następnego. Łatwiej jest mi uwierzyć w czyjąś bezradność niż w jego obojętność. Bezradność budzi we mnie współczucie, obojętność każe mi odejść. A ja, jak widzisz, wciąż jeszcze nie nauczyłam się odchodzić od ludzi, których kocham, nawet kiedy zaczynam rozumieć, że miłość nie zawsze wystarcza, aby móc przy nich pozostać.
Nie ja prosiłam, żeby Anthony przybył na Nokturn i ściskał dłonie żebrakom. Nie ja prosiłam, żeby zanurzał się w świecie pełnym grozy. Nie, ja przestrzegałam go przed zagrożeniem! Przestrzegałam, że to nie jest jego wojna. Nie miałam siły patrzeć, jak się pogrąża. Ale wiedzieć, że bez namysłu pogrążyłby mnie — to już kompletnie inny rodzaj bezsilności.
Ja widziałam te piwnice, o których mówisz, Lorien. Widziałam przemoc, widziałam krzywdę. Błądziłam pośród podziemnych korytarzy będąc dzieckiem jeszcze, i Bogini jedna wie, jak bardzo się wtedy bałam. A jednak przeżyłam to wszystko. Nauczyłam się nazywać niesprawiedliwość, ale nie zawsze potrafię przestać szukać jej przyczyny w sobie samej: bywa to kompromitującym, podobnie jak moja wcześniejsza obrona człowieka, który próbował na mnie napaść w trakcie Spalonej Nocy. Czasem potrzebuję, żeby ktoś potwierdził mi, że to jest "niedopuszczalnym", żeby uwierzyć, że tak jest naprawdę. A jednak wciąż mam w sercu tkliwość, która każe mi usprawiedliwiać. Więc usprawiedliwiam Anthony'ego od miesięcy. "Czy nie jestem przypadkiem zbyt wymagająca? Czy nie proszę o zbyt wiele, prosząc o szacunek należny osobie? A może nie jestem wystarczająco piękna, żeby zasługiwać w jego oczach na miano osoby?" Och, zadawałam sobie wiele podobnych pytań, aż mnie mdliło od własnej żałosności. Nie mam nikogo na tyle zaufanego, żeby prosić o radę, dlatego tak bardzo potrzebowałam napisać do Ciebie. Do kogoś, kto oceni z boku, czy postąpiłam właściwie, czy dokonałam właściwego wyboru. Bo ja Anthony'emu nie odmawiam prawa wyboru. Odmawiam mu jednak prawa do użalania się nad sobą z powodu tego wyboru — dokładnie tak samo, jak on odmówił go mnie.

Młodość potrzebuje mentorstwa. Potrzebuje porady, jak postąpić, gdy własne doświadczenia okazują się niewystarczające, aby rozwiać wątpliwości. Gdy serce, choć tak skore do wydawania sądów w sprawach cudzych, w sprawach własnych nie potrafi osiągnąć werdyktu. Dlatego wybacz mi, że wspomniałam o tym, o czym wspominać nie powinnam: o Waszej wspólnej przeszłości. Nie wspomnę już nigdy więcej o tym, pozwól się jednak przeprosić. Kierowały mną w tym uczucia wyłącznie, nie żadna kalkulacja, a już na pewno nie chęć ubliżenia żadnemu z Was dwojga. Nie chciałam, żebyś odniosła wrażenie, że myślę o Tobie jako o kimś niepewnym siebie albo swojej wartości. To mówiła moja własna złość. Moje poczucie niesprawiedliwości o asymetrię w relacji, które niepotrzebnie projektowałam na Ciebie. Naprawdę nie wiesz, jak bardzo cieszę się, że wciąż mogę mieć w życiu kogoś, kto potrafi powiedzieć mi, że postąpiłam niewłaściwie, nie czyniąc z tej pomyłki dowodu na moją niedojrzałość. Kogoś, kto potrafi się ze mną nie zgodzić, nie odbierając mi przy tym prawa do własnego zdania. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, jak wiele znaczy dla mnie ta różnica. Być może dlatego tak bardzo zależało mi na Twojej odpowiedzi. Nie dlatego, że chciałam usłyszeć, iż mam rację, lecz dlatego, że chciałam móc się mylić bez obawy, że zostanę przez to uznana za mniej godną szacunku.

Twoja,
Lorraine


Yes, I am a master
Little love caster
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 3 gości



Strony (11): « Wstecz 1 … 7 8 9 10 11


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa