• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[07/1957] The moon was full when they buried him | Aloysius, Prudence

[07/1957] The moon was full when they buried him | Aloysius, Prudence
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
Wczoraj, 15:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj, 15:13 przez Benjy Fenwick.)  
Wesele przeciągnęło się znacznie dłużej, niż początkowo zakładałem, chociaż trudno było mi uznać to za szczególnie niefortunny ogród spraw czy też za powód do narzekań, skoro nie miałem najmniejszej ochoty wracać do domu zbyt wcześnie i przez większą część wieczoru bawiłem się całkiem nieźle - jedzenie było przyzwoite, nawet jeśli tort okazał się śmietankowo-truskawkowym gównem, głośna muzyka nie dawała zasnąć nawet najbardziej opornym gościom, zaś alkohol skutecznie przekonywał mnie, że niemal każda kolejna decyzja była równie dobra, co poprzednia - nie uważałem się za eksperta w dziedzinie libacji, ale liznąłem tematu wystarczająco, by wiedzieć, że następnego ranka będę prawdopodobnie żałował przynajmniej kilku kieliszków, których przecież nikt nie kazał mi wypijać, jednak w tym momencie czułem się naprawdę świetnie. Miałem naprawdę dobry humor, zmęczone nogi niosły mnie bez większych protestów, chociaż stroma, polna droga prowadząca w dół wzgórza wymagała ode mnie zachowania względnie prostej linii marszu, by nie zjechać na dupie po kamieniach, co przy obecnym stanie upojenia należało uznać za wyzwanie. Podjąłem je, rzecz jasna, bo ciemna, księżycowa noc zdążyła już na dobre rozgościć się nad okolicą, przykrywając dachy domostw ciemnością i pozostawiając na drodze jedynie mdłe plamy światła z rzadka rozmieszczonych latarni gazowych. Goście powoli się rozchodzili, zaś Prue musiała dostać się do Londynu, co oznaczało konieczność dotarcia do Little Hangleton i dalszego transferu. Oczywiście nie zamierzałem pozwolić jej wracać samej o tak późnej porze, chociaż gdybym powiedział to na głos, zapewne natychmiast usłyszałbym, że nie potrzebowała niańki, więc zachowywałem tę myśl dla siebie, zadowalając się własnym towarzystwem i perspektywą wezwania Błędnego Rycerza, kiedy już dotrzemy do miasteczka. Uznałem za całkowicie logiczne, że odprowadzę ją osobiście pod drzwi Bletchleyów i dopiero wtedy udam się do własnego domu, szczególnie że udawało nam się utrzymywać całkiem przyjemnie przebiegający rozejm, którego nie zamierzałem pochopnie wystawiać na próbę, choć oczywiście nie mogłem wykluczyć, że prędzej czy później powiem coś wyjątkowo głupiego i wszystko szlag trafi. Chwilowo odnosiłem wrażenie, że należało mi się co najmniej kilka punktów za okazaną rycerskość, które całkiem zgrabnie rekompensowały mi część przewinień, nawet jeśli moja aktualna forma nie pozwalała na szczególnie imponujące demonstracje tej nagle odkrytej cechy charakteru.
Na razie w miarę prostym krokiem szedłem przed siebie z rękami wciśniętymi w kieszenie spodni, pogwizdując pod nosem melodię, którą zapamiętałem z parkietu, czując się całkiem dobrze z większością wyborów podjętych tego wieczoru.
- Wiesz, że podobno nie powinno się tutaj chodzić po zmroku? - Uśmiechnąłem się pod nosem, poprawiając kołnierz, po czym zerknąłem na żelazną bramę i dalszą trasę prowadzącą przez stary cmentarz - w gruncie rzeczy byłem nawet zadowolony, bo taki skrót wydawał mi się znacznie ciekawszy niż dreptanie wzdłuż pustej drogi, poza tym miałem w zanadrzu historię, którą od dawna powtarzano w okolicy - ruszyłem wzdłuż kamiennego ogrodzenia, za którym majaczyły krzywe nagrobki oraz stare drzewa o gałęziach poskręcanych przez wiatr, aby dostać się do wejścia. Ten sposób dojścia do miasteczka wydawał się całkiem logiczny i wygodny, bo znacząco skracał mile przemarszu, przynajmniej, dopóki nie uwzględniło się pomników rzucających długie cienie, księżyca w pełni, mgły oraz samej pory, w której nawet najbardziej zwyczajny krzak mógł wzbudzić dreszcze - mnie jednak perspektywa kluczenia między grobami raczej bawiła, niż niepokoiła, więc ruszyłem naprzód, wysuwając brodę i przyglądając się kamiennym płytom w odległej części nekropolii. Podobno pewnej listopadowej nocy przepadł tam bez śladu grabarz, który dorabiał sobie jako nocny stróż, pozostawiając po sobie jedynie płonącą latarnię oraz grób rozkopany do połowy, jak gdyby przerwał pracę w samym środku czegoś, czego nie powinien był nigdy zaczynać - jedni twierdzili, że uciekł z kochanką, korzystając z ciemności, by raz na zawsze porzucić dotychczasowe życie, inni zarzekali się, że widzieli tej nocy blade sylwetki przesuwające się między nagrobkami, które zabrały go ze sobą, nim zdążył podnieść alarm - z czasem historia obrosła w kolejne szczegóły, przekazywana przez starszych młodszym przy ogniskach oraz weryfikowana podczas nocnych wypraw podjętych w ramach wyzwań rzucanych krnąbrnym nastolatkom. Miejscowi wiekowi czarodzieje nie potrzebowali jednak zresztą podobnych doświadczeń, by trzymać się z dala od północnej części cmentarza, gdzie pośród omszałych płyt stał przekrzywiony nagrobek pozbawiony nazwiska, dat oraz jakiegokolwiek znaku pozwalającego ustalić, kto spoczywał pod ziemią - podobno próbowano go niegdyś wyprostować, lecz kamień za każdym razem wracał do poprzedniego położenia, zaś wszelkie próby naznaczenia go zaklęciem kończyły się fiaskiem, jak gdyby sama esencja magii odmawiała pozostawienia na nim choćby najdrobniejszego śladu. Wystarczyło wspomnieć o zaginionym stróżu, by nawet najodważniejsi zaczynali oglądać się przez ramię, mnie również akurat ta opowieść napełniała niepokojem, lecz nie trzymała z daleka od cmentarza - tym bardziej, że nie zamierzaliśmy zapuszczać się w tamte rejony - w końcu obiecałem odprowadzić moją narzeczoną praktycznie pod same drzwi rodzinnego szeregowca, więc zamierzałem doprowadzić sprawę do końca, nawet jeśli po drodze mielibyśmy spotkać całe zastępy nieboszczyków.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
11 godzin(y) temu ✶  

