- Och, doprawdy? - Zapytałem, zatrzymując się przed nią po stosunkowo krótkim marszu, bo z łaski swojej tym razem postanowiła zostać w miejscu, kiedy ją o to poprosiłem, chociaż jej odpowiedź wcale nie sprawiła, że poczułem się zajebiście z odzyskaniem towarzystwa. Wciąż miałem ochotę złapać ją za ramiona i warczeć na nią tak długo, aż wreszcie dotarłoby do niej, jak idiotycznie zachowała się przed kilkoma minutami - oczywiście nie zamierzałem tego robić, nawet jeśli wyobrażenie sobie podobnej sceny przyniosło mi pewną, dość prymitywną satysfakcję, ponieważ wystarczająco dużo rzeczy poszło już tej nocy nie tak, żebym dokładał do nich jeszcze rękoczyny, zwłaszcza na dużo drobniejszej ode mnie dziewczynie - znalazła się przede mną cała, mówiła, poruszała się samodzielnie i najwyraźniej nie doznała żadnych obrażeń podczas swojej akcji, więc pod tym względem mogłem odetchnąć z ulgą, uznać sprawę za zakończoną i wrócić do poprzedniego zajęcia, czyli odprowadzania Bletchley do domu. Problem polegał na tym, że im dłużej patrzyłem jej w oczy i słuchałem tego, co miała mi do powiedzenia, tym wyraźniej docierało do mnie, że naprawdę nie rozumiała, dlaczego się zdenerwowałem - no, albo może raczej pojmowała to na tyle powierzchownie, by uznać moje zachowanie za kolejną niepotrzebną demonstrację „trudnego” charakteru, kiedy więc oznajmiła, że nie postradała rozumu, zacisnąłem zęby tak mocno, że przez moment zabolała mnie szczęka - przecież wcale nie chodziło mi o to, czy rzeczywiście była przy zdrowych zmysłach. Nie uważałem jej za głupią, bo gdybym ją za taką miał, prawdopodobnie nie spędzałbym z nią tyle czasu, co prawda poniekąd pod przymusem ze strony losu, a już na pewno nie wdawałbym się w te wszystkie zacięte dyskusje, które potrafiły ciągnąć się godzinami i doprowadzać mnie do stanu, w którym jedno zdanie wystarczało, żeby poprawić mi humor albo zepsuć go na resztę dnia. Wiedziałem, że potrafiła myśleć, wiedziałem, że umiała przewidywać konsekwencje własnych decyzji, ale mimo to pobiegła w ciemność, nie oglądając się za siebie, jak gdyby wszystko, co mówiłem jej wcześniej o tym miejscu, było jedynie błahą anegdotą służącą urozmaiceniu spaceru z dreszczykiem. Było - jasne - lecz to nie duchy mogły coś nam zrobić, wystarczyło zwykłe, prozaicznie durne ukształtowanie terenu, o czym przecież raczej oboje zdążyliśmy się przekonać.
- Wspaniale. W takim razie gratuluję, że zachowałaś wszystkie klepki na miejscu. Naprawdę jestem pod wrażeniem. - Mówiłem coraz szybciej, czując, że te same słowa, które próbowałem zatrzymać w sobie od chwili, kiedy straciłem ją z oczu, wreszcie znalazły ujście. - Czy możemy teraz porozmawiać o tym, dlaczego postanowiłaś wykorzystać je wszystkie do podjęcia jednej chujowej decyzji? - Wyrwało mi się, zanim zdążyłem pomyśleć, czy rzeczywiście chciałem powiedzieć to w ten sposób, bo słysząc jej uwagę o tym, że nie miałaby nic przeciwko temu, żebym poszedł do domu, poczułem, jak coś nieprzyjemnie zaciska mi się w żołądku. Nie spodziewałem się, że była w stanie pomyśleć coś takiego, chociaż właściwie nie powinno było mnie to zaskakiwać, skoro Prudence od dawna uważała mnie za egoistę i miała przy tym wybitny talent do znajdowania najbardziej drażniących odpowiedzi na pytania, których wcale nie zadawałem.
Zabolało, okej?
