• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[30/10/1972] Some people are born doomed, others marry into it | Benjy, Prue

[30/10/1972] Some people are born doomed, others marry into it | Benjy, Prue
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
01.10.2026, 21:53  ✶  
Pościel była w tej chwili dokładnie tak miękka i przyjemna, jak powinna była być o środku nocy, gdy za oknem panowała nieprzenikniona październikowa ciemność a w powietrzu wisiała uporczywa londyńska mżawka przesycona zapachem dymu z okolicznych kominków. Jeszcze przez chwilę siedziałem na brzegu materaca, trzymając dłonią zsuniętą z siebie kołdrę, jakbym w ten sposób mógł zachować dla siebie odrobinę tego ciepła, zanim zrobię to, po co właściwie zamierzałem wstać, w końcu jednak westchnąłem cicho i opuściłem bose stopy na zimną podłogę, natychmiast czując, że najwyraźniej powinienem był przemyśleć tę decyzję jeszcze raz, ale… Nie mogłem tego zrobić - prawda - nie teraz, nie w tej sytuacji, nie po liście dotyczącym Kniei i nie w obliczu nadciągającego Samhain, który mieliśmy spędzić z Prue na zupełnie innych sabatach. Przetarłem twarz dłońmi, przeciągnąłem palcami po włosach, potem podrapałem się po brodzie, wyczuwając pod palcami szorstki zarost. W końcu wziąłem głęboki wdech, patrząc w ciemność sypialni i próbując przekonać samego siebie, że sprawa spokojnie mogła poczekać do rana, ale w głębi duszy wiedziałem, że było to kłamstwo - nadchodził świt, a wraz z nim ten jeden dzień, w którym nawet drobne zaniedbania potrafiły okazać się wyjątkowo kosztowne, szczególnie jeśli dotyczyły tych kilku rzeczy, jakich zdecydowanie nie powinno było się zostawiać losowi.
- Zaczekaj chwilę, m’kay? - Powiedziałem to odruchowo, jakbym musiał zaznaczyć na głos, że zamierzałem zaraz wrócić, i że nie planowałem żadnej nocnej wyprawy, z której należałoby mnie później rozliczać. Przez moment miałem nawet ochotę powiedzieć, żeby wróciła do snu, bo przecież nie było najmniejszego powodu, żeby za mną wychodziła, nie musiała wstawać, nie musiała nawet szczególnie interesować się tym, co robiłem, ale zamiast tego poprawiłem kołdrę przy jej ramieniu, odsunąłem się od łóżka i ruszyłem przez sypialnię, nadal boso, starając się nie narobić niepotrzebnego hałasu. Za drzwiami było wyraźnie chłodniej, dreszcz przebiegł przez moje ciało, gdy wyszedłem na korytarz, przymknąłem za sobą jednak drzwi, przez moment stojąc w półmroku i nasłuchując cichego domu, który o tej porze powinien był należeć wyłącznie do uśpionych i martwych.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
01.10.2026, 22:08  ✶  

Prue owinęła się w pościel bardzo dokładnie, tak, że ta mogłaby w tej chwili tworzyć twierdzę wokół niej. Miała drobny problem z akceptacją nieprzyjemnego chłodu, który mógł się pod nią wkraść. Właśnie dlatego pilnowała tego, aby być bardzo, ale to bardzo precyzyjnie zawiniętą w kołdrę. Benjy siedział aktualnie na brzegu materaca, jeszcze nie wkradł się w jej łaski, co sugerowało, że aktualnie się nad czymś zastanawiał, jaki mógł być inny powód tego, że nie wślizgnął się tuż obok niej. Jasne, był wojownikiem, nie miał problemu z tym, aby stawiać czoła największym wyzwaniom, Prue jednak nie wątpiła w to, że podczas ciemnej, chłodnej nocy wybrałby opcję wślizgnięcia się pod ciepłą kołdrę, bo był tylko człowiekiem - tak jak i ona.

Widziała mimo tego, że otaczała ich ciemność iż prowadził ze sobą w tej chwili jakiś monolog, nie wszedł jeszcze do łóżka, nadal siedział na brzegu materaca, pewnie miał ku temu jakiś konkretny powód - nie skomentowała tego jednak, tylko czekała na rozwój sytuacji. W końcu jego noga znalazła się na zimnej podłodze, Prue jedynie mrugnęła - niekoniecznie właśnie tego się spodziewała, wolałaby aby jego ręka w tej chwili owijała się wokół jej talii, musiał mieć jednak jakiś powód, który odpowiadał za to, że znalazł się poza łóżkiem. Miała nadzieję, że to było tylko chwilowe, gdyby w tym momencie gdzieś wychodził, to na pewno by ją o tym poinformował, prawda?

- Jak widać, nigdzie się nie wybieram. - Przecież to ona ciągle znajdowała się w łóżku, na moment nawet go nie opuściła, kiedy on najwyraźniej drugi raz tej nocy dokądś się wybierał.

Uśmiechnęła się, kiedy poprawił kołdrę przy jej ramieniu jakoś tak samoistnie. Nie miała pojęcia dokąd się wybierał, przez co jej sylwetka odrobinę się wyprostowała, jakby to miało zmienić cokolwiek, przeszła w stan czuwania, czy coś. Nie miała pojęcia dokąd zmierzał - nie pożegnał się z nią jednak, co oznaczałoby, że nie miał zamiaru opuścić ich domu. Nieco ją to uspokajało.