Rozejm trwał dłużej niż mogłaby się spodziewać, jednak aktualnie o tym nie myślała. Była zbyt zmęczona, aby się tym przejmować, nie zastanawiała się też nad tym, kiedy to chwilowe porozumienie się rozsypie, póki co było całkiem fajnie, więc po co było to psuć? To jeden wieczór, jedna noc - nie wątpiła, że wszystko wróci do normy całkiem szybko. Zmęczenie, które towarzyszyło jej w momencie w którym opuścili przyjęcie było tym przyjemnym, tak właściwie to nie pamiętała kiedy ostatnio, aż tyle się ruszała, nogi bolały ją od tańca, ale szło jej się całkiem dobrze, pomimo tego, że na stopach miała swoje pantofelki, które raczej nie były przystosowywane do pokonywania takich nawierzchni.

Nie pytała dlaczego idzie z nią, miała świadomość tego, że mieszkał w okolicy, raczej zakładała, że w miasteczku każde z nich ruszy w swoją stronę i to będzie na tyle, zapewne potraktują ten dzień jakby wcale nie istniał. Dobrze jednak było zobaczyć, że nadal potrafią zachowywać się przy sobie w ten sposób. Nie miała pojęcia dlaczego tak łatwo przyszła im ta zmiana nastawienie, jakby ktoś po prostu przełączył jakiś tryb i znaleźli się w innej rzeczywistości, w której potrafili znieść swoje towarzystwo, ale nie tylko, bo też dobrze się ze sobą bawić. Odnaleźli się w tym wyjątkowo.