Przez cały wieczór instynktownie starałem się pokazać jej, że potrafiliśmy spędzać ze sobą czas bez wzajemnego zatruwania sobie życia, że mogłem odprowadzić ją do domu, nie robiąc z tego wielkiego poświęcenia, i że nie musieliśmy przy każdej okazji przypominać sobie o wszystkim, co poszło między nami źle, tymczasem wystarczyło jedno zdanie, bym mógł znów poczuć się tak, jakbym musiał udowadniać jej, że nie byłem zupełnie obojętny na to, co się z nią działo. A przecież nie powinienem musieć niczego udowadniać… „Ba! Niczego nie musiałem!” Nie byliśmy nawet prawdziwym narzeczeństwem, choćby takim toksycznie niedobranym, chociaż od kilku godzin odgrywaliśmy tę rolę całkiem przekonująco - nie miałem żadnego formalnego obowiązku biegać za nią po cmentarzu, szukać jej między grobami i martwić się, czy zrobiła sobie krzywdę, mogłem zostawić ją przy bramie, wrócić do domu i pozwolić jej radzić sobie samej, tyle że nie zrobiłem tego, bo kiedy zniknęła, nie potrafiłem tak po prostu odwrócić się na pięcie i odejść - ta świadomość doprowadzała mnie do szału równie mocno, co jej podejście. Oczywiście, że nie miałaby nic przeciwko temu, bym odszedł, nie potrzebowała niańki, nie potrzebowała nikogo, kto przejmowałby się tym, czy wróciła bezpiecznie do domu, a już szczególnie nie potrzebowała mojego towarzystwa, oczepiny minęły, farsa dobiegła końca.
- Ach, tak? - Zapytałem cicho, wpatrując się w nią z niedowierzaniem, nim znowu odruchowo wszedłem we wcześniejsze tony. - Czyli najlepiej byłoby, gdybym sobie poszedł, bo przecież jesteś dużą dziewczynką i doskonale poradzisz sobie sama. Wybacz, że przez chwilę zapomniałem, że mam do czynienia z Prudence Bletchley, która nie potrzebuje niczyjej pomocy, niczyjego towarzystwa i najchętniej udowodniłaby całemu światu, że potrafi przejść przez piekło na bosaka, byle tylko nikt nie pomyślał, że mogłaby sobie nie poradzić. - Zaśmiałem się krótko, prychnąwszy bez cienia rozbawienia. - Nie pytałem, czy chcesz być moim problemem, Prudence. Jesteś nim, czy sobie tego życzysz, czy nie. Nie twierdzę, że nie potrafisz łazić po cmentarzu, nie twierdzę też, że musisz trzymać mnie za rękę przy każdym kroku, ale kiedy ktoś woła cię po imieniu, bo właśnie zniknęłaś mu z oczu w środku jebanej nocy, to może wypadałoby przynajmniej sprawdzić, dlaczego tak się drze, zamiast udowadniać całemu światu, że nikt nie ma prawa mówić ci, co masz robić! - Przez moment naprawdę miałem ochotę zapytać Merlina, czy zrobiłem komuś coś wyjątkowo podłego w poprzednim życiu, że musiałem spędzać noc na cmentarzu, uganiając się za dziewczyną, która najwyraźniej uznała, że najlepszym sposobem na zakończenie całkiem udanego wesela będzie doprowadzenie mnie do stanu, w którym sam zacznę rozważać możliwość zakopania się w jednym z tutejszych grobów, byle tylko nie musieć już słuchać jej pierdolenia.
- Chcesz wiedzieć, jakie to uczucie? - Głos zadrżał mi nieznacznie, co doprowadziło mnie do jeszcze większej irytacji, ponieważ nie miałem zamiaru pozwolić, by usłyszała w nim cokolwiek poza gniewem. Parsknąłem nozdrzami, próbując ustalić, czy rzeczywiście nie pojmowała, co chciałem jej przekazać, czy też po prostu nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że ktoś mógł się o nią martwić, nie oczekując w zamian żadnej szczególnej wdzięczności - w obu przypadkach miałem problem, ponieważ nie byłem przygotowany na prowadzenie podobnej rozmowy w środku nocy, na cmentarzu, po mocno zakrapianym świętowaniu czyjejś unii, z którego wracałem w całkiem dobrym nastroju, przynajmniej dopóki moja tymczasowa narzeczona nie postanowiła urządzić sobie wyścigów z wiatrem - nie byłem też pewien, jak miałbym jej wyjaśnić coś, czego sam nie zamierzałem nazywać, bo znacznie łatwiej przychodziło mi okazywanie troski przez działanie niż opowiadanie o niej, zwłaszcza komuś, z kim jeszcze niedawno potrafiłem pokłócić się o najdrobniejszą rzecz.
- To proszę bardzo. Jest do dupy. Zadowolona? Nie ma w tym nic przyjemnego, kiedy ktoś znika ci z oczu w miejscu, którego znasz wystarczająco dobrze, żeby nie mieć pewności, że nic mu się nie stanie. - Nie powinienem był mówić tego ostatniego zdania, ponieważ brzmiało zbyt szczerze, a szczerość była w naszej relacji rzeczą wyjątkowo niebezpieczną, ale skoro już mnie o to poprosiła, uznałem, że zasłużyła na odpowiedź, nawet jeśli niekoniecznie taką, jakiej się spodziewała. - I zanim zaczniesz mi tłumaczyć, że wcale nie muszę się tobą przejmować, oszczędź sobie wysiłku, bo doskonale wiem, że nie muszę. Nikt nie kazał mi za tobą biec. Nikt nie kazał mi cię szukać. Mogłem wrócić do bramy i sobie iść, zgodnie z życzeniem. Ale nie zrobiłem tego, prawda? - Przesunąłem dłonią po włosach, odwracając się na moment, miałem ochotę kopnąć najbliższy nagrobek, co byłoby wyjątkowo głupim i infantylnym sposobem na rozładowanie emocji, ale w tej chwili nie przychodziło mi do głowy nic lepszego, bo kiedy zasugerowała, że mógłbym po prostu odejść, poczułem się tak, jakby właśnie zlekceważyła wszystko, co robiłem przez ostatnie kilka godzin, cały mój bieg przez ciemne alejki, wołanie jej po imieniu, to cholerne uczucie, które pojawiało się za każdym razem, gdy docierałem do kolejnego miejsca i jej tam nie było - zupełnie tak, jakby nic z tego nie miało znaczenia, ponieważ przecież poradziła sobie sama, jakby fakt, że wróciła cała, automatycznie oznaczał, że nie było powodu do zmartwień - miałem ochotę zapytać, czy naprawdę była aż tak ślepa, czy może po prostu nie chciała dostrzec tego, co działo się tuż przed jej nosem, ale ugryzłem się w język, choć nie na tyle skutecznie, by powstrzymać kolejne słowa.
-Nie chciałaś mnie kłopotać? - Powtórzyłem, odwracając się z powrotem w jej stronę, bo chociaż usłyszałem „przepraszam”, nie oczekiwałem przeprosin - nie musiała odwzajemniać moich odczuć, nie musiała nagle zmieniać zdania na mój temat, nie musiała nawet lubić mojego towarzystwa, jeśli rzeczywiście nie miała na to ochoty, ale mogła przynajmniej przestać zachowywać się tak, jakbym był ostatnim chamem, który nie potrafił okazać zwyczajnej troski komuś, z kim spędził pół nocy. - Naprawdę, Prue? Jeszcze chwila i zacznę się zastanawiać, czy nie powinienem poprosić cię o kolejną definicję, tym razem pojęcia „odpowiedzialność zbiorowa”. Może wyjaśnisz mi, jak wygląda z twojej perspektywy, skoro najwyraźniej mamy zupełnie inne wyobrażenia na ten temat. - Wiedziałem, że przesadzałem z tonem, ale nie potrafiłem się powstrzymać, przez większość życia nauczyłem się reagować na rzeczy, które mnie irytowały, złośliwością, przekorą, gniewem albo zwyczajnym odwróceniem się na pięcie, zanim ktoś zdążył zauważyć, że cokolwiek mnie ruszyło, tylko teraz przecież nie mogłem tego zrobić. Z pewnością zdawała sobie sprawę z targających mną emocji, właśnie dlatego postanowiła mnie przeprosić, co nie zdarzało się zbyt często podczas naszych rozmów.
