Słysząc odpowiedź, sam również zerknąłem na butelki ustawione na stole, ale nie zastanawiałem się przy tym nad niczym szczególnym - moje myśli nie kłębiły się nad żadnym związkiem pomiędzy ilością alkoholu z czymkolwiek innym, bo w mojej opinii ludzie pili podczas wesel z tego samego powodu, dla którego robili wiele innych głupich rzeczy, czyli skoro nadarzała się okazja, należało ją wykorzystać - niektóre rzeczy robiło się dlatego, że inni też je robili, to była chyba najbardziej podstawowa zasada większości przyjęć, jeśli już, to alkohol pełnił tu swoistą funkcję ochronną, bo chronił wspomnienia. Przejechałem wzrokiem po butelkach, potem zerknąłem na prowizoryczny barek i pokiwałem głową z uznaniem.
- To wesele, nie zebranie klubu abstynentów. - Wskazałem kieliszkiem na stół z alkoholem i znajdujących się przy nim gości, którzy bardzo gorliwie uzupełniali swoje szklanki. - Poza tym spójrz na nich. Gdyby alkohol był ograniczony, połowa tej sali musiałaby ze sobą rozmawiać na trzeźwo. To dopiero byłby dramat. - Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, wzruszywszy ramionami, bo taka była prawda, nie istniało prostsze stwierdzenie, jakim mógłbym skwitować słowa o „dużych zasobach”.
Przez chwilę analizowałem za to jej teorię dotyczącą tortu, który miałby być nawet lepszą rzeczą niż pudding i alkohol, wszystko brzmiało dobrze, dopóki nie zaczęła wymieniać kolejnych możliwości tego, z czym postanowiono go zamówić - „jest lato, na pewno wybrali coś z truskawkami, albo malinami, czy innymi owocami” sprawiło, że nieznacznie zmarszczyłem nos - nie przepadałem za tym, co ona, może nigdy nie dałem tego po sobie poznać, ale miałem ku temu swoje powody i niezależnie od tego, jak śmiesznie i żałośnie by to teraz nie brzmiało, gdy miałem okazję poinformować Prudence Bletchley o swoich preferencjach, nie zrobiłem tego, żeby nie sprawić jej przykrości. Teraz była to już wyłącznie kwestia honoru oraz dumy, bo nie zamierzałem wręczać argumentów komuś, kto potem wyciągnąłby je przeciwko mnie w najbardziej nieoczekiwanym momencie.
- Nie. Nie po to ryzykujemy wykrycie, żeby dostać tort, który smakuje jak kompot na talerzu. - To była najbardziej stanowcza opinia, jaką zamierzałem wygłosić na ten temat, odnotowałem również w pamięci, aby przy pierwszej możliwej okazji postarać się zobaczyć, jaki tort weselny przygotowali Młodzi, bo nie zamierzałem spędzać połowy nocy na cudzym weselu tylko po to, żeby dostać kawałek ciasta, który zawierał dowody złej woli cukiernika.
Rozumiałem tok myślenia, jakim zapewne musiała się kierować, gdy pytała mnie o standardowe godziny oczepin - Rookwood, czysta krew, rodzinne przyjęcia, liczni krewni, pewnie setki podobnych uroczystości, coś w ten deseń - w rzeczywistości moja wiedza na temat wesel była znacznie mniej imponująca, niż mogła sugerować pewność, z którą prowadziłem tę rozmowę, ale na szczęście potrafiłem jeszcze używać języka w gębie. Nie potrzebowałem dalszych instrukcji, złapałem pierwszą przechodzącą obok osobę, która wyglądała na wystarczająco trzeźwą, żeby rozumieć pytanie, chociaż sam nie zrozumiałem odpowiedzi. „No cóż”.
- Nie analizuj tego. - Pokręciłem głową. - [n]To ślub. Ludzie tutaj jedzą, piją, tańczą i próbują przekonać siebie nawzajem, że właśnie przeżywają najlepszą noc swojego życia. Nie potrzebujesz do tego teorii.[/b] - Wskazałem na najbliższego mężczyznę, który właśnie próbował wyciągnąć do tańca jakąś kobietę siedzącą sztywno przy stole, wykonując w jej kierunku coś w rodzaju pawiego tańca godowego, na widok czego nawet mnie przeszły ciary żenady. - Północ czy pół godziny. Warto będzie na nie czekać. Wystarczy spojrzeć. - Zawiesiłem głos, po czym uśmiechnąłem się szerzej, jej uśmiech był tak nieszczery, że aż musiałem odpowiedzieć podobnym.
Wyciągnąłem do niej rękę, ponieważ skoro już mieliśmy zawrzeć tę absurdalną umowę, należało przynajmniej zrobić to porządnie, a kiedy sceptycznie spojrzała na moją dłoń, pokręciłem głową z niedowierzaniem i przyzezowałem na własne palce, sugerując jej, żeby mi je wreszcie uścisnęła, i żebyśmy po prostu mieli to za sobą.
- „Dziesięć, nie piętnaście”? Zaczynamy tworzyć bardzo stabilne narzeczeństwo. - Celowo użyłem tego określenia, ponieważ widziałem, jak natychmiast reagowała na podobne sugestie, po czym uniosłem kieliszek, by odłożyć go na pustą tacę niesioną przez kelnera.
Spojrzałem na nią, potem na stół z jedzeniem.
- No, weź. To nawet nie musi być nic dużego. - Wskazałem głową w stronę pater z przekąskami. - Jeden pasztecik, kawałek ciasta, może butelka czegoś, czego i tak nikt nie dopije. - Nie uważałem tego za kradzież, tylko za rozsądne gospodarowanie nadmiarami, które następnie miały trafić do kogoś, kogo tu niestety nie było, a kto niewątpliwie by je docenił, ale nie zamierzałem się z nią o to teraz kłócić, bo i tak planowałem zrobić swoje. Zamiast tego wzruszyłem ramionami.
- No dobrze, skarbie. Mamy przed sobą kilka godzin. Jak chcesz je spożytkować? - Ponownie zmierzyłem salę wzrokiem - muzyka przyspieszyła, ktoś właśnie porwał jedną z kobiet do tańca, przy barze zrobiło się jeszcze tłoczniej, zaś gdzieś z końca sali dobiegł śmiech tak donośny, że kilka osób zaczęło się oglądać - wszystko wskazywało na to, że noc dopiero się rozkręcała, do oczepin zostało zdecydowanie za dużo czasu, lecz skoro już zawarliśmy umowę, nie zamierzałem się wycofywać.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)