Znaleźli się przed żelazną bramą, w którą Prue wpatrywała się dłuższą chwilę. - Jak rozumiem, skoro mówi się, że nie powinno się tędy chodzić po zmroku, to będzie właśnie nasza droga? - Nie znała okolicy jakoś szczególnie. Czasem bywała w miasteczku z babcią, to by było na tyle, nawet nie w miasteczku, a w okolicznych lasach, gdzie Ellie uczyła ją nieco na temat ich umiejętności.

Za bramą znajdował się cmentarz, uśmiechnęła się do siebie kiedy go zobaczyła. Być może nawet tego nie wiedział, ale Prudence uwielbiała takie miejsca, o tej porze były najpiękniejsze. Panowała w nich grobowa cisza, wokół nie kręcili się ludzie, czy mogłoby być coś lepszego? Jej zdaniem nie. Rookwood nie miał świadomości jaką przyjemność jej sprawił tym, że wybrał właśnie tę drogę, zresztą spodziewała się, że podjął taką, a nie inną decyzję z jakiegoś konkretnego powodu. Być może był to skrót, może chciał ją wystraszyć? Tego nie potrafiła jeszcze stwierdzić. Uniosła jeszcze głowę nad siebie, aby spojrzeć na księżyc, to jego światło miało ich prowadzić, nie martwiło jej to jakoś specjalnie.

Jej tymczasowy narzeczony ruszył pierwszy, a więc szła za nim. Uważała na to, gdzie stawiała kroki, głupio by było, gdyby wdepnęła w czyjś grób. Ciemność nie ułatwiała poruszania się, ale i tak szło jej to całkiem nieźle. Liście drzew szeleściły na wietrze, co jakiś czas było słychać ptaki które latały gdzieś nad nimi, a może były to nietoperze, trudno jej było stwierdzić. Atmosfera była iście grobowa, ale przecież byli na cmentarzu, nie mogło być inaczej. Nie wydawała się być jednak póki co jakoś zmartwiona tym, którędy mieli iść, wręcz przeciwnie - humor nadal jej dopisywał.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
9 godzin(y) temu ✶  
Nie musiałem szczególnie długo czekać na potwierdzenie, że Prudence nie zamierzała protestować przeciwko obranej przeze mnie trasie, co przyjąłem z zadowoleniem, chociaż nie mogłem jeszcze stwierdzić, czy wynikało to z jej dobrego humoru, zmęczenia, czy też ze zwyczajnej nieświadomości, że właśnie prowadziłem ją w miejsce, o którym niektórzy mieszkańcy Little Hangleton woleli nie rozmawiać po zapadnięciu zmroku. Właściwie, gdybym miał być zupełnie uczciwy, sam nie wiedziałem, na co liczyłem, wspominając o zakazie nocnych spacerów po cmentarzu, ponieważ gdzieś na dnie mojego umysłu, pomiędzy resztkami przyzwoitości a efektami bliższych spotkań pierwszego stopnia z kieliszkami alkoholu, tkwiło przekonanie, że powinienem był zachować się jak należy i wybrać zwyczajną drogę, pozbawioną starych nagrobków, lokalnych legend oraz potencjalnych okazji do przekonania się, czy opowieści powtarzane przez okolicznych czarodziejów miały w sobie choćby ziarnko prawdy. Z drugiej strony, skoro już znaleźliśmy się przy żelaznej bramie, a Prue nie wykazywała najmniejszej ochoty, by zawrócić i poszukać „bezpieczniejszego przejścia”, trudno było oczekiwać, że nagle porzucę pomysł, który wydawał mi się coraz ciekawszy, szczególnie że słodka wódeczka wypita tuż przed opuszczeniem sali weselnej wciąż trzymała mnie w swoich objęciach, nogi niosły mnie całkiem sprawnie, toteż świat, mimo pewnych trudności z zachowaniem idealnie prostej perspektywy, wyglądał na tyle przyjaźnie, że nawet wizja spotkania z nieboszczykiem nie wydawała mi się dostatecznie przekonującym powodem do zmiany planów. Oczywiście, gdyby wspomniany truposz postanowił przywitać się ze mną osobiście, prawdopodobnie miałbym na ten temat nieco odmienne zdanie, ale podobne zastrzeżenia mogłem rozważyć w chwili, kiedy rzeczywiście pojawiłby się ktoś zainteresowany zakłóceniem nam drogi, zamiast zawczasu psuć sobie nastrój problemami, które mogły nigdy nie nastąpić.
- Właśnie tak, panno Bletchley. - Odpowiedziałem, tym razem bez ironicznej nuty przy wypowiadaniu nazwiska, odwracając głowę w stronę Prue i posyłając jej uśmiech, który w moim własnym przekonaniu prezentował się całkiem niewinnie, chociaż miałem niejasne podejrzenie, że w obecnych okolicznościach niewinność była jedną z tych cech, których nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien mi przypisywać bez uprzedniego sprawdzenia stanu zawartości butelek na weselnym stole. Nie zamierzałem zresztą wyprowadzać jej z błędu, jeśli w ogóle jakikolwiek błąd popełniła, zakładając, że miałem ku temu konkretny powód, ponieważ w mojej opinii skrót stanowił wystarczająco praktyczny argument, zaś możliwość doznania odrobiny rozrywki była jedynie przyjemnym dodatkiem, którego nie należało lekceważyć. Nie byłem pewien, czy w moim głosie zabrzmiał dostatecznie wyraźny brak złych intencji, ale uznałem, że moja towarzyszka potrafiła rozpoznać je bez większego wysiłku, zwłaszcza po tylu latach znajomości, podczas których zdążyła się przekonać, że kiedy przychodziło do podejmowania decyzji, moje rozumowanie nierzadko opierało się na przesłankach, które dla postronnego obserwatora mogły wydawać się co najmniej wątpliwe.
Nie zmieniało to jednak faktu, że w tej chwili czułem się w jej towarzystwie wyjątkowo swobodnie, nawet jeśli ta swoboda była czymś, czego nie zamierzałem analizować nazbyt dokładnie, dopóki nie pojawił się ku temu wyraźny powód. Przez większą część ostatnich lat każde nasze spotkanie przypominało stąpanie po podłodze, pod którą ktoś rozmieścił wystarczająco dużo pułapek, aby nawet najprostsza przeprawa mogła zakończyć się katastrofą, dlatego możliwość przejścia kilku mil bez konieczności odpierania słownych ataków albo zastanawiania się, czy przypadkiem nie powiedziałem czegoś, co za godzinę wróci do mnie w postaci wyjątkowo celnej riposty, wydawała mi się luksusem, do którego nie zamierzałem przyzwyczajać się zbyt szybko. Być może właśnie dlatego nie przyszło mi do głowy, że Prudence mogła mieć własne powody, by z przyjemnością przyjąć tę trasę, ponieważ całą uwagę skupiłem na braku protestu z jej strony, traktując go jako jeszcze jeden drobny sukces wieczoru, który zamierzałem zapamiętać z większą sympatią, niż pierwotnie zakładałem.
- Gotowa? - Uniosłem lekko brwi, zerkając na nią z nieznacznym uśmieszkiem, po czym oparłem dłoń na chłodnym pręcie bramy i pchnąłem zawiasy ostrożnie, czekając, aż ustąpią z przeciągłym jękiem metalu, który w ciszy nocnej zabrzmiał dostatecznie donośnie, bym mimowolnie spojrzał w głąb cmentarza, jak gdyby ktoś miał nam natychmiast odpowiedzieć. Wszedłem pierwszy, stawiając ciężki but na nierównej ziemi, po czym obejrzałem się przez ramię, upewniając się, że podążała za mną, ponieważ nawet w stanie lekkiego upojenia alkoholowego zachowałem wystarczająco dużo szeroko pojętej odpowiedzialności, by nie zostawiać jej samej przy bramie tylko dlatego, że postanowiłem odegrać rolę przewodnika po okolicznych osobliwościach.
Cmentarz okazał się jeszcze bardziej rozległy, niż pamiętałem z poprzednich wizyt, chociaż nie potrafiłem tak naprawdę powiedzieć, kiedy ostatnio rzeczywiście tędy przechodziłem, ani nawet czy kiedykolwiek zapuszczałem się w jego głąb dalej niż wymagała tego zwyczajna ciekawość. Za dnia miejsce to musiało wyglądać zupełnie inaczej, zapewne znacznie mniej złowieszczo, z wyraźnymi ścieżkami, widocznymi inskrypcjami, przetartymi ławeczkami oraz nagrobkami, które nie przypominały - tak jak teraz - pochylonych sylwetek obserwujących każdy nasz krok, jednak noc skutecznie odbierała im wszystkie cechy pozwalające uznać je za zwyczajne elementy krajobrazu. Księżyc oświetlał jedynie górne krawędzie kamieni, pozostawiając ich podstawy w ciemności, tylko gdzieniegdzie paliły się znicze, zaś stare drzewa rzucały na ziemię długie, poszarpane cienie, które zmieniały kształt przy każdym mocniejszym podmuchu wiatru.
- Powinienem chyba uprzedzić cię o jednej rzeczy. - Odezwałem się po chwili, zwalniając kroku, gdy ścieżka zaczęła skręcać między rzędami starych grobów, a trawa porastająca jej brzegi sięgnęła mi niemal do kostek.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
8 godzin(y) temu ✶  