- Cóż, udało ci się osiągnąć dokładnie odwrotny skutek. - Potarłem dłonią czoło, próbując opanować nerwy, po czym spojrzałem na nią ponownie. - Przestań mówić, że nie chciałaś mnie kłopotać, jakby to była jakaś wielka łaska, którą mi wyświadczasz. Nie musisz mi niczego oszczędzać, Prue. Za kogo ty mnie masz, przecież bym ci pomógł. - Ostatnie zdanie zabrzmiało znacznie bardziej gorzko i ponuro, niż zamierzałem, ale nie potrafiłem już cofnąć wypowiedzianych słów. - Jeśli nie chcesz mojego towarzystwa, wystarczy powiedzieć. Nie musisz znikać w ciemności, żeby mi to udowodnić. Proszę bardzo, przeprosiny przyjęte, co teraz? - Wskazałem ręką ciemną przestrzeń za jej plecami, jasno sugerując, że mogliśmy się rozstać, jeśli właśnie tego chciała, ale już w chwili, gdy wypowiadałem te słowa, dotarło do mnie, że wcale nie chciałem, żeby potraktowała je poważnie - to było w tym wszystkim najgorsze - mogłem powiedzieć, że nie zamierzałem już za nią biegać, że sama wpędziła się w kłopoty i sama powinna z nich wyjść, ale gdyby rzeczywiście odwróciła się na pięcie i pomarszerowałaby w ciemność, prawdopodobnie ruszyłbym za nią po kilku sekundach, przeklinając pod nosem i zastanawiając się, w którym momencie mojego życia tak skutecznie straciłem zdolność do podejmowania najłatwiejszych możliwych decyzji, gdyż przecież dała mi coś do zrozumienia. Powiedziała wprost, czego się mogła po mnie spodziewać, co było dla niej logiczne, nie musiałem z tym walczyć, mogłem pójść we własną stronę, tylko… „Tylko tamto “Wish”, prawda? Kiedyś byliśmy przyjaciółmi, a przyjaciele nie powinni tak robić”, nie było chyba lepszych okoliczności, aby przypomnieć sobie o widmach przeszłości - przez moment miałem ochotę dodać, że nie zamierzałem zostawić jej samej w nieznanym miejscu, niezależnie od tego, jak bardzo by się przy tym upierała, ale ugryzłem się w język, ponieważ nie chciałem, żeby zabrzmiało to jak kolejna deklaracja, której nie potrafiłbym później wyjaśnić, zamiast tego wyciągnąłem różdżkę i skierowałem ją w stronę ścieżki, próbując odnaleźć drogę, którą przyszliśmy.
- No. - Zacisnąłem usta, kiedy zaproponowała, żebyśmy się stąd zbierali, po czym skinąłem głową, ponieważ wreszcie powiedziała coś, z czym mogłem się zgodzić bez konieczności wdawania się w kolejną dyskusję, miałem dość cmentarza, dość biegania, dość słuchania własnego głosu odbijającego się echem od grobów i dość tego, że nie potrafiłem przestać się nią przejmować, choć wolałbym, żeby było inaczej. Chciałem wrócić do domu, zmyć z siebie zapach sali weselnej i spaceru przez pola, położyć się do łóżka i zapomnieć o tej całej wyprawie, ale jednocześnie niestety chciałem też odprowadzić Prudence bezpiecznie pod drzwi domu Bletchleyów, ponieważ najwyraźniej nie potrafiłem zrezygnować z tego pomysłu nawet wtedy, kiedy miałem już serdecznie dosyć jej towarzystwa, było to absurdalne, ale nie zamierzałem się nad tym zastanawiać.
- Nie, Prudence, oczywiście, że nie zgubiliśmy się przez ciebie. To tylko nowa część cmentarza, której wcześniej nie widzieliśmy. - Odpowiedziałem odruchowo, z wyraźną irytacją, bo chciałem, żeby zabrzmiało to złośliwie, wciąż byłem na nią zły, ale nie potrafiłem już utrzymać w głosie tej samej ostrości, co wcześniej. Spojrzałem na Prue kątem oka, po czym natychmiast odwróciłem wzrok, bo nie chciałem, żeby zobaczyła, jak bardzo byłem zmęczony i jak bardzo miałem ochotę po prostu złapać ją za rękę, pociągając ją w stronę pierwszej ścieżki, która wyglądała chociaż trochę znajomo. Przez moment miałem bowiem wrażenie, że coś mi umykało, że widziałem już tę okolicę, ale nie potrafiłem przypomnieć sobie, w jakich okolicznościach, gdyż nadal łomotało mi serce po tym szaleńczym biegu, adrenalina też jeszcze mnie nie opuściła.
Chodziło o to, że przez chwilę naprawdę bałem się, iż coś jej się stało i nie wiedziałem, co miałbym zrobić, gdyby moje obawy okazały się uzasadnione, nie potrafiłem jednak wypowiedzieć tego wprost, bo brzmiałoby to zbyt szczerze, zbyt odsłaniająco, a ja nie byłem gotowy przyznać, że ta dziewczyna, z którą od miesięcy potrafiłem kłócić się o najmniejsze drobiazgi, miała nade mną większą władzę, niż kiedykolwiek chciałem jej dać. Zamiast tego odwróciłem wzrok, przesuwając snop światła z różdżki po ziemi, dopiero wtedy tak naprawdę zauważyłem, że ścieżka, na której staliśmy, prowadziła w stronę gęściej rozmieszczonych nagrobków. Nie bez powodu, bo byliśmy w starszej części nekropolii, drzewa po obu stronach rosły tak blisko siebie, że ich gałęzie niemal całkowicie zasłaniały księżyc - nie podobało mi się to - nie podobało mi się również, że nie potrafiłem od razu ustalić, w którą stronę powinniśmy pójść, chociaż jeszcze niedawno byłem przekonany, że znałem ten cmentarz wystarczająco dobrze, by bez problemu wyprowadzić nas na drugą stronę. Najwyraźniej moja pamięć topograficzna nie była tak niezawodna, jak lubiłem sobie wmawiać, szczególnie kiedy musiałem korzystać z niej w środku nocy, po alkoholu, w towarzystwie dziewczyny, która właśnie doprowadziła mnie do stanu, w którym miałem ochotę jednocześnie ją udusić i upewnić się, że nie zmarzła. To mnie ponownie wkurzyło, a jakże, więc sam się poprawiłem.
- Znaczy, do cholery, oczywiście, że zgubiliśmy się przez ciebie. Mieliśmy przejść ścieżką, dojść do miasteczka i wezwać Błędnego Rycerza, koniec, kropka. Ale nie, ty musiałaś pobiec w pizdu, więc ja pobiegłem za tobą, potem gdzieś skręciliśmy, potem jeszcze raz, chuj wie, ile razy, właściwie, nie liczyłem, więc teraz jesteśmy tutaj, na jakimś cmentarnym zadupiu, wszystkie groby wyglądają tak samo, drzewa wyglądają tak samo, więc tak, za cholerę nie wiem, skąd przyszliśmy. Nie wiem, Prudence. Zgubiliśmy się i jeśli koniecznie chcesz wiedzieć, to też uważam, że to przez ciebie. To twoja wina. Moja też, bo oczywiście musiałem za tobą polecieć, zamiast pozwolić ci ganiać za tym do rana, ale nie zmienia to faktu, że gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, już dawno bylibyśmy w miasteczku. - Wyrzuciłem z siebie, przy czym ostatnie zdanie zabrzmiało tak jadowicie, że nawet nie próbowałem udawać, iż chodziło mi o coś innego niż czystą złośliwość. - Zajebiście, co nie. - To mówiąc, energicznie ruszyłem przed siebie, oświetlając różdżką kolejne fragmenty ścieżki, starając się rozpoznać cokolwiek, co mogłoby naprowadzić mnie na właściwą drogę. Nie miałem zamiaru przyznawać się do tego, że zaczynałem czuć niepokój, ponieważ nie wiedziałem, jak daleko zaszliśmy ani czy przypadkiem nie znaleźliśmy się bliżej północnej części cmentarza, niż chciałbym być o tej porze, wiedziałem tylko, że musieliśmy iść dalej, trzymać się razem i nie pozwolić, żeby kolejne głupie decyzje pogorszyły sytuację - „więc, oczywiście, musiałem znowu otworzyć na nią gębę, co nie, bardzo logiczne, paniczu Rookwood” - zrobiłem krok naprzód, uważając, żeby nie nadepnąć na wystający korzeń i skierowałem różdżkę w stronę najbliższego nagrobka, za którym coś poruszyło się na tyle wyraźnie, że nie mogłem udawać, iż niczego nie zauważyłem. Nie wiedziałem, co tam było, nie wiedziałem nawet, czy rzeczywiście coś widziałem, czy zmęczenie i ciemność zaczynały płatać mi figle, wiedziałem natomiast, że potem, kiedy już dotrzemy do domu, zamierzałem powiedzieć jej wszystko, czego nie zdążyłem powiedzieć teraz, nawet jeśli miało to oznaczać kolejną kłótnię, bo nie wątpiłem, iż zmiana otoczenia miała ponownie wpłynąć na nasze nastroje.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)