29.09.2026, 20:54 ✶
Przycisnął ją mocno do swojej piersi, mierząc wciąż różdżką w stronę zagrożenia, myśląc w rosnącym napięciu o tym, gdzie mogliby się teleportować. Jego myśli wciąż uciekały do Kniei, do lasu w którym się wychował, lasu, który ukochał całym sobą. Myśli uciekały do puszczy, do urokliwych miejsc i zakamarków, wiekowych drzew, które przed laty mogły być ancestorami rodu Greengrassów, a które to drzewa widziały więcej niż niejeden czarodziej, nie mający korzeni zapuszczonych głęboko w mikoryzową sieć oddychającego, czującego i cierpiącego teraz organizmu.
Dłoń miał zaciśniętą mocno na różdżce, czując wzrastający puls i rozpoznając dzięki treningom uważności zasugerowanym przez uzdrowicieli, że lada moment nie dźwięki spomiędzy obcych drzew będą mogły być dla nich największym problemem a on, on sam i jego przekleństwo, błogosławieństwo, zazdrość lasu, który chciał, aby Samuel myślał tylko o nim. Zieleń krążyła w jego żyłach, skóra twardniała korą i łagodzącym krawędzie mchem, ale Kniei wciąż było mało. Chciała odzyskać swojego przeklętego chłopca, karząc go za to, że odwrócił się od niej.
Samuel przeczuwał, że jeśli się teleportuje, to będzie to miejsce, które mogłoby okazać się tysiąćkrotnie bardziej niebezpieczne dla niego, a przede wszystkim dla Septimy, niż to gdzie byli teraz. Szelest. Chichot. Dzwoneczki. Musiał działać szybko.
– Wskakuj na mnie i trzymaj się mocno – wyrzucił z siebie przez zaciśnięte zęby, gdy przykucnął ręką zagarniając ją na swoje plecy, po czym…
…urósł i to bardzo.
Różdżka wtopiła się w dłoń, która stała się rosłą łapą. Ubranie zastąpiło gęste brązowe futro, a ciało całkiem cywilizowanego stolarza zastąpiło niedźwiedzie cielsko, a cichy, lekko chrapliwy głos niezbyt śmiałego w towarzystwie ludzi chłopaka wyparł donośny, rozchodzący się echem po polanie ryk udekorowany rzędem ostrych zębisk. Jeśli tylko poczułby, że siedzi na nim pewnie i mocno, mocno zaciska ręce na futrze, puściłby się cwałem w miejsce, do którego przecież i tak mieli dotrzeć.
Tymczasem na polanie rozległ się przerażony pisk kilku całkiem mało duchowych gardeł, a w miejscach gdzie coś się poruszało, co było dla nich wcześniej nieuchwytne, zerwały się niewysokie postaci w białych sukmanach i zaczęły całkiem sprawnie uciekać w przeciwnym do nich kierunku.
Dłoń miał zaciśniętą mocno na różdżce, czując wzrastający puls i rozpoznając dzięki treningom uważności zasugerowanym przez uzdrowicieli, że lada moment nie dźwięki spomiędzy obcych drzew będą mogły być dla nich największym problemem a on, on sam i jego przekleństwo, błogosławieństwo, zazdrość lasu, który chciał, aby Samuel myślał tylko o nim. Zieleń krążyła w jego żyłach, skóra twardniała korą i łagodzącym krawędzie mchem, ale Kniei wciąż było mało. Chciała odzyskać swojego przeklętego chłopca, karząc go za to, że odwrócił się od niej.
Samuel przeczuwał, że jeśli się teleportuje, to będzie to miejsce, które mogłoby okazać się tysiąćkrotnie bardziej niebezpieczne dla niego, a przede wszystkim dla Septimy, niż to gdzie byli teraz. Szelest. Chichot. Dzwoneczki. Musiał działać szybko.
– Wskakuj na mnie i trzymaj się mocno – wyrzucił z siebie przez zaciśnięte zęby, gdy przykucnął ręką zagarniając ją na swoje plecy, po czym…
…urósł i to bardzo.
Różdżka wtopiła się w dłoń, która stała się rosłą łapą. Ubranie zastąpiło gęste brązowe futro, a ciało całkiem cywilizowanego stolarza zastąpiło niedźwiedzie cielsko, a cichy, lekko chrapliwy głos niezbyt śmiałego w towarzystwie ludzi chłopaka wyparł donośny, rozchodzący się echem po polanie ryk udekorowany rzędem ostrych zębisk. Jeśli tylko poczułby, że siedzi na nim pewnie i mocno, mocno zaciska ręce na futrze, puściłby się cwałem w miejsce, do którego przecież i tak mieli dotrzeć.
Tymczasem na polanie rozległ się przerażony pisk kilku całkiem mało duchowych gardeł, a w miejscach gdzie coś się poruszało, co było dla nich wcześniej nieuchwytne, zerwały się niewysokie postaci w białych sukmanach i zaczęły całkiem sprawnie uciekać w przeciwnym do nich kierunku.