Przymknął drzwi, co nieco ograniczało jej pole manewru, nie mogła nasłuchiwać zbyt precyzyjnie, musiała czekać aż wróci, a to odrobinę ją denerwowało, bo nie miała pojęcia dokąd poszedł.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
01.10.2026, 23:51  ✶  
Już za pierwszym razem, gdy musiałem zareagować na ponaglające odgłosy wydawane przez ptaka uderzającego w szybę okna, wysunąłem się z pościeli z wyraźną niechęcią, tym jednym ruchem zapoczątkowując lawinę kolejnych zdarzeń, popełniwszy wyjątkowo opłakaną w skutkach decyzję, której konsekwencje miały mnie prześladować przez resztę nocy oraz najpewniej przez cały nadchodzący sabat. Właściwie trudno było mi znaleźć rozsądny argument przemawiający za tym, żebym w środku nocy opuszczał ciepłe łóżko, skoro miałem pod ręką żonę, kołdrę i wszystkie warunki sprzyjające temu, żeby do rana nie zajmować się niczym poza spaniem, niestety, przypomniałem sobie o Kniei, runach i widmach, a kiedy już coś takiego utkwiło mi w głowie, znacznie łatwiej było mi wstać i się tym zająć, niż leżeć obok ukochanej i udawać, że potrafiłem przestać o tym myśleć.
Nie musiałem się nawet odwracać, żeby wiedzieć, że Prue obserwowała mnie uważniej, niż próbowała to pokazać, pomimo ciemności i tak wyczuwałem wystarczająco dużo, potrafiła być wyjątkowo konsekwentna w kwestii pozostawania pod kołdrą, szczególnie kiedy temperatura za oknem przypominała o wszystkich życiowych błędach związanych z wyborem miejsca zamieszkania. Niestety żadna ilość dni spędzonych na zasnutych popożarową sądzą złotych łanach ojczyzny nie była w stanie przekonać mnie do bezbolesnego przyzwyczajenia się do temperatur panujących jesienią na Wyspach, skoro większość dorosłego życia spędziłem w dużo cieplejszych, czasami nawet za ciepłych klimatach, jednak tym razem musiałem zagryźć zęby i wstać - zbyt długie powstrzymywanie się przed tym nijak by mi nie pomogło, wręcz przeciwnie, wyłącznie odwlekłoby nieuniknione - należało po prostu to zrobić.
- Nawet nie zdąszysz za mną zatęskniś. - Zapewniłem ją cicho, luźnym tonem, chociaż oboje wiedzieliśmy, że ocena upływu czasu podczas nocnego czuwania potrafiła być wyjątkowo niekorzystna dla tego, kto zostawał w łóżku sam.
Wyszedłem z sypialni, przymykając za sobą drzwi na tyle ostrożnie, żeby nie narobić niepotrzebnego hałasu, chociaż i tak miałem świadomość, że Prue pewnie przez najbliższe kilka minut zamierzała nadstawiać ucha i starać się wyłapać każdy dźwięk dobiegający z drugiej części domu. Nie miałem jej tego za złe, przeciwnie, sam pewnie zrobiłbym dokładnie to samo, gdyby nagle w środku nocy moja żona wysunęła się spod kołdry, powiedziała, że ma coś do zrobienia, a potem zniknęła za drzwiami bez wyjaśnienia. Problem polegał na tym, że nie zamierzałem jej niczego wyjaśniać na sucho, przynajmniej jeszcze nie teraz, bo sprawa była na tyle prosta, że nie wymagała robienia długiego wstępu - większość tego, co musiało zostać powiedziane, już padło - ruszyłem zatem korytarzem w stronę pokoju, który od pewnego czasu pełnił funkcję graciarni, tymczasowego gabinetu połączonego z warsztatem mniejszym od tego w ogrodzie i miejsca, gdzie odkładaliśmy wszystko, czego akurat nie było sensu wyrzucać, ale czego również nie chciało nam się oglądać na co dzień.
Zapaliłem tylko niewielkie światło, żeby nie poinformować całej ulicy o nagłej aktywności w domu, po czym podszedłem do komody stojącej pod ścianą i tworzyłem konkretną szufladę - tę, której zawartość wcześniej zabezpieczyłem właśnie na taki przypadek - przez chwilę przekładałem kilka rzeczy, aż wreszcie moje palce natrafiły na śliski, chłodny materiał, którego szukałem. Wyciągnąłem go ostrożnie, rozwinąłem na blacie i przyjrzałem się zawartości, nadal w tym samym przytłumionym świetle, sprawdzając jeszcze raz, czy wszystko znajdowało się dokładnie tam, gdzie powinno. Nie potrzebowałem zbyt wiele czasu, żeby upewnić się, że niczego nie pomyliłem, zwinąłem zatem materiał ponownie, tym razem ciaśniej, żeby nic nie wysunęło się po drodze, zabrałem całość ze sobą i ruszyłem z powrotem do sypialni, nadal bosy, nadal trochę zaspany i zdecydowanie zbyt świadomy tego, jak zimna była podłoga.
Pierwszym, co zobaczyłem, kiedy uchyliłem drzwi, była Prue wciąż szczelnie owiniętą w pościel, dokładnie tak, jak ją zostawiłem, więc bez słowa wszedłem do środka, odciąwszy nas od chłodnego korytarza, i podszedłem z zawiniątkiem do łóżka - usiadłem już nie na brzegu, tylko tym razem zdecydowanie bliżej niej, po czym położyłem jedną rękę na kołdrze, ostrożnie, żeby nie naruszyć jej starannie zbudowanych zabezpieczeń przed zimnem. Przygryzłem wargę, próbując ustalić, od czego właściwie powinienem zacząć, żeby nie zabrzmieć przy tym jak ktoś, kto o drugiej w nocy postanowił urządzić żonie niezapowiedziany egzamin z przedmiotu, który oboje mieliśmy już dawno za sobą. Prudence była cholernie dobra ze starożytnych run, wiedziałem o tym doskonale, zresztą miałem na to znacznie bardziej osobiste dowody niż szkolne oceny, bo przez początkowe lata naszej znajomości zdarzało nam się prowadzić w nich korespondencję, szczególnie wtedy, kiedy zwyczajna kartka papieru stwarzała zbyt wiele okazji dla niepowołanych oczu. Nasze wiadomości nie ograniczały się zresztą do prostych znaków i szkolnych ćwiczeń, oboje doszliśmy do całkiem zaawansowanego poziomu, odczytanie niektórych naszych zapisków wymagało nie tylko znajomości alfabetu, ale również zrozumienia kontekstu, w którym zdecydowaliśmy się użyć konkretnych symboli, dlatego nie zamierzałem traktować jej jak początkującej, chociaż musiałem przyznać, że istniała różnica między doskonałą znajomością starożytnych run a orientacją w poszczególnych tradycjach runicznych, zwłaszcza tych, które wykraczały poza szkolny program. Podniosłem wzrok znad pakunku i oparłem przedramię na udzie, obracając w palcach skrawek materiału.
- Sunny, pamiętasz mose, czy miałaś kiedyś okazję pszyjsześ się bliszej bindlunom? Ligatulom lunisznym? - Zapytałem, starając się nadać głosowi możliwie zwyczajny ton, chociaż pora zdecydowanie nie sprzyjała rozmowom przy kawce, nie zamierzałem również udawać, iż zainteresowałem ją teraz tym zagadnieniem zupełnie przypadkowo. - Albo jeszcze lepiej, czemuś takiemu jak galdlastafil? - Potarłem kciukiem brodę, próbując uporządkować myśli, zanim zabrnąłbym za daleko w szczegóły. - Nie pytam, czy potlafis odczytaś większość lun, bo nawet po tylu latach nadal pamiętam, jak skutecznie potlafiłaś zawstydziś połowę naszego losznika. Chciałbym tylko wiedzieś, czy miałaś kiedyś okazję wejść w tę konkletną dziedzinę głębiej, czy powinienem najpielw pszedstawiś ci kilka podstawowych załoszeń, zanim pokaszę ci, co pszyniosłem. To tlochę inny obszal, szczególnie jeśli chce się lospatlywaś takie znaki pod kątem ich zastosowania ochlonnego, a nie wyłącznie językowego. - Uniosłem na nią wzrok, a kącik ust drgnął mi lekko, „bindruny” były tu bowiem znacznym, niemal heretycznym uproszczeniem, do jakiego mógłbym się posunąć wyłącznie z uwagi na sytuację, powstawały w końcu przez połączenie dwóch lub większej liczby run we wspólnym znaku, natomiast Ægishjálmur zaliczał się do islandzkich magicznych symboli graficznych, nie do klasycznych „ligatur runicznych” w ścisłym tego słowa znaczeniu, granica bywała jednak irytująco często rozmywana w popularnych opracowaniach, co potrafiło doprowadzać do szału, jeśli ktoś próbował uporządkować temat według zasad historycznej runologii, co niechybnie mogłoby być zasadne w tym przypadku - jeśli moja żona głębiej kojarzyła temat, nie chciałem traktować jej jak ignorantki, tylko jak kogoś, kto mógłby dostrzec coś, co umknęłoby komuś innemu, kto ograniczał się do przeczytania opisu w pierwszym lepszym podręczniku.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
03.10.2026, 20:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.10.2026, 20:37 przez Prudence Fenwick.)  

Nie mogło być zbyt prosto, prawda? Powinna się spodziewać tego, że pobudka o takiej porze nie zakończy się szybkim powrotem do snu. To zazwyczaj niosło ze sobą dziwny ciąg wydarzeń, musiała najwyraźniej do tego przywyknąć, chociaż niekoniecznie jej się to podobało. Prue naprawdę nie znosiła wyrywania z objęć Morfeusza. Nie było jednak wcale najgorzej, bo póki co nie musiała wystawić poza łóżko nawet jednego palca, więc nie przyszło jej się mierzyć z nie do końca przyjemną temperaturą panującą poza ciepłą pościelą, był to jakiś pozytyw, mały bo mały, ale powoli uczyła się ich szukać w swoim nowym życiu.

- Jeśli tak mówisz, to nie zamierzam w to wątpić. - Nie rzucał przecież słów na wiatr. Nie miała pojęcia dokąd i po co się wybierał, ale wydawało jej się, iż mogło mieć to jakiś związek z tym o czym przed chwilą rozmawiali, zazwyczaj tak to przecież wyglądało. Nie sądziła, że miał w tej chwili jakąś nagłą sprawę do załatwienia w innej części domu. Gdyby nie ten nieszczęsny ptak, który obudził ich uderzając swoimi skrzydłami i dziobem o okno to nadal by spali. Musiało to więc być w jakiś sposób ze sobą powiązane, albo bardzo źle dedukowała. Nie przestawała go obserwować, chociaż niewiele widziała w tej ciemności, jedynie światło księżyca oświetlało ich sypialnię, tak, czy siak ciągle na niego patrzyła. Była trochę zaciekawiona dokąd i po co się wybierał, zwłaszcza, że warunki nie do końca zachęcały do opuszczenia łóżka, to musiało być coś istotnego.

Gdy opuścił sypialnię nasłuchiwała, chociaż wiedziała, że potrafił się poruszać bardzo cicho, jakby to mogło jej dać odpowiedź na pytanie do którego pomieszczenia w domu zmierzał. Była skupiona, oddychała cicho, nie chcąc przerywać tej ciszy która panowała w sypialni. Dosyć szybko przestała słyszeć kroki, trudno jej więc było stwierdzić, gdzie się zatrzymał, nie było to jednak zbytnio istotne, tak, czy siak nie miała przecież pojęcia po co właściwie wyszedł. Musiała być cierpliwa, pewnie zaraz dostanie odpowiedzi na wszystkie swoje pytania. Czas się jej dłużył - jak zawsze kiedy na coś czekała, ale w końcu znajoma sylwetka znowu pojawiła się w drzwiach.

Bez słowa podszedł do łóżka i na nim usiadł, tym razem bliżej niej, jednak całkiem ostrożnie, jakby nie chciał naruszyć jej twierdzy z kołdry, w którą się bardzo szczelnie owinęła, aby nie dopuścić do siebie zimna. Prue nie zauważyła pakunku, który ze sobą przyniósł, było ciemno, nie przyglądała się szczególnie temu, co miał w rękach, chociaż może powinna. Później padło pytanie, które nieco zbiło ja z pantałyku, był środek nocy, a on chciał rozmawiać o runach. To właściwie było potwierdzeniem tego, co założyła. Wspominał, że w sprawie widm był ich specjalistą od run, teraz wrócił do tego tematu, a więc wszystko łączyło się w całość.

Zmrużyła na moment oczy, zawiesiła się, co oznaczało, że zaczęła grzebać w swojej głowie w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, które jej zadał.

Galdrastafir. Bindruny. Ligatury runiczne. Łączenie run w symbole, które miały silniejszą moc. Pojawiła się w jej głowie krótka informacja, nie było tego zbyt wiele. Zwróciła uwagę na to, że chodziło chyba o islandzkie symbole, a przynajmniej tak jej to wyglądało. Nie znalazła jednak nic więcej. Mrugnęła, ponownie wróciła do rzeczywistości.

- Czytałam kiedyś coś na ten temat, jednak nie było tego zbyt wiele. - Liznęła nieco tematu, jednak nie zagłębiała się w niego jakoś szczególnie. - Chodzi o to, że łączy się runy i składa w całość? - Nie podeszła do tego specjalnie naukowo, bardziej praktycznie, zresztą zapytała, czy jej tok myślenia jest dobry, bo najwyraźniej Benjy posiadał na ten temat większą wiedzę od niej.