Prudence nie wiedziała jaką reputacją cieszyło się miejsce przez które mieli iść. Czy gdyby zdawała sobie sprawę z tego, czego nie wiedziała to wyraziłaby dezaprobatę wobec tego pomysłu? Kto wie. Była nieco podchmielona, miała dobry humor, a wtedy wcale nie była tą dziewczyną znaną ze szkolnych korytarzy. Bletchley lubiła dziwne miejsca, straszne historie, być może więc wręcz przeciwnie, nadal chciałaby tu wejść po to, żeby sprawdzić, czy w ogóle było o czym mówić. W końcu prawdziwa z niej naukowczyni, a jak wiadomo nie ma lepszego sposobu na dociekanie prawdy niż poprzez własne doświadczenia.

Tak się składało jednak, że nikt wcześniej nie opowiadał jej nic o lokalnym cmentarzu, nie wiedziała, że tu podobno straszy, że miejsce ma swoją wyjątkową historię, a że naprawdę lubiła przechadzać się między grobami to uznała pomysł Rookwooda za doskonały. Nawet nie wiedział, że uczyni tę noc jeszcze fajniejszą, może to i dobrze - na pewno nie chciałaby, aby się dowiedział jak wiele frajdy jej to wszystko sprawiło. Uśmiechnęła się sama do siebie, kiedy to sobie uświadomiła.

Nie doszukiwała się ironii w tym, jak się do niej odezwał. W jego przypadku dało się wyczuć różnicę, kiedy mówił o kimś lekceważąco i to nie był ten ton. Zabrzmiał zupełnie normalnie. W sumie dużo o nim wiedziała, potrafiła dostrzec drobne różnice w jego zachowaniu, których pewnie niewielu zauważało. Spędzali przecież ze sobą dużo czasu, nie powinno jej to wcale dziwić, czyż nie?

- Zero zaskoczenia. - Odpowiedziała jeszcze, bo przecież to była chyba najbardziej oczywista rzecz na świecie. Ktoś mówił, że nie powinno się gdzieś wchodzić, a Aloysius tylko czekał, aż się odwróci, aby postawić tam swoją stopę. W tym przypadku miała zostać jego partnerką w zbrodni, w sumie to była nią już od kilku godzin i nie czuła się wcale najgorzej w tej roli. Tak właściwie to dostrzegła, że nadal potrafią ze sobą współpracować kiedy wymagała od nich tego sytuacja, być może wręcz tak dobrze się ze sobą bawili, że zapomnieli o tym, że powinni się nie lubić. Czekać na swoje potknięcia, ostrzyć noże, wbijać szpile… to nie był ten dzień.

Odwzajemniła jego uśmiech, naprawdę była zadowolona z tego, że mieli złamać jakieś zasady. Oby jej tego później nie wypominał… ale znajdowali się przecież poza murami szkoły, to było codzienne życie, a też nie sądziła, aby istniał jakiś oficjalny regulamin, raczej było to coś na zasadzie gadania ludzi.

- Zawsze. - Odpowiedziała na jego pytanie. Tak naprawdę to nie mogła się doczekać, aż wejdą na teren cmentarza. Takie miejsca miały swój wyjątkowy klimat, swoją energię, którą bardzo lubiła się otaczać. Musiała tylko pilnować się, aby niczego nie dotknąć. Nie mogła sobie teraz pozwolić na to, aby zatracać się w czyichś wspomnieniach. Jeszcze nie do końca panowała nad swoim darem, Ellie poświęciła jej ostatnio naprawdę dużo czasu, ale jeszcze nie czuła się do końca pewnie. Miała świadomość, że mogłaby tu trafić na interesujące przedmioty, ale niekoniecznie chciała zagłębiać się w ich historie w towarzystwie Rookwooda, wolała, aby nie wiedział o jej umiejętności, tak właściwie to było raczej trzymane w tajemnicy, bo i bez tego Prue była uznawana za nieco nietypową, no, żeby nie mówić dziwną.

Ostrożnie podążała za Aloysiusem, starała się niczego nie dotykać, żałowała, że nie miała kieszeni w które mogłaby schować swoje dłonie. Nie mogła jednak odpuścić sobie chociaż krótkiego rozejrzenia się po okolicy - cmentarz był wielki, nocą w tym księżycowym świetle zrobił na niej naprawdę ogromne wrażenie.

