06.08.2026, 12:43 ✶
—14/09/1972—
Irlandia, Cork
Vernon Mulciber & Anthony Shafiq
![[Obrazek: BHyV4np.jpeg]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BHyV4np.jpeg)
I have no store
Of gryphon-guarded gold;
Now, as before,
Bare is the shepherd’s fold.
Rubies nor pearls
Have I to gem thy throat;
Yet woodland girls
Have loved the shepherd’s note.
Then pluck a reed
And bid me sing to thee,
For I would feed
Thine ears with melody,
Who art more fair
Than fairest fleur-de-lys,
More sweet and rare
Than sweetest ambergris.
What dost thou fear?
Young Hyacinth is slain,
Pan is not here,
And will not come again.
No hornèd Faun
Treads down the yellow leas,
No God at dawn
Steals through the olive trees.
Hylas is dead,
Nor will he e’er divine
Those little red
Rose-petalled lips of thine.
On the high hill
No ivory dryads play,
Silver and still
Sinks the sad autumn day.
![[Obrazek: BHyV4np.jpeg]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BHyV4np.jpeg)
I have no store
Of gryphon-guarded gold;
Now, as before,
Bare is the shepherd’s fold.
Rubies nor pearls
Have I to gem thy throat;
Yet woodland girls
Have loved the shepherd’s note.
Then pluck a reed
And bid me sing to thee,
For I would feed
Thine ears with melody,
Who art more fair
Than fairest fleur-de-lys,
More sweet and rare
Than sweetest ambergris.
What dost thou fear?
Young Hyacinth is slain,
Pan is not here,
And will not come again.
No hornèd Faun
Treads down the yellow leas,
No God at dawn
Steals through the olive trees.
Hylas is dead,
Nor will he e’er divine
Those little red
Rose-petalled lips of thine.
On the high hill
No ivory dryads play,
Silver and still
Sinks the sad autumn day.
Muzyka snuła się korytarzami przestronnego irlandzkiego zamku, dopełniając poblaski mlecznego księżyca przebijające się przez ażurowe zasłony nocnego, pochmurnego nieba. Słodkie brzmienie skrzypiec lśniło, rozlewając się czule po miękkiej poduszce łagodnych nocnych kropel fortepianowych kaskad tkanych wytchnieniem po zbyt długim dniu.
Anthony dokładał wszelkich starań by nie cierpieć przy każdym chybieniu, kiedy jego palce ześlizgiwały się po bieli i czerni klawiszy wystawnego fortepianu ustawionego w jednym z salonów posiadłości. Byli tylko parą mężczyzn próbujących wypowiedzieć smutek myślą i wrażliwością przełomu wieków. Impresja i nieuchwytość pozwalała się dookreślić romantycznej linii, po to by móc powiedzieć niewypowiedziane. Obaj robili to z miłości do muzyki, dla zabicia czasu, bez profesjonalnego zadęcia czy rutyny. Dla Shafiq'a było jednak jasne, że stojący obok niego jasnowłosy młodzian był o wiele zdolniejszy, a jego rodzice o wiele przychylniejszym okiem spoglądali przed laty, na naukę gry. Spychał jednak to wrażenie w tło, dla samej przyjemności obcowania z muzyką, zwłaszcza teraz, zwłaszcza dziś.
W Cork nie pachniało Spaloną Nocą, zadra łaskawie ominęła te przestrzenie, a Anthony mógł w końcu rozluźnić się i nie sprawdzać co chwila czy popiół po raz kolejny nie dewastował jego wyważonej, doskonale zaprojektowanej powłoki. Doprawdy, Rosierzy powinni opracować w końcu szaty odpychające wszelki bród. Poduszki, które przynoszą tylko spokój, uniemożliwiając koszmarom dostać się do jaźni. Powinni, powinni…
Skończyli grać, a on utkwił zwilżone spojrzenie szarych, zmęczonych oczu w dłoniach, przez moment widząc czerń magicznej farby, która dawno została odczyszczona specjalnym, ofiarowanym przez Prewetta preparatem. Lekko nadgryzł wargę, powstrzymując drżenie i emocjonalną falę, którą mógł przywołać w nim zapomniany na kilka tygodni intrument. Ćwiczył. Na prawdę ćwiczył. Ale od miesiąca miał tak mało czasu.
– Powiadasz więc, że zostajesz na wyspach na dłużej? Nie ukrywam, że dobrze mi to słyszeć Vernonie. Barwa twoich skrzypiec jest dla mnie niesamowitą inspiracją do poprawienia własnej techniki. Musimy zacząć spotykać się regularnie. – Podniósł głowę ku gospodarzowi, ciepłe światło bijące od rozpalonego kominka przyjemnie zmiękczało jego rysy. – Powiedz mi… chcę wiedzieć nad czym pracujesz obecnie? – dodał nieco rozbawiony tym układem dwóch graczy, którzy jak para księżyców, nie lubili przyznawać się do tej nieoświetlonej przez słońce części swojej działalności. Bywały czasy, gdy oboje mieli okazję poznać ją wzajem o wiele bliżej, Anthony nie chciał jednak w żadnej mierze przemocą wymuszać zwierzeń. Złapał zamiast tego za butelkę czerwonego wina, która zdążyła już odetchnąć podczas ich gry i wprawnie rozlał karminową czerwień do kryształów. Był już tego dnia na pogrzebie. Byłby wdzięczny losowi, gdyby domknięcie tej doby w towarzystwie dawnego i - kto wie - przyszłego kontrahenta, było miłe. Lekkie. Powierzchowne.
Być może więc nie powinien przynosić ze sobą butelki mugolskiego wina ze swojej całkiem pozbawionej magii hiszpańskiej winnicy. Nieświadomość pozostawała definicją szcżęścia, nie zamierzał więc tego aspektu trunku precyzować. Jego głęboki, korzenny, niosący rozpacz i cierpkość finiszowaną na podniebieniu nuta wanilii i dekadencji ciemnej czekolady powinna obronić się sama. Taką przynajmniej miał nadzieję.
Anthony dokładał wszelkich starań by nie cierpieć przy każdym chybieniu, kiedy jego palce ześlizgiwały się po bieli i czerni klawiszy wystawnego fortepianu ustawionego w jednym z salonów posiadłości. Byli tylko parą mężczyzn próbujących wypowiedzieć smutek myślą i wrażliwością przełomu wieków. Impresja i nieuchwytość pozwalała się dookreślić romantycznej linii, po to by móc powiedzieć niewypowiedziane. Obaj robili to z miłości do muzyki, dla zabicia czasu, bez profesjonalnego zadęcia czy rutyny. Dla Shafiq'a było jednak jasne, że stojący obok niego jasnowłosy młodzian był o wiele zdolniejszy, a jego rodzice o wiele przychylniejszym okiem spoglądali przed laty, na naukę gry. Spychał jednak to wrażenie w tło, dla samej przyjemności obcowania z muzyką, zwłaszcza teraz, zwłaszcza dziś.
W Cork nie pachniało Spaloną Nocą, zadra łaskawie ominęła te przestrzenie, a Anthony mógł w końcu rozluźnić się i nie sprawdzać co chwila czy popiół po raz kolejny nie dewastował jego wyważonej, doskonale zaprojektowanej powłoki. Doprawdy, Rosierzy powinni opracować w końcu szaty odpychające wszelki bród. Poduszki, które przynoszą tylko spokój, uniemożliwiając koszmarom dostać się do jaźni. Powinni, powinni…
Skończyli grać, a on utkwił zwilżone spojrzenie szarych, zmęczonych oczu w dłoniach, przez moment widząc czerń magicznej farby, która dawno została odczyszczona specjalnym, ofiarowanym przez Prewetta preparatem. Lekko nadgryzł wargę, powstrzymując drżenie i emocjonalną falę, którą mógł przywołać w nim zapomniany na kilka tygodni intrument. Ćwiczył. Na prawdę ćwiczył. Ale od miesiąca miał tak mało czasu.
– Powiadasz więc, że zostajesz na wyspach na dłużej? Nie ukrywam, że dobrze mi to słyszeć Vernonie. Barwa twoich skrzypiec jest dla mnie niesamowitą inspiracją do poprawienia własnej techniki. Musimy zacząć spotykać się regularnie. – Podniósł głowę ku gospodarzowi, ciepłe światło bijące od rozpalonego kominka przyjemnie zmiękczało jego rysy. – Powiedz mi… chcę wiedzieć nad czym pracujesz obecnie? – dodał nieco rozbawiony tym układem dwóch graczy, którzy jak para księżyców, nie lubili przyznawać się do tej nieoświetlonej przez słońce części swojej działalności. Bywały czasy, gdy oboje mieli okazję poznać ją wzajem o wiele bliżej, Anthony nie chciał jednak w żadnej mierze przemocą wymuszać zwierzeń. Złapał zamiast tego za butelkę czerwonego wina, która zdążyła już odetchnąć podczas ich gry i wprawnie rozlał karminową czerwień do kryształów. Był już tego dnia na pogrzebie. Byłby wdzięczny losowi, gdyby domknięcie tej doby w towarzystwie dawnego i - kto wie - przyszłego kontrahenta, było miłe. Lekkie. Powierzchowne.
Być może więc nie powinien przynosić ze sobą butelki mugolskiego wina ze swojej całkiem pozbawionej magii hiszpańskiej winnicy. Nieświadomość pozostawała definicją szcżęścia, nie zamierzał więc tego aspektu trunku precyzować. Jego głęboki, korzenny, niosący rozpacz i cierpkość finiszowaną na podniebieniu nuta wanilii i dekadencji ciemnej czekolady powinna obronić się sama. Taką przynajmniej miał nadzieję.