Rzut PO 1d100 - 32
Słaby sukces...
rzucam na WoŚ pod edycję, żeby sprawdzić sobie, czy Prue kojarzy to, o czym mówi Benjy


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
03.10.2026, 23:17  ✶  
Skoro już wstałem, mogłem przynajmniej wykorzystać tę noc na coś pożytecznego, nawet jeśli wygodniejszym rozwiązaniem byłoby prawdopodobnie odłożenie całej sprawy do rana. Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc taką odpowiedź, bo chociaż nie powiedziała niczego, co pozwalałoby mi podejrzewać, że spędziła ostatnie lata na studiowaniu symboli magicznych całego świata, poniekąd trafiła w sedno zagadnienia - nie powinienem był zresztą być tym szczególnie zdziwiony i nie zamierzałem bez potrzeby wdawać się więc w dodatkowe wyjaśnienia - Prue nigdy nie potrzebowała, żeby ktoś prowadził ją za rękę, wystarczyło rzucić jej odpowiedni trop, po którym sama umiała wyciągnąć z pamięci znacznie więcej, niż większość ludzi, potrafiła też nadrobić braki szybciej, niż część czarodziejów zdążyłaby zorientować się, że w ogóle jakieś posiadali.
- Mniej więcej. - Kiwnąłem głową, ponieważ tym razem nie chodziło mi o wielogodzinne naukowe rozprawy dotyczące języków, znaków i symboli runicznych, chociaż diabeł, jak zwykle, tkwił w szczegółach, ale zarówno ona, jak i w tym wypadku ja mieliśmy ten przeuroczy zwyczaj grzebania w nich tak długo, aż przestawały być szczegółami i zaczynały stanowić osobny problem egzystencjalny. Tej nocy nie mogliśmy sobie pozwolić na zbyt głębokie rozważania, nie do tego zmierzałem, gdy zadałem pytanie o zakres jej doświadczenia z podobnymi tematami, toteż zadowoliłem się tym jednym zdaniem.
- Powód, dla któlego zawlasam ci tym głowę o tak nieludzkiej posze, wiąsze się s konsultacją, o któlą poplosono mnie w splawie znaków znalezionych w Kniei. - Usadowiłem się wygodniej na brzegu materaca, podciągając jedną nogę na łóżko i odgarniając z kolana fragment koca, który zdążył zsunąć się w moją stronę, po czym odwinąłem materiał na tyle, żeby odsłonić zawartość pakunku i móc jeszcze raz spojrzeć na to, po co fatygowałem się do graciarni, chociaż w ciemnościach panujących w sypialni trudno było dokładnie przyjrzeć się znakom wyrysowanym na powierzchni metalowych i drewnianych przedmiotów.
- Właściwie wszystko zaczęło się od mojej kuzynki. Tak, tej samej. - Dodałem przezornie, kręcąc głową na wspomnienie ptaszyska łomoczącego dziobem w okno. - Miała okazję znaleś się w głębi zamkniętego lasu, gdzie natknęła się na widma, a pszy okazji odklyła kamienny klomlech, od któlego te stwoszenia tszymały się na nietypowy dla nich dystans. Sama konstluksja była naznaczona symbolami, któlych nie potlafiła lospoznaś, więc pokazała mi je później pszy wykoszystaniu myślodsiewni u Bagshotów. - Przesunąłem kciukiem po brzegu materiału, po czym uniosłem wzrok na Prue, która z pewnością miała pełne prawo oczekiwać, że skoro już zakłóciłem jej nocny spokój, mogłem również przedstawić jakiś sensowny powód swojej wyprawy na korytarz i z powrotem. Nie zamierzałem robić z tego wielkiego przedstawienia, chociaż sam fakt, że dobrowolnie wyrwałem się z objęć ciepłego łóżka, żeby otwierać okna i grzebać po szufladach, mógł świadczyć o tym, że moja definicja rozsądnego gospodarowania czasem wymagała pewnych poprawek. Z drugiej strony zbliżało się Samhain, podczas którego zdecydowanie nie miało być spokojnie - no, przynajmniej nie w Dolinie Godryka - wolałem więc przygotować się wcześniej na wszystkie możliwe okoliczności, niż później odkryć, że zapomniałem o czymś istotnym, kiedy wokół zacznie się już robić wystarczająco nieprzyjemnie.
- Zostałem poploszony o konsultację właśnie dlatego, sze ktoś musiał splóbowaś ustaliś, co właściwie wylyto na tych kamieniach i dlaczego widma nie chciały się do nich zbliszaś. - Oparłem przedramię na udzie, odtwarzając sobie w pamięci obraz kamieni, układ znaków oraz wszystko, co zdążyłem zauważyć podczas oględzin wspomnień. - Nie mogłem wtedy obejsześ kamieni na własne oczy, ale widok s myślodsiewni wystalszył, szebym mógł zacząś analizę ipodjąś jakieś działania. S tego, co udało mi się ustaliś, podstawę wzolu stanowiły luny Algiz, osiem s nich, połączone w balsiej złoszony układ. Ten tutaj. - Kiwnąłem głową w kierunku pakunku na materacu. - Nie jest to jednak po plostu bindluna, tylko moim zdaniem właśnie galdlastafil, dokładnie Ægishjálmul, a pszynajmniej do takiej klasyfikacji skłaniają mnie dotychczasowe roswaszania. Mogłaś się s nim zetknąś w kontekście islandskiej magii, ochlony, s jaką go zwykle kojaszono, ale tesz ze wzbudzania lęku, odpielania pszeciwników i zapewniania noszącemu pszewagi nad tym, co mogłoby mu zagloziś. - Współczesne interpretacje przypisywały Ægishjalmurowi rozmaite właściwości, więc nie planowałem traktować wszystkich tych podań i zapewnień jako prawdy objawionej, ale w kontekście Kniei sam ten układ znaków zasługiwał na sprawdzenie, nawet jeśli nie sądziłem, że powinniśmy od razu rysować go na każdym głazie, jaki wpadł nam pod rękę, bo materiał, sposób wykonania i miejsce umieszczenia symbolu mogły mieć znaczenie. Sama możliwość była jednak warta sprawdzenia, zwłaszcza jeśli pierwotna konstrukcja nie była przypadkowa, a wszystko wskazywało na to, że ktoś poświęcił sporo wysiłku, żeby nadać jej właśnie taką formę.
- To tutaj stwoszyłem we współplasy s Kate Balclay. Nie jest zbyt udane pod kątem wizualnym, ale działa. - Wskazałem palcem na jeden z drewnianych medalionów, na którym wyryłem znak o rozchodzących się promieniście ramionach. - To dlugie s Tlistanem Waldem. - Przesunąłem wzrokiem na drugą wersję talizmanu, tym razem wyrytą przez rzemieślnika w stali, znacznie ładniejszą. W gruncie rzeczy, oba przedmioty nosiły jednak dokładnie ten sam symbol, były zabezpieczone magią, nawet jeśli różniły się wielkością i materiałem wykonania, ich powierzchnię przecinały podobne do siebie drobne linie, które w słabym świetle wydawały się niemal matowoczarne. - Zapieczętowałem to, co dla mnie wykonali, ale dotychczas pszygotowałem tylko dwie welsje, chociasz po czasie sądzę, sze powinny byś tszy, bo mogło pszeciesz chodziś lówniesz o właściwości kamieni, pszynajmniej częściowo. - Nie zamiaru udawać, że samo rozpoznanie podobieństwa rozwiązywało zagadkę, szczególnie że nie wiedzieliśmy, dlaczego widma omijały kromlech ani czy odpowiadał za to wyłącznie symbol, czy również sposób jego wykonania, tworzywo i miejsce, w którym został umieszczony.
- Chciałbym, szebyś zablała ze sobą po jednym s kaszdej welsji. Lesztę wezmę ja. Nie musisz ich uszywaś ani splawdzaś na własnej skósze, zaleszy mi pszede wszystkim na tym, szeby były pod lęką, gdyby okazały się potszebne. Poza tym wolę, szebyś wiedziała, nad czym plasowałem, zanim zacznę wykoszystywaś te szeszy w telenie. - Przesunąłem oba medaliony w jej stronę, ostrożnie, żeby nie zsunęły się z kołdry. - Jeśli nadaszy się okoliczność, chcę splawdziś, czy oba działają tak samo, czy pszy zmniejszeniu symbol tlaci część właściwości, czy chodzi o budulec podstawy, na któlej go umieszczono… Na lasie mam tylko hipotezę, a wolałbym nie opielaś zabespieczeń pszed widmami na pszekonaniu. Sama losumiesz. - Nie zamierzałem udawać, że miałem już wszystkie odpowiedzi, zwłaszcza że znaki umieszczone w kromlechu mogły stanowić lokalną odmianę znanego wzoru, górną część całości ukrytej również pod ziemią albo coś znacznie bardziej osobliwego - nie chciałem zakładać, że sama obecność symbolu wystarczała, żeby wyjaśnić, dlaczego widma nie zbliżały się do kromlechu - mogła istnieć zależność między układem a właściwościami konstrukcji, ale dopóki nie sprawdziłbym tego w praktyce, pozostawało mi zachować ostrożność i nie dorabiać teorii do pierwszego pasującego szczegółu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
04.10.2026, 20:14  ✶  

Jej głowa była skarbnicą wiedzy, dosłownie. Posiadała w niej naprawdę wiele informacji, wystarczyło tylko spędzić odpowiednią ilość czasu na wyszukiwanie ich. Mogła przeczytać kiedyś jakąś krótką notatkę, o której pewnie każdy normalny człowiek dawno by zapomniał, jednak u niej wpadała na specjalną półkę i czekało, aż Prudence będzie potrzebowała po nią sięgnąć. Było to całkiem wygodne, chociaż niosło ze sobą swoje konsekwencje. Dosyć często zdarzało jej się wyłączać i na moment zawieszać, gubić w rzeczywistości. Nauczyła się jednak z tym żyć, bo co innego miała zrobić, z drugiej strony, czy to naprawdę był, aż tak wielki koszt jak na to, co dzięki temu zyskiwała? Mogła zostać uznana za dziwaka, jednak przy tym mało kto mógł dorównać temu dziwakowi z wiedzą, coś za coś.

Kiwnęła jeszcze głową, kiedy wspomniał, że mniej więcej o to chodzi. Były to tylko ogólniki, ale najwyraźniej miały jakiś sens. Gdyby zaczęli zagłębiać się w temat… cóż podejrzewała, że zastałby ich tu świt. Mieli tendencje do zadawania pytań i rozważania najróżniejszych możliwości.