Przystanęła na krótką chwilę, gdy wspomniał o tym, że powinien ją o czymś uprzedzić, trwało to moment, potem znowu ruszyła za nim. Czyli jednak był jakiś haczyk? Coś przegapiła? O czymś nie wiedziała? Mogła się tego spodziewać, po nim mogła spodziewać się przecież wszystkiego. - O czym powinieneś mnie uprzedzić? - Zapytała wprost, bo skoro już zaczął temat, to wypadało, aby go zakończył.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
8 godzin(y) temu ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 8 godzin(y) temu przez Benjy Fenwick.)  
Przez chwilę rozważałem, czy nie powinienem był pozostawić jej w niepewności nieco dłużej, ponieważ perspektywa obserwowania Prudence próbującej odgadnąć, co też mogłem mieć na myśli, wydawała mi się całkiem przyjemnym sposobem na urozmaicenie spaceru, szczególnie że przez ostatnie kilka godzin wyjątkowo dobrze wychodziło nam wspólne podejmowanie decyzji, których żadne z nas nie uznałoby w żadnych innych okolicznościach, nie zamierzałem jednak przesadzać, bo chociaż alkohol skutecznie rozluźnił mi język i przekonał mnie, że niemal każda myśl zasługiwała na wypowiedzenie na głos, wciąż zachowywałem wystarczająco dużo przytomności, by pamiętać, że Prue nie należała do osób, które cierpliwie znosiły cudze gierki, jeśli nie widziały w nich żadnego sensownego celu. Poza tym sam zacząłem temat, więc wypadało doprowadzić go do końca, zamiast zachowywać się jak jeden z tych kretynów, którzy rzucali tajemniczą uwagę, po czym odmawiali wyjaśnień, oczekując, że reszta towarzystwa będzie przez następne pół godziny zastanawiać się nad ich głęboko przemyślanymi słowami - nie miałem aż tak wygórowanego mniemania o własnej błyskotliwości, zresztą, nawet gdybym je miał, ciemny i pusty cmentarz nie wydawał się odpowiednim miejscem do wygłaszania skomplikowanych zagadek, szczególnie że wciąż musiałem pilnować drogi oraz tego, by nie potknąć się o wystający korzeń lub o własne nogi i nie zakończyć wieczoru w pozycji, która z pewnością dostarczyłaby Prudence materiału na najbliższe kilka miesięcy.
- O tym, że mieszkańcy mają dość osobliwe podejście do nocnych spacerów po tym konkretnym kawałku ziemi. - Wyjaśniłem, odwracając się w jej stronę, po czym zwolniłem kroku, żeby nie musiała nadmiernie się spieszyć. - Nie chodzi o żaden oficjalny zakaz, spokojnie, nie będziemy musieli składać zeznań przed radą miejską ani tłumaczyć się przed strażnikiem, dlaczego o tej porze uznaliśmy cmentarz za doskonałe miejsce na przechadzkę. Po prostu krążą tu różne historie. - Wskazałem ręką na odległe rzędy najstarszych nagrobków majaczące w oddali, które ciągnęły się po obu stronach wąskiej ścieżki, pozwoliwszy sobie na krótki uśmiech, ponieważ w świetle księżyca nawet najbardziej zwyczajny pomnik nabierał wyglądu czegoś, co mogło skrywać wyjątkowo nieprzyjemną tajemnicę, natomiast tamta część cmentarza mogła sprawiać upiorne wrażenie nawet w jasnym świetle słońca. - Jest pewna opowieść o grabarzu, który zniknął podczas nocnej zmiany, pozostawiając po sobie płonącą latarnię i rozkopany grób. Jedni twierdzą, że uciekł z kochanką, inni, że zabrało go coś, co przyczaiło się między mauzoleami, nim zdążył się zorientować, że powinien był zostać w domu. Podobno od tamtej pory zdarzało się, że ludzie widywali w tej części cmentarza blade sylwetki, chociaż, jeśli mnie spytasz, nie spotkałem dotąd nikogo, kto potrafiłby opowiedzieć o tym bez dodawania przynajmniej trzech szczegółów, które wykluczały się wzajemnie. - Mówiłem lekko, swobodnie, niemal zdawkowo, z rozbawieniem właściwym komuś, kto opowiadał ciekawą historię podczas spaceru, nie zaś właśnie wprowadzał towarzyszkę w miejsce obdarzone reputacją wystarczająco ponurą, by lokalsi woleli wybierać dłuższą drogę. Nie zamierzałem zresztą udawać, że sam wierzyłem w każdą wersję legendy, ponieważ przez lata nauczyłem się, że opowieści przekazywane z ust do ust potrafiły obrastać w tyle dodatkowych warstw, iż w końcu trudno było odróżnić pierwotne wydarzenie od wyobraźni osoby, która postanowiła ubarwić je dla własnej przyjemności. Mimo to istniały miejsca, w których podobne historie nie dawały się tak łatwo zignorować, może chodziło o sam układ terenu, o stare drzewa, które rosły tu na długo przed narodzinami większości mieszkańców Little Hangleton, albo o fakt, że w północnej części nekropolii rzeczywiście znajdował się nagrobek, którego nikt nie potrafił doprowadzić do porządku, choć próbowano tego na różne sposoby.
Zerknąłem na nią kątem oka, próbując ocenić, czy moja opowieść zrobiła na niej jakiekolwiek wrażenie, ale światło księżyca nie ułatwiało odczytywania szczegółów, a nie zamierzałem zatrzymywać się tylko po to, by się o tym upewnić - wystarczało mi, że nasza rozmowa nadal toczyła się bez charakterystycznego napięcia, które w innych okolicznościach pojawiało się między nami przy każdej bardziej osobistej uwadze, zamiast więc drążyć temat, pozwoliłem sobie na jeszcze jeden uśmiech i skierowałem wzrok ku ścieżce, gdzie pomiędzy nagrobkami prześwitywał wąski pas jaśniejszej ziemi, zupełnie nie spodziewawszy się nagłego gwałtownego podmuchu wiatru, który…

Zabiera coś Prue i wywiewa z tym w długą?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak

Rzut Strony 1d4 - 4
Zachód


Jak nie jej, to mi?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak

Rzut Strony 1d4 - 2
Południe


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (2276), Prudence Fenwick (1103)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa