22.04.2026, 19:12 ✶
12.12.1969
Godziny popołudniowe
Godziny popołudniowe
Jej mundur był do znudzenia beznadziejny. Szara pelerynka łopotała żałośnie, szata brygadzistki wisiała na niej jak worek na ziemniaki i to w ilości niewielkiej, bo Moody była chuchrem. Żylastym, silnym ale chuchrem. Czarne włosy związała w równie nudną kitkę, bo już dostała dwie reprymendy w tym miesiącu, że ma się godnie prezentować, wypełniać raporty na czas i być wzorem dla świeżaków. Kazałaby Bonesowi wybrać jedno z trzech, bo przecież jej oddychanie i myślenie w tym czasie nie wychodziło za dobrze, ale pogryzła się w język, odcinając się od jaźni na rzecz… bezmyślnego przytakiwania.
Yes Sir! No Sir! Thank you Sir!
Koniec.
Zgłoszenie przyjęła pod koniec swojego dyżuru więc była jeszcze bardziej zblazowana niżby wypadało. Być może dlatego nie zauważyła, że było do galerii. Być może wtedy poprosiłaby kogoś, żeby ją zmienił. Wstępne na Wielkie i Ważne kursy malarskie przepadły. Nie byłby to pierwszy raz, kiedy zignorowała termin, przesypiając go w pijackiej malignie, w stanie kiedy łatwo było uniknąć odpowiedzi na Ważne Życiowe Pytania oraz równie deprymującego Podejmowania Ważnych Życiowych Decyzji.
Chciała malować. Ale ryzyko było zbyt wielkie. Chciała być aurorem i nosić się w czerni. Ale ryzyko porażki, zawodu w oczach autorskiego brata i całej pierdolonej autorskiej rodzinki…
- Bry, ja z Brygady Uderzeniowej. Dostaliśmy zgłoszenie o kradzieży, kto będzie mógł mi powiedzieć co się stało? - zapytała przekraczając próg budynku, w którym nie spędzała tyle czasu ile by mogła, gdyby dopełniła formalności po kursach przygotowawczych. Przełknęła ślinę, przyjmując na twarzy maskę absolutnej obojętności, gdy w środeczku już wznosiła błagalne modły, żeby to nie była ta słodka brunetka, która te kursy przygotowawcze prowadziła. Moody nasłuchała się od niej, że powinna spróbować i obiecała jej że spróbuje. A potem zniknęła.
Kurwa mać
Pewnie gdyby miała trzecie oko jak cała jej rodzina po kądzieli, to by wiedziała, żeby w ogóle wymigać się sraką i nie iść do roboty.
Astoria We Własnej Osobie Avery.
Bosko.
Jej twarz nie zdradzała przejęcia, twarz profesjonalnego gliniarza, który niejednej reprymendy nasłuchał się w życiu. Była rozczarowaniem. To nie było jej pierwsze rodeo.
- Pani Avery? Funkcjonariuszka Moody z Brygady Uderzeniowej. Poinformowano mnie, że może pani coś powiedzieć więcej na temat kradzieży, która miała u Was miejsce. - sięgnęła po notes i otworzyła go… na szkicu kobiecego aktu szczęśliwie „stiudium” pozbawione było głowy, tak jak i ona była pozbawiona głowy gdy z nudów nabazgrała to na swoim super super profesjonalnym policyjnym notatniku.
Kurwa. Mać.
Beznamiętnie przekartkowała go oraz kilka innych szkiców… aż w końcu znalazła jakąś czystą stronę. Nawet nie westchnęła. Oddychanie było zdecydowanie dla słabych.
- Zatem? - podjęła absolutnie beznamiętnie nie podnosząc głowy na kobietę, która sama nie prezentowała się gorzej niż nie jedno dzieło sztuki umieszczone w tym pieprzonym muzeum.