- Podejrzewałam, że istnieje z tym jakaś korelacja. - Nie sądziła, że zacząłby zadawać takie pytania o tej godzinie, gdyby nie były związane z tym, o czym wcześniej rozmawiali. Musiało istnieć jakieś powiązanie.

Kuzynka. Cóż, Prudence miała wrażenie, że ta kobieta była winna większości chaosu w ich życiu. Nie skomentowała jednak tego, bo w sumie dzięki niej Benjy miał co robić w kraju, więc poniekąd były plusy i minusy utrzymywania kontaktu z tą kuzynką. - Czyli do tego była potrzebna Twoja specjalistyczna wiedza o runach. - Nie dziwiło jej, że poproszono o pomoc właśnie jej męża, cóż znał się na runach jak nikt inny, co dość istotne mógł pochwalić się szeroką wiedzą, nie tylko lokalną, właściwie nie mogli lepiej trafić. - Jak mniemam dzięki temu kromlechowi wyszła cało z tamtego lasu, nie sądzę, że inaczej udałoby się go opuścić. - Widma atakowały ludzi, nie bez powodu ministerstwo zamknęło Knieję, było tam niebezpiecznie.

Słuchała tego, co miał jej do powiedzenia. Połączył fakty, rozpoznał znaki, odczytał je. Wykonał swoje zadanie, nadal jednak nie wiedziała, co znajdowało się w pakunku, który ze sobą przyniósł, to również dosyć szybko się wyjaśniło. W sumie to było całkiem sprytne, przeniesienie tego, co znajdowało się w kromlechu na amulety. Stworzenia mieszkające w Kniei mogły reagować na nie podobnie, tylko, co jeśli potrzebowano pełnego kręgu, jeśli jeden amulet na szyi to było zbyt mało?

- Jeśli dobrze rozumiem, stworzyłeś prototyp amuletu, różne wersje, który ma działać podobnie do tego kromlechu? Skopiowaliście runy, przenieśliście je na inny materiał, chcecie sprawdzić, czy one działają? - To było dosyć ryzykowne, kto wie, jak mogły zachować się widma, z drugiej strony przynajmniej w jakiś sposób próbowali przygotować się na wizytę w lesie.

- Nie musi być ładne, żeby działało. - Miała świadomość, że w takich przedmiotach chodziło o coś więcej, w końcu przeniosła wzrok na pakunek, który przyniósł jej mąż do sypialni.

- Tristan zna się na rzeczy. - Skomentowała jeszcze, sama czasem zamawiała u niego różne przedmioty, nie dziwiło jej wcale, że postanowił się przebranżowić po tej tragedii, która dotknęła jego rodziny i zniknął z ministerstwa, chociaż całkiem nieźle tam sobie radził.

- Faktycznie materiał też może mieć jakieś znaczenie, kamienie mają różne właściwości, ale pewnie trudno byłoby się dowiedzieć na czym tamte symbole zostały wyryte. - Jeśli Benjy widział tylko obraz w myślodsiewni to mógł sobie gdybać na ten temat.

- Jesteś pewien, że komuś na miejscu nie przyda się to bardziej? - Ona miała być w Little Hangleton, a to Dolina była zagrożona. - Jak wiele tych amuletów macie przygotowane? - Wolała się upewnić, że nie odbierze komuś możliwości przeżycia wejścia do lasu. Rozumiała to, że Benjy chciał, aby i ona miała przy sobie te amulety, jednak ktoś mógł tego potrzebować bardziej od niej.

- To całkiem rozsądne, że postanowiliście nad tym popracować, szkoda, że nie udało się wam wcześniej przeprowadzić chociaż drobnego doświadczenia, bo tak właściwie istnieje szansa, że będziecie to testować w trudnych warunkach. - Nie mogli mieć pewności, jak potoczy się sytuacja w Dolinie i czy będą zmuszeni do tego, aby sprawdzić działanie zapięczętowanych przez Benjy'ego amuletów. To było bardzo ryzykowne.

- W tym wszystkim jest bardzo dużo niewiadomych. - Dodała jeszcze, chociaż przecież doskonale zdawał sobie z tego sprawę, w sumie to mógł być spory krok do tego w jaki sposób inni mogli się konfrontować z tymi stworzeniami mieszkającymi w lesie, szkoda tylko, że to akurat jej mąż był osobą, która zamierzała weryfikować jego działanie.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
06.10.2026, 03:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.10.2026, 03:29 przez Benjy Fenwick.)  
Przechyliłem głowę i przyjrzałem jej się spod lekko przymrużonych powiek, kiedy wspomniała o korelacji, po czym uśmiechnąłem się pod nosem - potrafiła przez kilka sekund wyglądać, jakby była zupełnie nieobecna, po czym nagle wyciągała z jakiejś zakurzonej półki w głowie informację, o której ja sam zapomniałem piętnaście lat wcześniej, czasem nawet taką, której nigdy wcześniej nie słyszałem. W szkole doprowadzało mnie to do szału, zwłaszcza kiedy siedzieliśmy nad tematem, w którym uznawałem własną wyższość intelektualną i byłem święcie przekonany, że wreszcie miałem nad nią przewagę, po czym ona zaczynała wertować pamięć i znajdowała gdzieś drobną uwagę z podręcznika, przypis profesora albo cudzą wypowiedź zasłyszaną przy okazji, która rozwalała mi całą konstrukcję - z perspektywy czasu trudno było mi nie przyznać, że najwyraźniej bardzo wcześnie wykształciłem sobie wyjątkowo głupi sposób okazywania zainteresowania własnej przyszłej żonie, ale wtedy mnie to po prostu wkurwiało.
- No widzisz. Jednak nie wstaję z łószka o tej posze wyłącznie po to, szeby iść do łazienki, popatsześ na ciebie w ciemności i zadawaś głupie pytania. - Nie czekałem na reakcję, bo przecież oboje wiedzieliśmy, że gdybym pozwolił sobie na rozwinięcie tego kierunku rozmowy, temat widm, kromlechów i galdrastafir bardzo szybko zostałby zepchnięty na drugi plan, a wrócić do niego moglibyśmy dopiero po śniadaniu, o ile w ogóle. Sam zresztą wolałbym, żeby Prue miała okazję obudzić się z moją ręką wokół talii, zamiast patrzeć na mnie spod szczelnie zawiniętej kołdry, ale ostatecznie siedziałem obok niej z medalionami, które wyglądały na wystarczająco ważne, żebym przez kilka godzin nie dał jej spokoju. Cóż, najwyraźniej byłem skazany na własne wybory, skoro już wyszedłem z łóżka, przyniosłem ze sobą dowody rzeczowe, a ona zaczęła zadawać pytania i nie zamierzałem udawać, że nagle zapomniałem, po co właściwie wyszedłem. Ostatecznie jednak nie byłem aż tak szlachetny, żeby nie pozwolić sobie na odrobinę żalu z powodu zmarnowanej okazji, niestety, pewne rzeczy miały pierwszeństwo, zwłaszcza kiedy w grę wchodziły widma, zamknięta Knieja i możliwość, że symbol wyryty na kamieniach rzeczywiście miał istotne znaczenie dla jutrzejszego wieczoru.
- Wiedziałem, sze załapiesz, o co chodzi, zanim zdąszę się posządnie lospędziś. - Czy to był komplement, czy skarga, może coś pomiędzy? - To tlochę psuje mi efekt dlamatycznego wykładu, nad któlym plasowałem przez całe tszy minuty w dlose s glacialni, ale niech ci bęsie. Kolelasja istnieje. - Uniosłem brwi, słysząc dobór słów, jakim Prue podsumowała moje zadanie - „specjalistyczna wiedza o runach” brzmiała wystarczająco poważnie, żeby niemal zapomnieć, że jeszcze kilka godzin wcześniej zajmowałem się zdecydowanie mniej dostojnymi tematami, natomiast część mojej kariery zawodowej polegała na włażeniu w miejsca, do których rozsądni czarodzieje nie zaglądali, i sprawdzaniu, dlaczego poprzedni idiota, który tam wszedł, nie wrócił - nie zamierzałem niepotrzebnie sobie umniejszać, bo jeśli już ktoś taki jak ona postanowił przypisać mi fachowość, należało pozwolić mu w tym trwać. Nie było również powodu robić z tego przedstawienia - no, większego od tego, które już zrobił nam jastrząb walący w okno - chociaż miałem świadomość, że skoro już wciągnąłem Prue w rozmowy o runach, mogłem równie dobrze pozwolić sobie na odrobinę teatralności. W końcu nie codziennie chodziło się po domu bosym po zimnej podłodze, o tej porze, z pakunkiem pod pachą, żeby omawiać możliwe zastosowanie islandzkich znaków magicznych. Byłem przy tym wystarczająco przytomny i świadomy własnych mocnych stron, żeby zgodzić się, że w sprawie z kromlechem rzeczywiście potrzebowano kogoś, kto potrafił odróżnić rzeczywiste zależności od przypadkowego podobieństwa, a ja miałem nieszczęście posiadać dokładnie taki zestaw wiedzy, umiejętności i doświadczeń, który w takich sytuacjach nagle okazywał się zajebiście potrzebny - skoro widma omijały kromlech, trudno było uznać, że cała dekoracja powstała wyłącznie po to, żeby miejscowi mieli czym straszyć dzieci, lecz później sytuacja się trochę… Komplikowała.
- Powiedzmy, sze gdyby moja kuzynka miała talent do omijania kłopotów, nie musiałbym o tej posze siedzieś s tobą w łószku i losmawiaś o islandzkich znakach ochlonnych. Chociasz, biorąs pod uwagę altelnatywę, nie jestem pewien, czy powinienem na nią naszekaś. - Pokiwałem głową, kiedy powiedziała, że bez niego moja wspólniczka prawdopodobnie nie wyszłaby z Kniei, co prawda, tym razem nie odpowiedziałem po sekundzie, ale miała rację. Wiedziałem, jak wyglądała sytuacja w lesie, wiedziałem też, dlaczego Ministerstwo zdecydowało się zamknąć ten teren, więc nie miałem zamiaru udawać, że chodziło o kolejną ciekawostkę dla runisty, którą można było spokojnie rozebrać na części przy popołudniowej herbacie, gdyby się ją - oczywiście - lubiło. - Nadal nie wiem, dlaczego wszystkie losinne histolie muszą zaczynaś się od kogoś, kto poszedł w miejsce, w któle absolutnie nie powinien iść… - Kącik ust drgnął mi lekko, bo sama myśl o podobnych sytuacjach była aż nazbyt znajoma. - Ale tak, klomlech najplawdopodobniej ulatował jej szycie. - Przyznałem już bez uśmiechu, gdyż to było miejsce, w którym naprawdę można było nie wrócić. - Nie mam podstaw, szeby twieldziś, sze widma nie mogłyby podejść bliszej, ale wszystko, co opowiedziała i co zobaczyłem później w myślodsiewni, wskazywało na to, sze tszymały się od kamieni s daleka. - Przez moment patrzyłem na nią w ciszy, po czym pokręciłem głową. - „Plototyp”, tak. „Splawdziś” lówniesz. „Działają” oby. Pszynajmniej w teorii. Tylko nie mów „skopiowaliście”, bo tak się nie godzi. - To byłoby zbyt proste, a przy okazji trochę obraźliwe dla wszystkich, którzy spędzili nad tym czas. - Dzięki bogom. Gdyby jeszcze wymagano ode mnie, szeby było ładnie… - Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, zanim parsknąłem cicho, bo przez moment miałem ochotę zaprzeczyć wyłącznie dla zasady, ponieważ nasza relacja od lat opierała się między innymi na tym, że jeśli ona mówiła coś sensownego, ja czasem miałem potrzebę znaleźć kontrargument tylko po to, żeby utrzymać odpowiedni poziom rywalizacji. Podobało mi się jednak to, że od razu wyłapała najważniejszy problem, nie musiałem jej tłumaczyć podstaw, wystarczyło kilka zdań i już była przy tym samym miejscu, do którego sam doszedłem podczas pracy - jeżeli stwory z Kniei reagowały na określony układ symboli, interesowało mnie przede wszystkim to, czy dało się tę reakcję wykorzystać - nie chciałem od razu zakładać, że „rozmiar nie ma znaczenia”, bo przy praktycznie wszystkim, o czym mogłem pomyśleć, również przy magii runicznej, takie założenie potrafiło być wyjątkowo oderwane od rzeczywistości. Nie wiedziałem również, na czym dokładnie wyryto oryginał, w myślodsiewni nie mogłem podejść do kamienia, obrócić go i zapukać w powierzchnię, żeby sprawdzić, czy odpowiedź brzmiała „granit”, „g–łupek” albo „Benjy, stuknij się w łeb, na chuj ci to” - miałem obraz, nie próbkę, chociaż samo założenie, iż mógłbym się przy okazji znać na kwestiach geologicznych w dostatecznym stopniu, aby spróbować wnioskować na podstawie cudzej pamięci, również raczej byłoby na wyrost, więc słusznie oboje go nie robiliśmy - mogłem ocenić strukturę, głębokość nacięć i sposób wykonania symboli, ale nie skład podstawy, a przy zabezpieczeniach tego rodzaju nie zamierzałem zakładać, że kamień był wyłącznie nośnikiem, bo równie dobrze mógł być częścią mechanizmu działania. Sam znak został odtworzony, ale jego przeniesienie na inny nośnik było już osobną kwestią, ponieważ kromlech tworzył zamkniętą strukturę, miał określoną skalę, położenie jednego kamienia względem pozostałych kamieni i prawdopodobnie bardzo długi czas na związanie się z miejscem, medalion tego wszystkiego nie miał, był małym kawałkiem metalu lub drewna zawieszonym na szyi, więc jeśli miał zadziałać, musiał zachować przynajmniej tę część właściwości, która odpowiadała za szeroko pojętą ochronę, bez całej reszty otoczki. Właśnie dlatego postanowiłem zrobić to wszystko dobrze i zatrudnić niezależnych rzemieślników.
„Niezależnych…
Niezależnych, prawda.
Prawda?”

- Tlistan. - Powtórzyłem to z namysłem, po czym uniosłem jedną brew, bo dopiero w tej chwili przypomniałem sobie fakt tak oczywisty, że aż głupio było go wcześniej nie uwzględnić, ja natomiast przez moment najwyraźniej postanowiłem wyłączyć tę informację z pamięci, zapewne dla własnego komfortu psychicznego. - No tak. Tlistan Wald. - Przeciągnąłem ostatnie słowo, zmrużywszy lekko oczy. - Ten Tlistan Wald. - Drapnąłem się po brodzie, po czym odruchowo przeczesałem włosy palcami i pokręciłem głową, podczas gdy w moim spojrzeniu pojawiło się coś pomiędzy rozbawieniem a lekkim niezadowoleniem z samego siebie. - Lasja. Zapomniałem, sze go znasz. To był pszeciesz plaktysznie twój dom, plawda? - Nie „praktycznie”, tylko „po prostu”, może nie dokładnie nasz rocznik, ale „prawie”, rzecz jasna, nie musiałem dodawać nic więcej, „prawda.” Ponownie wsunąłem palce we włosy przy karku i odgarnąłem je do tyłu, próbując pozbyć się tego idiotycznego odruchu, który pojawił się razem ze wspomnieniem. Teraz przynajmniej mogłem oficjalnie stwierdzić, że nie mam nic przeciwko temu, że znał się na rzeczy, „prawda?” …
- Pszydałby się kaszdemu, kto zbliszy się Kniei. Tylko sze nie mam ich nieskończonej liczby. - Zerknąłem w stronę drzwi, zawieszając na nich spojrzenie i przez chwilę zastanawiając się, czy noc nie zrobiła się przypadkiem jeszcze ciemniejsza. - Nie jestem asz takim idiotą, na jakiego czasem wyglądam. - Nie miałem zamiaru udawać, że przeszedłem całkowitą przemianę, nie byłoby to nawet szczególnie wiarygodne, ale potrafiłem myśleć trochę dalej i bardziej perspektywicznie. Wypuściłem cicho powietrze nosem i oparłem dłoń na zawiniątku, chciałem najpierw powiedzieć jej wszystko, co było istotne, zanim położyłbym przed nią gotowy przedmiot i pozwolił, żeby rozmowa zeszła wyłącznie na jego konstrukcję. - Mamy ich więcej. - Odpowiedziałem na jej pytanie, te dwa były dla nas, dla niej dokładnie, reszta zostawała do dyspozycji grupy.
Uwaga o tym, że szkoda, iż nie udało się wcześniej przeprowadzić doświadczenia, sprawiła, że pokiwałem głową, po czym prawie natychmiast przeciągnąłem dłonią twarzy, odgarniając z niej poczochrane pasma, założywszy je sobie niedbale za ucho, chociaż po kilku sekundach i tak zaczęły wracać na swoje miejsce.
- Wiem. Tesz mnie to dlaszni. Ploblem polega na tym, sze szeby pszeplowadziś sensowny test, potszebowalibyśmy dostępu do widma albo pszynajmniej do stwoszenia leagująsego w podobny sposób. Dementola? Śmielciotuli? - Abstrahując od tego, skąd miałbym je wytrzasnąć, nie zamieszałem sprowadzać jednego do naszej szopy tylko po to, żeby sprawdzić, czy medalion zadziała. - Są pewne glanise ekspelymentowania, nawet dla mnie. - Uśmiechnąłem się krzywo, ale tym razem uśmiech szybko zniknął, ponieważ w tej chwili oboje rozumieliśmy już raczej dostatecznie dobrze, że najbardziej niepokojące w całej sprawie nie było to, czego dowiedzieliśmy się o symbolu, lecz to, jak wiele nadal pozostawało poza naszym zasięgiem. - Jeśli mniejszy znak zadziała, będziemy mieli jeden element układanki do pszodu. Jeśli nie zadziała, nadal nie będziemy wiedzieś, czy problemem był znak, mateliał, wielkość czy blaki w konstluksji. - Przesunąłem palcem nad powierzchnią większego medalionu, nie dotykając samego symbolu, ze świadomością, iż jeśli żadna wersja nie miała zadziałać, wrócimy do punktu wyjścia i będziemy mieli bardzo drogie kawałki metalu, które świetnie nadawały się do przyciskania papierów, w tym raportów zgonu i testamentów. - Dlatego chcę, szebyś wiedziała dokładnie, s czym masz do czynienia. Jeśli coś pójdzie źle, nie chcę, szebyś musiała zastanawiaś się, co właściwie miałem na myśli, kiedy powiedziałem ci, sze „pszygotowałem zabezpieczenie”. To jest ekspelyment. Pszydatny, potencjalnie balso pszydatny i byś mose właściwie skonstluowany… Chociasz zapewne moses mieś na ten temat tlochę inne zdanie… - Wykrzywiłem się krótko. - Ale to nadal ekspelyment. - Tym razem nie uśmiechałem się ani nie próbowałem rozładować napięcia żartem, ponieważ wiedziałem, że Prue właśnie usłyszała dokładnie to, co chciałem jej przekazać od początku - nie miałem pewności, czy te rzeczy zadziałają, jak zadziałają, ale nie zamierzałem iść tam zupełnie bez przygotowania, tylko równie dobrze mogło ono zadziałać, co też nie być tym właściwym - może zabrzmiało to ponuro, ale z moich doświadczeń wynikało jednak, że chwila, w której zaczynałem być zbyt pewny swoich wniosków, zwykle była dokładnie tą chwilą, w której coś próbowało mnie ugryźć, więc podchodziłem do wszystkiego z pewnym dystansem, zamiast od razu ogłaszać, że rozgryzłem całą sprawę i można mnie było wpisać do podręczników. Do annałów w formie, o jakiej myślałem, wolałbym bowiem nie trafić.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
06.10.2026, 17:10  ✶  

Miała tę przewagę nad innymi, że zawsze gdzieś tam bardzo głęboko coś jej świtało na każdy temat, jaki zostawał poruszony. Zawsze była to chociaż drobna informacja, jakaś krótka notatka, cokolwiek, żeby się tego chwycić. Prudence sporo czytała, interesowały ją różne dziedziny magii, a również i sama jej teoria, więc właściwie nie mogła narzekać na braki w wiedzy, w przeciwieństwie jednak do większości osób u niej zawsze coś z tego zostawało w głowie, dzięki czemu mogła to odnaleźć. Być może powodowało to te momenty zawieszenia, jednak jej zdaniem nie było to wcale takim czymś do czego nie dało się przyzwyczaić. No, ludzie czasem dziwnie na nią spoglądali, kiedy odpływała gdzieś daleko podczas rozmów, ale ci, na których opinii jej zależało doskonale zdawali sobie sprawę z jej przypadłości, więc w sumie zupełnie nie czuła się poszkodowana w żaden sposób. Miała gdzieś zdanie wszystkich innych, nigdy nie zależało jej na specjalnym uznaniu, nie potrzebowała tego, traktowała swoją inność jako coś zupełnie normalnego.

- To dobrze, bo gdyby faktycznie tak było to mogłabym się zirytować. - Tego zdecydowanie nie chcieli. Cóż, Prue miała swoje zdanie na temat nocnych pobudek i nie należało ono do szczególnie przyjemnych opinii. Ceniła sobie bardzo swój spokojny sen, wiadomo jednak, że pojawiały się czasem przypadki jak ten dzisiaj, kiedy musiała być nieco bardziej wyrozumiała.

- Nie przesadzajmy, chociaż chętnie wysłuchałabym Twoje wykładu, obawiam się jednak, że mamy ograniczone zasoby jeśli chodzi o czas. - Nie wątpiła w to, że jego wykład mógłby się zamienić w całkiem żywą dyskusję, która pewnie trwałaby wiele godzin, bo temat był bardzo rozległy, musieli więc jak najbardziej go skrócić, pewnie będą mogli do tego wrócić w przyszłości, kiedy okoliczności będą nieco bardziej sprzyjające.

- Tak, nie wydaje mi się, żeby można było na nią narzekać. - Uważała w sumie temat, który teraz poruszali za bardzo interesujący, szczególnie w teorii, gorzej, że istniała szansa, że Benjy będzie go badał w praktyce. Nie było najgorzej, bo najwyraźniej zdążyli się do tego nieco przygotować, tyle, że właśnie doświadczenie wciąż było raczej w fazie przygotowawczej, wiele rzeczy mogło pójść nie tak. Jako naukowczyni doskonale zdawała sobie sprawę z tego, ile czynników mogło wpływać na powodzenie tego wszystkiego, to ją odrobinę martwiło, ale wolała się tym jeszcze nie dzielić. Nie chciała znowu wyjść na czarnowidza.

- To ma sens, raczej nikt kto je spotykał nie miał przyjemności przetrwać, nie wątpię w to, że Twoja kuzynka jest specjalna, ale nie wydaje mi się, że i ona dałaby radę bez czegoś, co uratowało jej życie, w tym przypadku musiał to być kromlech o którym wspomniałeś. - Znaki wyryte na kamieniach najwyraźniej spełniły swoją rolę. W głowie Prue pojawiły się jednak inne pytania, kto właściwie postawił ten kromlech w lesie, kto wiedział jakie runy muszą się na nim znaleźć, żeby stał się bezpiecznym miejscem, czy stało się to zupełnie przypadkowo? Nie do końca wierzyła w takie przypadki, przecież nic nie działo się bez przyczyny. Ktoś musiał to wszystko obmyślić.

- Skrót myślowy, po prostu skorzystaliście z tego co działa i stworzyliście coś swojego, co również ma działać, to jest całkiem jasne. - Wypadało to jeszcze przetestować przed użyciem, ale na to faktycznie chyba nie mieli już czasu.

- Przecież całkiem nieźle sobie radzisz z robótkami ręcznymi, ale wiadomo, nie wygląd jest najważniejszy, a wnętrze. - Nie warto było oceniać książkę po okładce, czy coś. Odpowiednie zabezpieczenia potrafiły zdziałać cuda, a Benjy przecież doskonale radził sobie z pieczętowaniem. Nie wątpiła w to, że nie odwalił tutaj fuszerki, zdawała sobie sprawę z tego, że potrafił być bardzo dokładny i precyzyjny, jeśli chodziło o takie trudne tematy. W sumie to dobrze, nikt pewnie nie mógł tego przygotować lepiej od niego, nie mogli lepiej trafić. Powinno czynić to Prue nieco spokojniejszą, mimo wszystko jednak była odrobinę zmartwiona tym, że nie mieli szansy sprawdzić działania tych przedmiotów, to pozostawało niewiadomą.

Zastanawiało ją też, czy stwory z Kniei będą reagowały na pojedynczy amulet i jak, skoro trzymały się z daleka od kromlechu, który był w zasadzie miejscem otoczonym tymi znakami, czy posiadanie samego medalionu wystarczy? Być może zadziała częściowo, a nie w pełni? W sumie trudno to było przewidzieć bez odbytej próby, ale to pewnie było dopiero przed nimi, tak właściwie to nawet wolałaby, aby jednak do tego nie doszło. Niby sama uwielbiała eksperymenty i doświadczenia, jednak akurat to było okropnie niebezpieczne, wolałaby aby jej mąż wrócił do domu, niż został zapamiętany jako ten, który sprawdził działanie czegoś nowego i przy tym poległ.

Znała Tristana. Był jedną z nielicznych osób z którymi utrzymywała kontakt po tym, jak ukończyła swoją szkolną edukację. Przepadali za sobą, nie była to może jakaś zażyła relacja, jednak wiedziała, że można było na niego liczyć. Miała świadomość tego, co mu się przytrafiło, rozumiała dlaczego odszedł z Ministerstwa i zajął się tym, co robił jego ojciec. Było to nieco spokojniejsze od pracy w Departamencie Przestrzegania Prawa i mniej niebezpieczne.

- Znam tylko jednego Tristana Warda. - Zmrużyła oczy i spojrzała na swojego męża. Nie do końca wiedziała o co mu w tej chwili chodzi, no był to ten Tristan Ward, bo jaki inny? - Nom, był Krukonem jak ja, tylko rok wyżej. - Na jej twarzy mógł zobaczyć zdziwienie, nie do końca rozumiała o co mu chodzi. Jak praktycznie ten sam dom, jak domy w Hogwarcie były cztery i każdy do jakiegoś należał. No, albo się było w tym domu, albo nie. Toczyła przez chwilę dyskusję sama ze sobą w swojej głowie, bo nie miała pojęcia czemu tak dziwnie to powiedział. Cóż, noc rządziła się swoimi prawami, czy coś. Godzina była późna, mógł nieco dziwnie się wyrażać, chyba po prostu musiała mu to wybaczyć.

- Tak właściwie to nawet nie wiadomo kto postanowi się do niej zbliżyć. - Nie mieli pojęcia ile osób postanowi znaleźć się blisko, albo przekroczyć granicę lasu. Mieli ograniczone zasoby, w sumie to było całkiem jasne, że nie przygotowali takiej ilości, aby rozdawać je na jakimś stoisku, zresztą był to tylko prototyp, mógł nie działać. - Ty to powiedziałeś. - Dodała jeszcze na ten komentarz o idiocie, żeby nie było, że ona wysnuła podobne wnioski. Wiedziała, że zdarzało mu się działać bardzo impulsywnie, ale w tej chwili dostrzegała, że w tym przypadku całkiem nieźle się przygotował na to, że może dojść do spotkania z tym, co siedziało w lesie. Tak właściwie, chyba nie można było lepiej tego ogarnąć z taką ograniczoną wiedzą.

- To dobrze, Wam się na pewno przydadzą. - Naprawdę liczyła na to, że te medaliony miały odpowiednie właściwości, i jeśli będą musieli ich użyć to pomogą im przetrwać.

- Rozumiem, ale zawsze lepiej testować to na jednym widmie, niż na nie wiadomo jakiej ilości, nie wydaje mi się jednak, że akurat to udałoby się jakoś zorganizować, bo przecież nie wiadomo o nich zbyt wiele. - Poza pracownikami Ministerstwa nikt nie zbliżał się do lasu, tak naprawdę te istoty były ogromną niewiadomą.

- Zdaję sobie sprawę, że to eksperyment i mam nadzieję, że się uda, że dowiecie się czegoś istotnego, jeśli już dojdzie do kontaktu z tymi istotami, no i co najważniejsze, że przetrwacie tę pierwszą próbę, abyście mogli nadal nad nim pracować. - Miała świadomość, jak bardzo niebezpieczne to było, jednak co właściwie mogła na to poradzić? Widma były sporym zagrożeniem, dobrze, że ktoś zainteresował się tym tematem, szkoda tylko, że akurat jej mąż… ale takie było życie, prawda?



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
07.10.2026, 02:05  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.10.2026, 02:06 przez Benjy Fenwick.)  
Mój rozszerzony, niezmiernie profesjonalny „wykład” chyba rzeczywiście musiał poczekać, chociaż wizja wschodu słońca zastającego nas nadal przy tych samych runach nie była wcale tak nierealna, z nami tak naprawdę nigdy nie było wiadomo, gdzie kończyła się rozmowa, a zaczynała wielogodzinna kłótnia o definicję jednego symbolu - wystarczyło tak naprawdę kilka słów za dużo, jedno wspomnienie o różnicach między kilkoma szkołami interpretacji galdrastafir, wtedy nie zobaczylibyśmy świtu, tylko jego następcę, przyczyniwszy się do tego oboje…
Stosunkowo wcześnie dostrzegłem, iż potrafiła zawiesić się nad pytaniem na kilka sekund, czasem nawet dłużej, a potem wracała z odpowiedzią, której nikt przy zdrowych zmysłach nie miał prawa pamiętać, bo przecież kto normalny zapamiętywał krótką wzmiankę z przypisu do książki, którą przeczytał trzy lata wcześniej? Prue. Oczywiście, że Prue. Kącik ust drgnął mi lekko, kiedy przypomniałem sobie, ile razy musiałem czekać, aż wróci do rozmowy, chociaż nigdy nie uważałem tego za szczególnie uciążliwe lub tak naprawdę irytujące, właściwie przeciwnie, zdążyłem się przyzwyczaić do tego, że jej milczenie nie zawsze sugerowało niechęć do odpowiedzi, czasem oznaczało po prostu, że właśnie przeszukiwała absurdalnie obszerne archiwum we własnej głowie. Znałem ją również wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że sen należał do rzeczy, których broniła nawet z większym poświęceniem niż większości swoich przekonań, więc samo to, że jeszcze ze mną rozmawiała, było właściwie dowodem jej wyjątkowej cierpliwości do dorosłego mnie.
- Wiedziałem, sze właśnie to powiesz… - Odmruknąłem, przesuwając językiem po wewnętrznej stronie policzka i pokręciłem głową, odchrząknąwszy wymownie, bo nawet jeśli nie uważałem jej groźby za szczególnie poważną, nie zamierzałem sprawdzać, ile prawdy kryło się pod tym spokojnym tonem. Uniosłem zatem tylko lekko brwi i przez chwilę przyglądałem się jej z tym półuśmiechem, który sam cisnął mi się na usta, kiedy mówiła coś takiego - doskonale wiedziałem, jak bardzo nie znosiła nocnych pobudek i jak niewiele trzeba było, żeby wyrwać ją ze snu, więc gdy to niezamierzenie zrobiłem, a właściwie zrobił to ptak mojej kuzynki, nie śmiałem potem jeszcze oczekiwać od niej szczególnego entuzjazmu odnośnie tego, że w środku nocy musiała zajmować się cudzymi problemami.
- Ale pszysnaj, gdybym cię nie obudził, mogłabyś się później zilytowaś jeszcze balsiej. - Parsknąłem pod nosem, bo w gruncie rzeczy wcale nie przesadzałem - moja żona potrafiła być bardzo spokojna, bardzo opanowana, bardzo rozsądna, dopóki ktoś nie próbował odebrać jej sprawczości bez odpowiedniego uzasadnienia - to był jeden z tych szczegółów, które należało zapamiętać, jeśli zamierzało się z nią mieszkać, spać, żyć i jeszcze jakoś dożyć kolejnego dnia, pod tym wszystkim kryło się zresztą coś znacznie mniej wygodnego, coś, czego nie dało się rozbroić jednym żartem, chyba właśnie dlatego zacząłem nerwowo obracać obrączkę na palcu, przesuwając ją kciukiem tam i z powrotem, zupełnie bezwiednie, podczas gdy z moich ust płynęły kolejne wnioski, a do uszu docierały odpowiedzi.
- „Lobótkami lęsznymi”? - Powtórzyłem to wolniej, próbując zrozumieć, jakim cudem właśnie tak, w ten wyjątkowo - ekhm - specyficzny sposób, określiła coś, nad czym spędziłem zdecydowanie zbyt wiele godzin. - Niech zgadnę - kolejny „sklót myślowy” i wcale nie chciałaś nim oblasiś tej niezmielnie subtelnej dziedziny, jaką jest pieczętowanie? - Uprzedziłem ją, bo przecież wiedziałem, że doceniała dokładne nakładanie zabezpieczeń, dała mi to dostatecznie mocno do zrozumienia, nawet wcześniej w dniu dzisiejszym. - Chociasz nie uklywam, w niektólych aspektach moje zdolności manualne szeszywiście są całkiem losległe. - Przejechałem kciukiem po dolnej wardze, marszcząc lekko brwi. Nie dodałem nic więcej, tylko posłałem jej krótkie, zaczepne spojrzenie, bo oboje doskonale wiedzieliśmy, co miałem na myśli, po czym westchnąłem przesadnie, powstrzymując kolejną uwagę, którą miałem już tak naprawdę gotową, i uniosłem obie dłonie na wysokość klatki piersiowej, jakbym właśnie poddawał się bez walki. Uśmiechnąłem się krzywo, ale nie ciągnąłem tego tematu, bo po pierwsze siedzieliśmy w środku nocy nad amuletami ochronnymi na jutrzejszy potencjalnie intensywny sabat, po drugie prawdopodobnie i bez tego miała świadomość, że wystarczyło rzucić mi jeszcze jeden taki komentarz, żebym przez najbliższe kilka minut miał zdecydowanie mniej profesjonalne skojarzenia. Odchrząknąłem więc i wróciłem wzrokiem do medalionów, pokiwałem głową, powoli, dwa razy, a potem wypuściłem powietrze nosem. Właściwie nie mogłem mieć jej za złe, że nie rozumiała mojego problemu, bo mój problem był w tym momencie raczej osobliwą mieszaniną dawnej szkolnej zazdrości, męskiej dumy oraz świadomości, że potrafiłem pamiętać zupełnie nieistotne rzeczy przez kilkanaście lat, a zapomnieć dokładnie ten jeden szczegół, który nagle okazywał się istotny.
- Nadal nie lubię, kiedy wypowiadasz jego nazwisko takim tonem… - Wymamrotałem pod nosem, niekoniecznie specjalnie głośno i wyraźnie, dostrzegłszy zaskoczenie wymalowane na jej twarzy, które prawdopodobnie nie mogło być adekwatniejsze. - I nie, nie zamieszam telas zaczynaś w stylu „co dokładnie lobiłaś z Tlistanem Waldem w Hogwalsie”. Po plostu zapomniałem o jego… Znaczeniu. - No, ale rzemieślnikiem był wybitnym, nawet jeśli kolegą słabym, przynajmniej w moim mniemaniu, bo nagle bardzo dokładnie przypomniałem sobie te wszystkie momenty, gdy wkurwiało mnie jego istnienie. „Z którego teraz chyba powinienem był się cieszyć? Noż kurwa…” - Mamy waszniejsze szeszy do omówienia. - Rozchyliłem dłonie w geście niewinności, po czym sięgnąłem po jeden z medalionów i przesunąłem go między palcami - przez minutę po prostu obracałem amulet w dłoni, obserwując go pod różnymi kątami, jakbym mógł w ten sposób wymusić na nim odpowiedź na pytanie, którego jeszcze nie potrafiłem właściwie sformułować, a które raczej nie powinno było zabrzmieć „Działasz czy, kurwa, nie?”, nawet jeśli byłoby to pomocne.
Uniosłem palec, kiedy przypomniała mi, że to ja nazwałem siebie idiotą, ale ostatecznie wyłącznie teatralnie spiorunowałem ją wzrokiem, chociaż zaraz potem spoważniałem, bo ostatnie słowa zostały ze mną trochę dłużej, niż chciałem - wiedziałem, że miała świadomość ryzyka, wiedziałem też, że próbowała nie mówić o nim zbyt wiele, prawdopodobnie właśnie dlatego, że nie chciała po raz kolejny wyjść na kogoś, kto dostrzegał świat w ciemnych barwach, nie musiała zresztą nic dodawać, znałem ją wystarczająco dobrze, żeby widzieć rzeczy, których nie wypowiadała. Tak to już działało.
To, co mówiła, było jednak właściwie tym samym wnioskiem, do którego sam doszedłem, tylko wypowiedziane przez nią na głos sprawiało wrażenie jeszcze bardziej niepokojącego - paradoksalnie - nie lubiłem sytuacji, w których kilka pozornie niezależnych faktów zaczynało układać się w logiczną całość, ponieważ zazwyczaj oznaczało to, że za chwilę pojawi się następny problem, którego nikt wcześniej nie przewidział.
- Dementola nikt nam nie poszyczy, fakt, nawet s twoimi znajomościami w Ministelstwie. Choooociasz… - Przeciągnąłem, obracając medalion na drugą stronę, patrząc na niego, potem na nią, aż w końcu wzruszyłem ramionami. - Ewentualnie moglibyśmy zdobyś śmielciotulę. - Uniosłem brew, przez moment wyglądałem na głęboko zamyślonego, jakbym właśnie rozważał rozwiązanie wyjątkowo poważnego problemu technicznego, chociaż rzeczywistości prowadziłem tę myśl w stronę czegoś, co zdecydowanie nie było rozwiązaniem, przynajmniej nie takim, które można byłoby uznać za rozsądne i realistyczne. - Moglibyśmy ją splowadziś gdzieś s tlopików, najlepiej s miejsca, w któlym jeszcze nie zdąszył jej znaleźć szaden inny idiota… Badacz, pszeplasam. Hipotetycznie, szesz jasna, ten plan ma pewne niedociągnięcia, ale za to, hm, tludno odmówiś mu losmachu. - Zawiesiłem głos, pozwalając jej przez moment pomyśleć, że rzeczywiście rozważałem podobny pomysł - miałem kilka znajomości wśród ludzi, którzy zajmowali się nielegalnym handlem stworzeniami z tropikalnych rejonów, szczególnie tych, które występowały w wilgotnych lasach deszczowych Ameryki Południowej i południowo-wschodniej Azji, co prawda śmielciotule należały do naprawdę wyjątkowo rzadko spotykanych stworzeń, które potrzebowały stałego, tropikalnego klimatu, wysokiej wilgotności i odpowiednich warunków, dlatego w Europie praktycznie się ich nie spotykało, były też jednymi z najbardziej niebezpiecznych magicznych bestii, jakie znali czarodzieje, więc ich pozyskanie wymagałoby nieco więcej… wszystkiego niż zwykłego spaceru na targ, ale przecież tak naprawdę wcale nie chciałem tego zrobić, nawet jeśli teoretycznie sam pomysł był całkowicie w moim stylu.
Pozwoliłem sobie na ten żart, lecz potem spojrzałem ponownie na medalion i spoważniałem - to, co naprawdę mnie martwiło, pozostawało dokładnie tym, o czym mówiła Prue - nie wiedzieliśmy, ile widm znajdzie się w pobliżu, jak zareagują na pojedynczy znak ani czy zabezpieczenie będzie działało poza kamiennym kręgiem, nie mieliśmy nawet pewności, czy sam symbol był dostatecznym źródłem ochrony, czy stanowił tylko jeden element większego mechanizmu, którego pozostałych części jeszcze nie rozumieliśmy.
- To duszo niewiadomych, wiem. Zwłaszcza sze nie wiemy, jak długo ten klomlech tam stoi. Jeśli jest stalszy nisz obecne ploblemy w Kniei, na co chwilowo mógłbym stawiaś, mosemy mieś do czynienia s czymś, co zostało zbudowane w zupełnie innym celu, a ochlona pszed widmami była tylko skutkiem ubocznym. Jeśli jest młodszy, wtedy ktoś mógł wiedzieś dokładnie, co lobi, ale po co i czemu nie zlobił nic więsej… - Nie musiałem mówić, iż ta druga możliwość podobała mi się zdecydowanie mniej, ale pierwsza również nie napawała mnie zbytnim optymizmem, ponieważ próbując rozwiązać jeden problem, mogliśmy blisko zapoznać się z drugim, być może równie złożonym. - Chcę wlóciś, Plue, w jednym kawałku. To jest najwaszniejsze. Chcę wlóciś s czymś więcej nisz s anegdotą o tym, sze coś mnie plawie zjadło, ale nie zaleszy mi na tym, szeby zostaś pielwszym idiotą, któly udowodnił, sze medalion działa, jeśli ceną za to miałoby byś to, sze jusz nigdy go nie zdejmę, więc… Uwiesz mi… Podzielam twoje nadzieję. - Tego powinniśmy się trzymać, resztę mogliśmy rozwiązywać dopiero wtedy, kiedy będziemy mieli coś więcej niż przypuszczenia.  - Weźmiesz te amulety? Pszechowasz je?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#10
12.10.2026, 20:29  ✶  

Prudence oczywiście nie miałaby nic przeciwko temu, aby usłyszeć jego pełny wykład na temat run, symboli i całej reszty. Chętnie też wdałaby się z nim w długą dyskusję, bo należała do tych studentów, którzy lubili zadawać pytania i szukać na nie odpowiedzi, nie sądziła jednak, że mieli wystarczającą ilość czasu, aby to zrobić. Wiedziała doskonale, jak mogło się to skończyć w ich przypadku, wiele razy zresztą zdarzało im się prowadzić takie długie debaty, ale to było przecież tym, co idealnie o nich świadczyło. Nigdy się ze sobą nie nudzili, mogli rozmawiać godzinami, tyle, że tej nocy mieli nieco ograniczony czas, co zdecydowanie nie sprzyjało wykładom. Lubiła też weryfikować informacje, które znajdowały się w jej głowie, bardzo skrupulatnie poukładane, nie bała się po nie sięgać, zwłaszcza, że rzadko kiedy miewała przyjemność rozmawiać z kimś kto faktycznie znał się na rzeczy.

- Tym razem nie jestem szczególnie nieprzewidywalna. - Nie ukrywała swojego podejścia do snu. Był dla niej naprawdę ważny. Kiedy już udało jej się zasnąć, naprawdę starała się wysypiać, nie znosiła gdy ktoś jej przerywał tę czynność. Bycie żoną Benjy'ego jednak niosło ze sobą drobne niedogodności z tym związane. Nigdy nie dało się przewidzieć tego, kiedy jakiś ptak postanowi usiąść na ich wspólnym parapecie i zacznie uderzać w okno dziobem. Musiała do tego przywyknąć, prawda? Każdy miał jakieś mankamenty, czy coś…

- Jest takie prawdopodobieństwo. Mogłabym się zirytować jeszcze bardziej, ale pewnie racjonalniej będzie mi to ocenić rano. - Aktualnie nie była do końca pewna co do swojego nastawienia. Mogła być nieco bardziej marudna niż zazwyczaj przez to, że jej sen został przerwany. Faktycznie jednak mogłaby się nieco zirytować, gdyby się okazało, że przegapiła całą, wieczorną imprezę związaną z przygotowaniem do sabatu.

- Nie śmiałabym obrażać Twojego pieczętowania, tak, to kolejny skrót myślowy, o tej porze nie stać mnie na więcej, musisz mi to jakoś wybaczyć. - Naprawdę się starała, jednak nie była w najlepszej formie. Zdecydowanie w dzień potrafiła prowadzić rozmowy na zupełnie innym poziomie.

Parsknęła, kiedy usłyszała jego kolejny komentarz, oczywiście, że nie mógł się przed nim powstrzymać, to było dla niego typowe. - Zdaje sobie z tego sprawę. - Miała szansy w końcu tego doświadczyć empirycznie. Nie powinni jednak w tej chwili zacząć odbiegać w tę stronę, bo przecież właśnie opowiadał jej o widmach, amuletach i innych takich. Bardzo łatwo mogli się rozproszyć, a w tej sytuacji nie było to raczej odpowiednie.

Nieco zdziwiła ją reakcja męża na to, co powiedziała o Wardzie. Nie była z nim nigdy jakoś szczególnie zżyta, przepadała za nim to fakt, zdarzało im się współpracować, czy w szkole, czy kiedy już zakończyli swoją edukację. Nadal utrzymywali znajomość, ale to byłoby na tyle. Nie spodziewała się, iż Benjy może zareagować w podobny sposób, było to całkiem zabawne, zwłaszcza o tej porze, codziennie dowiadywała się o nim czegoś nowego.

- Powiedziałam to zwyczajnym tonem? - W jej głosie można było wyłapać odrobinę wahania, bo w sumie jakoś specjalnie się na tym nie skupiła, ale nie wydawało jej się, aby potraktowała te dane osobowe jakoś specjalnie. - Widzisz, nic dziwnego, że zapomniałeś o jego znaczeniu, bo właściwie go nie było? - Kolejne zawahanie w głosie. Nie wydawało jej się, aby istniało jakieś znaczenie co do osoby akurat tego mężczyzny. Kolegowali się, ale to by było na tyle, najwyraźniej jej mąż widział to inaczej jeszcze bardzo dawno, dawno temu. Interesujące. - Tak, mamy zdecydowanie ważniejsze rzeczy do omówienia niż Twoja zazdrość - Postanowiła nazwać rzecz po imieniu, bo co jej to właściwie szkodziło, warto przecież mówić wprost, prawda? Pokręciła jeszcze z niedowierzaniem głową, no tego to się naprawdę nie spodziewała.

[b] - Wiesz, jakby się uprzeć, może dałoby się jakoś zwabić jedno widmo z lasu, bardziej o tym myślałam, chociaż pewnie to też mogłoby być bardzo ryzykowne, nie mogą przecież ciągle chodzić parami, czy tam trójkami, czy jeszcze inaczej. - Uważała, że warto było sprawdzać działanie podobnych przedmiotów na konkretnych przypadkach, nie podobnych, tylko dokładnie na tym, na co miało to działać, co w tym przypadku nie należało do najprostszych spraw. Nie wiedzieli przecież nawet, czy da się je jakoś złapać, ani w jaki sposób przeprowadzić próbę. Cóż - nie, żeby dużo bardziej optymistycznie wyglądało to, że teraz może pojawić się taki moment, w którym po prostu wejdą w las bez sprawdzenia faktycznego działania amuletów.

Prue przeniosła spojrzenie na medalion. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. Był bardzo niepozorny, spoglądała na niego nie odrywając wzroku nawet na sekundę. Obyś ich nie zawiódł, żebyś faktycznie działał jak należy. Jakby jej myśli mogły cokolwiek zmienić. Wierzyła w to, że Benjy wiedział co robi, nie miała wątpliwości co do tego, że znał się na rzeczy, że był specjalistą w swojej dziedzinie, tyle, że to prototyp. Nikt nie mógł sprawdzić jak działa i czy w ogóle działa, a niewiadomych w tym całym równaniu było naprawdę wiele. Prudence sama była naukowczynią, wiedziała, że zdobywanie wiedzy potrafi kosztować wiele.

- Tak naprawdę prawie wszystko jest niewiadomą. Nie ma pewności, co konkretnie na nie działało, czy kromlech, który był zbudowany z tych znaków, czy same znaki, czy jakieś minerały, czy miejsce samo w sobie też czegoś nie miało. Dużo tych pytań. - Nie gryzła się w język, tutaj naprawdę znajdowało się wiele niewiadomych, naprawdę wiele. Bardzo dużo etapów na których coś mogło pójść nie tak.

- Nie wątpię w to, że zrobisz wszystko, żeby wrócić. Ufam Ci. - Nie miała wątpliwości co do tego, że Benjy nie będzie niepotrzebnie ryzykował, gdyby miał to robić, nie mówiłby w ten sposób, naprawdę nie wątpiła w jego intencje. - Tak, wezmę je. - Nie miała przecież innego wyjścia, prawda? Skoro powiedział, że wszyscy inni, którzy mieli mu towarzyszyć mieli swoje amulety, to ona mogła zaopiekować się tymi.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (6753), Prudence Fenwick (3834)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa