• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[27.10.1972] A gentle grip of an apple tree | Prue, Benjy

[27.10.1972] A gentle grip of an apple tree | Prue, Benjy
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#1
19.10.2026, 19:43  ✶  

Jakimś cudem udało im się w końcu złożyć dary wotywne w odpowiedni sposób. Trwało to być może dłużej, niż zakładała ze względu na jej nieporadność, jednak misja zakończyła się sukcesem. Wspaniale, jedna rzecz z listy rzeczy do zrobienia została odhaczona. Nie, żeby był to spory sukces, bo było ich tam dużo, dużo więcej, a sabat zbliżał się wielkimi krokami. Wierzyła w ich siły i nie wątpiła w to, że uda im się zrealizować wszystkie zaplanowane rzeczy, potrafili być bardzo uparci, gdy im na czymś zależało, a w tym przypadku ona na pewno nie miała zamiaru odpuszczać.

Pogoda jednak nie zachęcała do powrotu do domu, wręcz przeciwnie. Było bardzo przyjemnie jak na jesienne popołudnie. Skoro znajdowali się w Dolinie Godryka mogli sobie pozwolić na to, aby zostać tu jeszcze dłużej. Atmosfera była naprawdę przyjemna, nigdzie się nie spieszyli - no, najwyżej będą musieli odrobinę nadrobić obowiązki, ale powinni sobie z tym poradzić bez większego problemu. Mogli więc pozwolić sobie na odrobinę odpoczynku.

Prudence wsunęła rękę pod ramię swojego męża. Wyszli już z terenów podmokłych, powoli zbliżali się do miasteczka. Mijali właśnie sad Abbottów, na drzewach można było jeszcze dostrzec jabłka, które prosiły się o to, aby ktoś je zerwał. Szkoda by było zmarnować taką szansę, te jabłka cieszyły się w końcu niesamowitą opinią. Pojawiła się krótka myśl, w zasadzie dlaczego by nie? Nic nie stało im przecież na drodze.

Przystanęła na moment, spojrzała na Benjy'ego, później na te dorodne jabłonie pełne owoców. - Myślisz, że jest szansa, że zauważą, jeśli zerwalibyśmy sobie po jednym, no może po dwa. - Owoce kusiły swoimi kolorami, były to naprawdę wyjątkowe jabłka. Wolała jednak upewnić się co do tego, co jej mąż myślał na temat drobnego szabru. Nie mieli przecież wynosić stąd całego drzewa pełnego owoców, ani całej skrzynki, tylko zerwać sobie jedno, może dwa na spróbowanie. Zazwyczaj to nie ona w tym duecie namawiała do łamania prawa, bo była przecież jego przedstawicielką, tym razem jednak to Prue uległa pokusie.

Nikogo nie było obok, właściwie wydawało jej się, że są tutaj zupełnie sami, nikt ich nie mijał kiedy spacerowali, być może pracownicy znajdowali się w innej części sadów, czy coś. To powodowało, że więcej było za niż przeciw tej drobnej kradzieży. Zresztą tylko by sobie je pożyczyli na wieczne nieoddanie. Nikt pewnie nawet nie zauważy braku kilku owoców. Abbottowie mieli ich przecież bardzo wiele. Nie sądziła, że jej mąż odmówi, w ich duecie to raczej on nie miał problemu z nagnaniem granic, pewnie znajdzie jakieś odpowiednie słowo pasujące do tego co mieliby zrobić, które będzie dalekie od kradzieży.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
20.10.2026, 21:49  ✶  
Opuściliśmy wreszcie mokradła, w których, mimo kilku drobnych komplikacji, udało nam się skutecznie utopić nasze dary wotywne, pozostawiając bogom ocenę, czy zasługiwały na przychylność, czy też należało uznać je za kolejny dowód naszej mizernej pobożności. Skoro zaś o spoglądaniu była już mowa, nie musiałem zbyt długo zastanawiać się nad tym, co lęgło się w głowie towarzyszącej mi kobiety, znałem bowiem doskonale ten wzrok i kolejne etapy namysłu, które zdradzał, zanim jeszcze zdążyła otworzyć usta - najpierw osiadał na czymś kuszącym, zatrzymując się tam na chwilę bez najmniejszego mrugnięcia, podczas gdy Prudence ważyła w myślach możliwe korzyści i straty, później nabierał skupienia, gdy próbowała znaleźć dla rodzącego się pomysłu choćby zalążki rozsądnego uzasadnienia, wreszcie zaś przenosił się na mnie, z niemym oczekiwaniem, że jako jej stały wspólnik w sprawach wątpliwych moralnie i ryzykownych pod względem prawnym pomogę jej przechylić szalę na korzyść decyzji, którą i tak zdążyła już podjąć, ale potrzebowała odpowiednio brzmiącego argumentu, byśmy mogli z czystszym sumieniem dopuścić się czegoś, czego przyzwoici obywatele zapewne powinni byli unikać.
Pytanie, czy ktokolwiek zauważy dwa skradzione owoce, skierowane właśnie do mnie, wydało mi się przy tym szczególnie zabawne, zważywszy na charakter mojej codziennej pracy i fakt, że przez lata zdążyłem nabrać wyjątkowo dużo doświadczenia w ocenianiu, co można było wynieść, kiedy należało to podprowadzić i jak istotne statystycznie były szanse, że ktokolwiek zorientuje się w skali strat, zanim zdążę znaleźć się wystarczająco daleko, by przestało mnie to obchodzić. Zabawniejsze było chyba tylko to, że zadała je moja własna żona, która teoretycznie doskonale wiedziała, kogo poślubiła i powinna była mieć przynajmniej mgliste pojęcie o możliwościach, jakie otwierały się przed kimś, kto zawodowo trudnił się przenoszeniem rozmaitych towarów z jednego miejsca w drugie, nie zawsze z wiedzą osób, do których towary te należały. Co prawda niewiele rozmawialiśmy do tej pory na ten temat, bo nie było ku temu okoliczności, ale miała przecież w domu całkiem przyzwoite źródło informacji na temat tego, jak wiele rzeczy potrafiło zmienić właściciela, położenie albo jedno i drugie, zanim ktokolwiek zorientował się, że w ogóle powinien zacząć ich szukać, o ile oczywiście nie przyszło mu do głowy, by spojrzeć we właściwym kierunku o właściwym czasie, bo wtedy zwykła akcja zyskiwała trochę ciekawszą oprawę.
Jabłonki wyglądały znakomicie, tego nie zamierzałem kwestionować - nie dało się przecież ukryć, iż mijane przez nas sady dorastały do przypisywanej im opinii, jeśli nie całkowicie ją już przerosły - owoce zwisające z drzew były dorodne i soczyste, idealnie czerwone, pozbawione wyraźnych skaz, których można byłoby się spodziewać po wrześniowych wydarzeniach w Dolinie, lecz w mojej ocenie stanowiły raczej całkiem łatwy kąsek, więc oczywiście, że mieliśmy temu podołać, nie sądziłem, by były to słynne „ostatnie słowa”, nawet jeśli w dalszym ciągu nie miałem pojęcia, w czym tkwił sekret rodziny Abbottów, co właściwie robili, że ich drzewa wydawały tak znakomite owoce, podczas gdy reszta okolicy zapewne miała wystarczająco dużo powodów do narzekań.
- Pluey, kochanie, pytasz mnie, czy zauwaszą zniknięcie dwóch jabłek? Stoisz obok nieukolonowanego specjalisty od znikania szeszy, któle ich właściciele balso chcieliby zachowaś. - Wyszczerzyłem zęby, jednocześnie doszedłszy do wniosku, że przy najbliższej sposobności warto było odbyć z nią kreatywną rozmowę na temat tego, jak właściwie wyobrażała sobie moje zawodowe i pozazawodowe osiągnięcia, i czy naprawdę zamierzała przez resztę naszego małżeństwa traktować mnie jak amatora, który mógł bezpiecznie przeprowadzić przez granicę co najwyżej torbę ze sprzętem i własną parę butów. Nie wykluczałem bowiem przy tym, że opowiedzenie jej o kilku detalach dotyczących mojej mniej oficjalnej działalności przyniosłoby mi pewne nieskrywane korzyści, chociażby pr-owe, co mogłoby być nieocenione po tej akcji w lesie, o ile tylko udałoby mi się utrzymać dyskusję na właściwym torze, bo doświadczenie podpowiadało mi, że istniało również spore ryzyko, iż zamiast uzyskać należne mi uznanie, skończyłbym z kolejną listą obowiązków do wykonania przed sabatem, uzupełnioną zapewne o kilka pozycji, których istnienia wcześniej nawet nie podejrzewałem, więc może jednak należało to przekalkulować.
- Dobla… - Przeniosłem spojrzenie na drzewa, oceniając odległość między nimi a drogą, którą właśnie szliśmy, wysokość najniższych gałęzi oraz stan ogrodzenia, którego obecność lub brak miały w tej chwili tak naprawdę znaczenie czysto techniczne, bo przecież mogliśmy przez nie przeskoczyć, przynajmniej w teorii, bo znacznie łatwiej przeprawiało się w kierunku celu niż w drodze powrotnej z miejsca rabunku, zwłaszcza z ludźmi na ogonie - nie dostrzegłem jednak nikogo, kto mógłby nas obserwować, nie usłyszałem też odgłosów pracy, które sugerowałyby, że za następną grupą jabłoni ktoś właśnie napełniał kosz - właściwie trudno było wyobrazić sobie lepsze warunki do przeprowadzenia niewielkiej operacji terenowej, zwłaszcza że Prudence sama podsunęła mi pomysł, więc w razie ewentualnych pretensji mogłem przynajmniej twierdzić, że zostałem wciągnięty w całe przedsięwzięcie, nie zaś byłem jego prowodyrem, co zdecydowanie stanowiło całkiem interesujące odstępstwo od normy w dynamice takiej jak nasza.
- Idziemy? - Spytałem, spoglądając na Prudence. - Moses się jeszcze wycofaś. - Dodałem, chociaż wiedziałem, co miały uczynić te słowa.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
21.10.2026, 08:15  ✶  

Pewnie nie musiała się nawet odzywać, bo jej czyny mówiły same za siebie. Prudence nie była specjalnie dyskretna. Jedno spojrzenie, później drugie, chwila zastanowienia - bardzo łatwo dało się połączyć kropki i domyślić tego, co działo się właśnie w jej głowie. Analizowała na szybko wszystkie za i przeciw, ale tak, czy siak potrzebowała chociaż jednego drobnego argumentu, w sumie to bardziej może nawet stwierdzenia, że pomysł nie był taki głupi, no i co najważniejsze, że nikt tego nie zauważy. To było dla niej dość istotne, bo zdecydowanie wolałaby nie zostać przyłapana na wynoszeniu komuś jabłek, to mogłoby nie sprzyjać jej nieskazitelnej opinii, z drugiej strony nie była osobą specjalnie popularną. Może to i dobrze, że większość część czasu w pracy spędzała w swojej ciemnej norze i rzadko kiedy się z niej wyłaniała. Mało kto spotykając ją na ulicy mógł wiedzieć, gdzie pracowała i że, niekoniecznie komuś jak ona przystoi taka drobna kradzież. Jabłka były jednak bardzo kuszące, zachęcały, żeby po nie sięgnąć. Decyzja była więc całkiem prosta.

Prue miała świadomość tego, że jej mąż zajmował się różnymi, niekoniecznie legalnymi rzeczami, właśnie dlatego zadała mu to pytanie, był w końcu specjalistą od podobnych spraw. Na pewno potrafił to bardzo dobrze oszacować. Nie sądziła, że wprowadziłby ją w błąd, więc tak, uważała, że nie mogłaby znaleźć bardziej kompetentnej osoby, której mogłaby zadać właśnie to pytanie.

- Czyli znikanie rzeczy to Twoja kolejna super moc? Fantastycznie. Nie mogłam lepiej trafić. - Powinno ją to martwić? Znikanie rzeczy brzmiało zdecydowanie lepiej od kradzieży, prawda? Mogła więc na to przymknąć nieco oko. Zresztą nie wątpiła w to, że te rzeczy, które go interesowały też mogły w podobny sposób znaleźć się w rękach osób, którym je podprowadzał. Mogła więc nieco ignorować to, czy było to do końca legalne, zresztą tak naprawdę nie przejmowała się tym jakoś specjalnie. Tak już wyglądał ich świat.

- Powinnam załatwić Ci koronę? - Skoro jeszcze oficjalnie nie został ukoronowany, być może warto było się na tym skupić. - Na pewno znalazłabym jakąś, która pasowałaby Ci do twarzy. - Nie przestała mu się przyglądać, jakby w swojej głowie właśnie dopasowywała odpowiednie nakrycie głowy.

Raczej rzadko kiedy była tym diabłem siedzącym na jednym z ramion i podsuwającym nie do końca odpowiedzialne pomysły, jednak dzisiaj był ten dzień. Te jabłka, ten sad miał coś w sobie, czemu nie potrafiła się oprzeć, a że miała przed sobą osobę, której nie trzeba było zbyt długo namawiać, to była zupełnie inna sprawa. Nie spodziewała się, że mógłby jej odmówić. Właśnie dlatego rzuciła tę propozycję, potrzebowała tylko jego przytaknięcia. Sama pewnie przeszłaby bokiem, myśląc o tym, jakie pyszne mogły być te owoce, w tej sytuacji jednak nie musiała tego robić. Fantastycznie.

Uśmiechnęła się, kiedy usłyszała jego dobra. No to byli dogadani, wystarczyło, że zrobią kilka kroków, a jabłonie znajdą się w zasięgu ich rąk. Prudence podjęła decyzję, już kiedy kalkulowała to sobie w głowie, a jej mąż teraz mówił o tym, że jak chce, to jeszcze może się wycofać? Pokręciła jedynie głową.

- Przecież wiesz, że tego nie zrobię. - Nie po to wyszła z propozycją, aby teraz się wycofywać, to nie było w jej stylu. Zrobiła krok w przód, rozejrzała się jeszcze wokół, gdyby przypadkiem przegapiła obecność właścicieli tego przybytku, czy pracowników, ale nadal nikogo nie widziała. Na pewno nikt nie przyłapie ich na tej drobnej próbie.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
21.10.2026, 16:55  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.10.2026, 16:56 przez Benjy Fenwick.)  
Byłoby kłamstwem, gdybym twierdził, że nie potrafiłem z powodzeniem domyślić się, czy ktokolwiek z naszego otoczenia był w stanie czytać z mojej żony równie swobodnie, co ja sam, ponieważ odpowiedź na to pytanie wydawała mi się na tyle oczywista, że właściwie nie wymagała zastanowienia - brzmiała po prostu „nie” - nawet gdyby przyszło im do głowy podjąć taką próbę, prędzej czy później przekonaliby się, że ta rzekomo otwarta księga została napisana w języku, którego nie znali, przeznaczona dla czytelników wtajemniczonych w sprawy, o których nie mieli najmniejszego pojęcia i opatrzona przypisami, których znaczenie pozostawało zrozumiałe wyłącznie dla kogoś, kto wiedział, gdzie ich szukać. Z zewnątrz Prue była przecież idealnie poprawną, grzeczną i kulturalną panią antropolog, byłą prefekt naczelną, uzdrowicielką na pół etatu, prostym słowem - wszystkim tym, co pozwalało zaliczyć ją do grona osób godnych zaufania, dobrze wychowanych i na tyle przewidywalnych, by nikt przy zdrowych zmysłach nie widział powodu do poświęcania jej szczególnej uwagi, chyba że akurat miał zbyt wiele wolnego czasu albo wyjątkowo niefortunny zwyczaj węszenia tam, gdzie niczego nie powinien szukać - cała ta nienaganna powierzchowność była jednak jedną wielką bujdą, starannie przygotowaną bajeczką dla gawiedzi, personą dopracowaną na tyle skutecznie, by nikt nie poczuł potrzeby sprawdzania, co właściwie kryło się pod jej maską. Doskonale wiedziałem, że moja żona miała do zaoferowania znacznie więcej, niż można było wywnioskować z jej oficjalnego życiorysu, i że ta różnica potrafiła mieć całkiem istotne znaczenie dla każdego, kto popełnił błąd polegający na uznaniu jej za osobę, którą wydawała się być. Kłamca mógł jeszcze próbować oszukać drugiego kłamcę, zwłaszcza jeśli obaj nie mieli dostatecznie dużo wprawy, by rozpoznawać cudze sztuczki, nie zdradzając przy tym własnych, lecz znacznie trudniej było odnaleźć się w sytuacji, w której ktoś zaczynał od zupełnej szczerości, dopiero z czasem ucząc się budować kolejne systemy obronne, warstwa po warstwie osłaniając to, co wcześniej udostępniał bez większych oporów, aż w końcu sam przestawał mieć pewność, które z jego zachowań wynikały z naturalnego odruchu, które stanowiły wyuczoną ostrożność, a które były już tylko kolejną próbą niedopuszczenia drugiej strony zbyt blisko. Cóż, nie dało się ukryć, że swego czasu wyjątkowo łatwo było pogubić się w tych wszystkich sprzecznych sygnałach, które sobie nawzajem wysyłaliśmy, tym bardziej że oboje posiadaliśmy tę niefortunną zdolność dostrzegania rzeczy, które drugie z nas wolałoby zachować dla siebie, jednocześnie wkładając sporo wysiłku w to, by sprawiać wrażenie, że niczego szczególnego nie zauważyliśmy. Doskonale potrafiliśmy czytać siebie nawzajem, czasem nawet wbrew własnej woli, lecz zaraz potem robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by utrudnić sobie tę czynność, zacierając ślady, zmieniając temat albo udając, że słowa, które padły między nami, znaczyły coś zupełnie innego, niż oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że znaczyły - w rezultacie potrafiliśmy jednocześnie rozumieć się aż nazbyt dobrze oraz zachowywać tak, jakbyśmy wciąż nie mieli pojęcia, z kim właściwie przyszło nam do czynienia.
„Ale to była zamierzchła przeszłość, prawda, inny czas, inni ludzie”, obecnie obiecaliśmy sobie całkowitą szczerość, nawet jeśli w praktyce bywało to trudniejsze niż na papierze. Obecnie wystarczyło mi tych kilka spojrzeń, drobna zmiana w sposobie, w jaki przyglądała się interesującemu ją przedmiotowi oraz to szczególne skupienie, które pojawiało się u niej zawsze wtedy, gdy próbowała przekonać samą siebie, że racjonalność wcale nie stała w sprzeczności z jej aktualnymi pragnieniami. Tym razem poszło jej wyjątkowo sprawnie, cóż się dziwić, jabłka były dorodne, sad znajdował się w zasięgu ręki, nie widzieliśmy nikogo, kto mógłby nam przeszkodzić, więc pozostawało tylko ustalić, czy warto było ryzykować utratę nieskazitelnej reputacji dla dwóch owoców. Moim zdaniem odpowiedź była oczywista, zwłaszcza że nie miałem pojęcia, skąd Prudence wzięła przekonanie, iż jej reputacja była w stanie ucierpieć wskutek tak drobnego incydentu. Owszem, mogła uchodzić za osobę, która powinna była znać się na przyzwoitym zachowaniu, ale z drugiej strony nikt przy zdrowych zmysłach nie oczekiwał od niej, że będzie przez całe życie przechodziła obojętnie obok wszystkiego, na co miała ochotę, tylko dlatego, że ktoś mógłby uznać jej wybory za niestosowne, zresztą, gdybyśmy mieli przejmować się każdą rzeczą, która nie przystawała do naszego wizerunku, prawdopodobnie musielibyśmy spędzić resztę małżeństwa w domu, z zasłoniętymi oknami i bez żadnych kontaktów z otoczeniem, co z pewnością ograniczyłoby liczbę kłopotów, ale też odebrałoby nam znaczną część rozrywek.
- Pojawianie i znikanie, nie? Jak wiele cennych umiejętności, w pakiecie są ciekawsze. - Uśmiechnąłem się szerzej, bo najwyraźniej mimo wszystko doczekałem chwili, w której moje moralnie wątpliwe kompetencje zostały docenione przez najważniejszą osobę w moim życiu, nawet jeśli Prudence miała uroczą tendencję do przedstawiania ich w sposób, który mógłby sugerować, że chodziło o jakąś osobliwą zdolność nabytą przypadkiem i wykorzystywaną wyłącznie w słusznej sprawie - określenie „supermoc” wydawało mi się nieco przesadzone w odniesieniu do umiejętności, którą rozwijałem już jako szczeniak trudniący się zwykłą kradzieżą fantów, ale nigdy nie kręciłem nosem na to, gdy robiła ze mnie kogoś lepszego niż w rzeczywistości - zazwyczaj myślałem o sobie jako o człowieku obdarzonym odpowiednimi kwalifikacjami, lecz oczywiście nie zamierzałem protestować, gdy postanowiła nadać im odrobinę bardziej widowiskową nazwę, szczególnie że w przeciwieństwie do większości superbohaterów nie musiałem realnie martwić się o to, czy moje zdolności przypadkiem nie zostaną wykorzystane do ratowania świata przed zagładą, bo daleko mi było do wzbudzania zaufania społecznego.
- Poza tym mówisz o tym tak, jakbyś dopielo telas odklyła, sze wyszłaś za człowieka o szelokim wachlaszu umiejętności. - Przesunąłem wzrokiem po jej twarzy, starając się nie roześmiać, bo naprawdę bawiła mnie myśl, że moglibyśmy traktować moje raczej niezbyt godnie nabyte talenty jako serię niespodzianek, które należało jej stopniowo ujawniać w miarę rozwoju naszego małżeństwa. - Ale cieszę się, sze doceniasz moje mosliwości. Zwykle tszeba za nie słono zapłaciś.
Gdyby tylko wiedziała, ile rzeczy skutecznie rozpłynęło się w powietrzu z mojej inicjatywy, zapewne nie ograniczałaby się do pytania o kilka owoców, tylko od razu zaczęłaby zastanawiać się, czy przypadkiem te wszystkie przedmioty, które kiedykolwiek przestały znajdować się tam, gdzie powinny i przez to doprowadziły ją do złości, nie miały ze mną jakiegoś związku - miały, rzecz jasna, przynajmniej w większości - z drugiej strony wydawało mi się, że żywiła całkiem mocne podejrzenia pod moim adresem już wtedy, gdy byliśmy młodsi, chociaż wówczas mogła jeszcze nie dysponować wystarczającą liczbą dowodów, by połączyć poszczególne zdarzenia w jednoznacznie obciążający mnie obraz, który nie pozostawiałby mi zbyt wiele miejsca na niewinne wyjaśnienia. Nie potrafiłem sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek rzeczywiście przyłapała mnie na czymś, co pozwoliłoby jej nabrać uzasadnionych wątpliwości, czy też po prostu zdążyła zauważyć, że ilekroć w pobliżu działo się coś podejrzanego, ja zazwyczaj byłem w doskonałym humorze i miałem wyjątkowo niewiele do powiedzenia na temat okoliczności całego zajścia, tak czy inaczej, najwyraźniej nie przeszkadzało jej to szczególnie, skoro teraz, zamiast poddać w wątpliwość moje kompetencje, postanowiła wykorzystać je do przeprowadzenia niewielkiej operacji sadowniczej, co przyjąłem z należnym uznaniem dla jej zdolności do rozpoznawania mocnych stron dostępnych zasobów ludzkich.
- Tak? - Podchwyciłem, unosząc brwi. - Pamiętasz te stoiska, pszy któlych kupowaliśmy diadem w dasze wotywnym… Jeśli znajdziesz taką, któla nie będzie mi się wbijała w sklonie na tyle, sze zechcę ją połamaś, to czemu nie… - Zerknąłem na nią, po czym przeniosłem wzrok na sad, starając się przy tym zachować powagę, której ta sytuacja zdecydowanie nie sprzyjała. Korona mogła jednak poczekać, jabłka Abbottów natomiast miały tę właściwość, że im dłużej się na nie patrzyło, tym trudniej było przekonać samego siebie, iż wcale nie miało się ochoty ich spróbować. Jej odpowiedź tylko potwierdziła to, co wiedziałem już od momentu, w którym zaczęła przyglądać się jabłoniom.
- Wiem, słońce, wiem. - Ruszyłem za nią, zachowując na tyle spokojne tempo, by nie wyglądać na kogoś, kto właśnie zamierzał dokonać kradzieży, chociaż musiałem przyznać, że w tym konkretnym przypadku trudno byłoby mi znaleźć wiarygodny powód, dla którego miałbym nagle zainteresować się stanem ogrodzenia. Najbliższe jabłonie rosły wystarczająco blisko, żebyśmy nie musieli zapuszczać się głębiej między drzewa, co stanowiło dobrą wiadomość, bo im krótsza droga, tym mniej okazji do popełnienia głupstwa, bez dalszego wahania oparłem więc dłoń na górnej belce, sprawdzając jej stabilność i upewniając się, że drewno nie było uszkodzone lub przegniłe.
- No to hop. - Nie czekając na odpowiedź, podciągnąłem się na ogrodzeniu, przerzuciłem nogę na drugą stronę i zeskoczyłem na trawę, uginając kolana przy lądowaniu, żeby nie narobić hałasu, po czym obejrzałem się na Prudence, wyciągając ku niej rękę, choć nie miałem pewności, czy rzeczywiście potrzebowała pomocy, czy też miała uznać zaoferowany gest za niepotrzebne podważanie jej zdolności do samodzielnego pokonania kawałka płotu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
21.10.2026, 19:57  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.10.2026, 19:57 przez Prudence Fenwick.)  

Prudence przez wiele lat pracowała nad swoją nieposzlakowaną opinią. Nie rzucała się w oczy, nie wzbudzała kontrowersji, wtapiała się w tło, kiedy była obserwowana. Tak było zdecydowanie wygodniej. Raczej mało kto wiedział, że w głębi kryło się coś więcej. Jej mąż mógł mieć tego świadomość, bo jeszcze w czasach szkolnych, czy tego chciała, czy nie, pokazywała mu jakimś faktycznie jest człowiekiem. Jakoś tak wyszło, że przy nim zawsze łatwiej było jej być sobą, nawet kiedy za sobą nie przepadali. Na pewno więc nikt nie znał jej tak dobrze jak on, nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, bo widział ją w naprawdę wielu, różnych sytuacjach. Nie tylko tych bardziej oficjalnych, kiedy starała się grać bardzo spokojną i ułożoną. Wydawało jej się, że niektóre cechy, czy zainteresowania lepiej było zostawiać dla tych najbliższych, tak właśnie postępowała. Działało to zresztą w obie strony. Benjy cieszył się raczej nie najlepszą opinią, wyglądał jakby w każdej chwili mógł dać komuś w mordę i był wiecznie wkurwiony, a jednak ona wiedziała, że to są tylko pozory. Miał wielkie serce i nie potrafił przejść obojętnie wobec krzywdy innych, o czym mało kto wiedział. Cóż, nie musieli przed sobą ukrywać swojej prawdziwej natury, w końcu zostali małżeństwem bo doskonale się znali i uzupełniali, czyż nie?

- To prawda, pakiety są najlepsze, zwłaszcza takie. - Potrafił pojawiać się zupełnie znikąd i znikać w powietrzu. Nie miała pojęcia, jak właściwie ktoś jego gabarytów radził sobie z tym tak doskonale, podejrzewała, że lata praktyki robiły swoje, mimo wszystko nadal ją to zadziwiało. Nikt nie pewnie patrząc na niego pierwszy raz nie stwierdziłby, że umie poruszać się niczym duch, przemykać w cieniu zupełnie nie zwracając na siebie uwagi. Było to zaskakujące, zresztą jak wiele jego innych umiejętności. Prudence zresztą wiedziała, że jeszcze nie zdążyła poznać ich wszystkich, bo Benjy miał wiele tajemnic, których jeszcze nie zdołała odkryć. Mieli jednak na to sporo czasu, całe życie przed sobą.

- Wcale tak nie mówię, po prostu głośno podziwiam, a to jest różnica. - Nie miała wątpliwości co do tego, że akurat jej mąż był bardzo wyjątkowy. Zresztą co się dziwić. Przez wiele lat był zdany wyłącznie na siebie, a to uczyło bardzo wielu umiejętności. Czasem było się zmuszonym do tego, aby pewnie z nich opanować. Nie miał lekko, ale najwyraźniej bardzo dobrze to wykorzystał. - Dobrze, że jestem Twoją żoną i mam to wszystko w jednym pakiecie. - Spojrzała jeszcze na niego uśmiechając się przy tym od ucha do ucha.

Był to jeden z tych beztroskich, przyjemnych dni, kiedy nie musieli się niczym martwić. Od kiedy pojawił się ponownie w jej życiu było ich coraz więcej, co uważała za naprawdę niesamowite. Zdecydowanie jej tego brakowało, a teraz miała mieć to na co dzień. Nie dało się nie zauważyć, że jej życie nabrało kolorów, co najważniejsze sama widziała, że zaczęła się zmieniać przy jego boku.

- Pamiętam te stoiska, pamiętam przecież wszystko, to jest moja super moc. - Podkreśliła to, gdyby przypadkiem zapomniał, chociaż raczej nie musiała akurat się o to martwić. Benjy doskonale wiedział z kim ma do czynienia, w sumie to sama mu często o tym przypominała wyciągając dziwne fakty z ich przeszłości z którymi właściwie nie mógł nic zrobić, bo Prue doskonale wszystko pamiętała. - Jasne, czyli ma to być taki diadem, w sumie byłoby Ci w nim do twarzy, doskonały wybór. - Na pewno kiedyś wyciągnie tę sytuację i sprawi mu koronę, żeby nie było, że nie dotrzymuje słowa. Będzie musiała tylko poczekać na odpowiedni moment.

- Wiem, że wiesz, bo przed Tobą nic nie może się ukryć. - Było to dla niej całkiem proste i logiczne. Jakoś już tak mieli, że potrafili doskonale odczytywać swoje zamiary. Prue bardzo chciała spróbować tych jabłek, inaczej w ogóle nie zaczęłaby tego tematu, więc oczywiste było to, że nie zamierzała teraz się wycofać.

Oczywiście, że Benjy ruszył przodem, jak zawsze. Wystarczyło jedno słowo, a był gotowy do działania. Prue przyglądała mu się uważnie, kiedy przedostawał się na drugą stronę. Obserwowała jego ruchy, aby je później powtórzyć. Zdecydowanie wiedział co robi, w przeciwieństwie do niej, co było tylko potwierdzeniem tego, że nie mógł być to jego pierwszy raz w podobnej sytuacji. Musiał przeskoczyć w swoim życiu wiele płotów, czy coś. Przy okazji sprawdził, czy ogrodzenie było trwałe, bo swoje ważył. Nie zamierzała zwlekać, zbliżyła się do niego, a po chwili odwzorowała jego ruchy, tyle, że jakieś dziesięć razy wolniej. Nie była w stanie zrobić tego tak sprawnie jak on, ale bardzo się starała, żeby ten płot jej nie pokonał. Trwało to dłuższą chwilę, jednak w końcu zeskoczyła i znalazła się tuż obok swojego męża, nawet się przy tym nie przewróciła, co można było uznać za spory sukces.

- Nie musimy się zapuszczać głęboko, nawet te tutaj mają wspaniałe owoce. Zastanawiam się, czym je karmią. - Drzewa Abbottów były naprawdę wyjątkowe, nigdy pewnie jednak nie zdradzą swojej tajemnicy, w sumie to im się nie dziwiła, też by tego nie zrobiła.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
23.10.2026, 17:25  ✶  
Nie zamierzałem udawać, że niektóre części życiorysu Prue nie były dla mnie nadal zagadką, nie zamierzałem bagatelizować sekretów, jakie skrywała, szczególnie gdy zdążyłem na własnej skórze przekonać się, że potrafiła zaskakiwać mnie w najmniej odpowiednich momentach, znałem ją jednak wystarczająco dobrze, by odróżnić te części jej osobowości, które pokazywała światu, od tych, które zachowywała dla siebie i kilku osób dopuszczonych bliżej, chociaż niekoniecznie zawsze na własnych warunkach. Właściwie od samego początku naszej znajomości miała ze mną pod tym względem pewien obopólny problem, ponieważ trudno było utrzymać starannie przygotowaną wersję samej siebie w obecności kogoś, kto pamiętał cię jeszcze z „łatwiejszych” lat - tych, kiedy ani ona, ani ja nie dysponowaliśmy szczególnie imponującymi umiejętnościami udawania, że nie obchodzą nas rzeczy, które obchodziły nas aż nazbyt mocno - nie raz, nie dwa sam się zresztą podkładałem, odkrywając przed nią zbyt wiele kart i nie chodziło o to, że nie wiedziałem, z kim miałem do czynienia, ani co mogła zrobić z dostarczonym materiałem. Widziałem wystarczająco wiele, by przestać wierzyć w jej niewinność, chociaż nie przypominałem sobie, żebym kiedykolwiek otrzymał bądź też wydał oficjalne pozwolenie na wzajemne poznawanie tak głębokich warstw osobowości. W pewnym momencie przestaliśmy po prostu mieć na to większy wpływ, bo zdążyliśmy zobaczyć się w dostatecznej liczbie sytuacji, bym mógł wiedzieć, że śmiertelnie spokojna, opanowana Prudence, którą można było spotkać w szkole, w pracy albo podczas oficjalnych sytuacji, stanowiła zaledwie jedną z wersji mojej żony - wcale nie tę, którą lubiłem najbardziej, zwłaszcza gdy nie mieliśmy już potrzeby doprowadzać się nawzajem do szału - nie oznaczało to, że tamta była fałszywa, bo doskonale rozumiałem potrzebę zachowywania części siebie do własnej wiadomości, szczególnie w świecie, w którym ludzie zbyt chętnie wyciągali wnioski na podstawie jednego niewłaściwego słowa, źle dobranego towarzystwa albo zwykłej niechęci do uczestniczenia w cudzych przedstawieniach.
Nie mogłem powiedzieć, żebym kiedykolwiek szczególnie przykładał się do budowania własnej reputacji, przynajmniej nie tej, którą można było później z dumą przedstawiać podczas spotkań towarzyskich czy innych równie męczących okazji, przy których należało udawać, że wszystkie podejmowane w życiu decyzje miały solidne podstawy i prowadziły do czegoś pożytecznego. Przez większość czasu wystarczało mi, że ludzie trzymali się ode mnie na odpowiednią odległość, nie zadawali zbędnych pytań i nie próbowali zaglądać zbyt głęboko w sprawy, które z rozmaitych przyczyn wolałem załatwiać bez świadków, przy czym nie miałem nic przeciwko temu, by od czasu do czasu ktoś uznał mnie za niezbyt przyjemnego typa, skoro taka opinia potrafiła zaoszczędzić mi mnóstwo niepotrzebnych rozmów. Dbałem bowiem głównie o to, by nikt nie interesował się mną dłużej, niż było to konieczne, chociaż z pewnością nie zawsze udawało mi się osiągać zamierzony efekt, zwłaszcza kiedy ktoś postanawiał sprawdzić, ile cierpliwości pozostało mi po wyjątkowo kiepskim dniu. Prudence analogicznie przez lata wypracowała sobie opinię osoby, której obecność łatwo było przeoczyć, jeśli akurat nie miało się powodu, by zwracać na nią szczególną uwagę i musiałem przyznać, że wychodziło jej to naprawdę wybitnie dobrze, lepiej od moich prób pozostawania całkowicie poza radarem, chociaż osobiście zawsze uważałem za zabawne, że ktoś potrafiący tak skutecznie wtapiać się w otoczenie jednocześnie zachowywał w pamięci tyle szczegółów, którymi później bez najmniejszych skrupułów potrafił mnie szantażować podczas naszych prywatnych rozmów.
Pod tym względem stanowiła jednak osobny przypadek, bo znała mnie wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż moja powierzchowność nie zawsze szła w parze z tym, co rzeczywiście miałem w głowie, i jeszcze dłużej, żeby przekonać się, że za moimi rozmaitymi pomysłami zwykle kryło się coś, czego nie zamierzałem wyjaśniać każdemu napotkanemu po drodze. W czasach szkolnych miała okazję obserwować mnie w sytuacjach, w których nie dysponowałem jeszcze całym arsenałem wyuczonych sztuczek, nie potrafiłem tak sprawnie omijać niewygodnych pytań i zdecydowanie częściej pozwalałem, żeby temperament podejmował za mnie decyzje, których później musiałem bronić przed nauczycielami. Nie mogłem przy tym zaprzeczyć, że podobało mi się, iż nadal potrafiła mówić do mnie w taki sposób, jak wtedy, gdy byliśmy na drugim roku, zanim każde „ekscytujące” zmieniło się w „niedorzeczne”, a „ciekawe” zostało „durnym przejawem brawury”. Znała mnie dostatecznie dobrze, by wiedzieć, że nie zawsze potrzebowałem zachęty, lecz mimo to potrafiła znaleźć słowa, które sprawiały, że miałem ochotę wykonać coś sprawniej i bardziej ochoczo, niż wymagała tego sytuacja, popisując się, choćby tylko po to, by sprawdzić, jak daleko mogłem posunąć się w tej kwestii, zanim uznałaby, że całkowicie straciłem kontakt z rzeczywistością.
Nie oznaczało to, że nagle stałem się kimś, kto potrafił żyć bez pakowania się w kłopoty i zawsze zgadzał się na każdą sugestię, bo nie zamierzałem obrażać własnej natury takim założeniem, ale miałem teraz kogoś, z kim na powrót mogłem dzielić się konsekwencjami podejmowanych decyzji, zamiast po raz kolejny udawać, że zupełnie wszystko musiałem robić sam.
Pakiety miały swoje zalety, nawet jeśli obejmowały kompetencje, które przychodziło zdobywać latami, po drodze tracąc kilka zębów, parę razy lądując w niewłaściwym miejscu i przynajmniej raz dochodząc do wniosku, że jednak należało wybrać sobie znacznie spokojniejszy zawód. Z własnego doświadczenia wiedziałem, że niektóre rzeczy przychodziły łatwiej, kiedy nie miało się szczególnego wyboru, przez długi czas nie mogłem bowiem pozwolić sobie na luksus zastanawiania się, czy dana umiejętność kiedykolwiek mi się przyda, ponieważ zwykle przekonywałem się o jej niezbędności dopiero wtedy, gdy sytuacja robiła się na tyle nieprzyjemna, że brak odpowiedniego przygotowania mógł mnie słono kosztować. Przemykanie niezauważonym, wybieranie drogi ucieczki jeszcze przed wejściem do pomieszczenia i ocenianie, czy dało się przejść przez cudzy teren bez zwracania na siebie uwagi, nie należały do rzeczy, których uczyłem się dla własnej przyjemności, chociaż z czasem odkryłem, że potrafiły sprawiać całkiem sporo satysfakcji, gdy używało ich się w mniej surwiwalowych celach.
- Gdybym wiedział o tym wcześniej, zaoszczędziłbym sobie spolo wysiłku, plóbująs ci zaimponowaś w balsiej konwencjonalny sposób. - Mruknąłem, chociaż było to swego rodzaju kłamstwo, bo pewnie i tak nie darowałbym sobie niektórych zagrywek. -  W takim lasie nie klępuj się, Sunny. Moses kontynuowaś nawet wtedy, gdy będziemy jusz w domu. Szczególnie wtedy, gdy będziemy jusz w domu. - Puściłem do niej oko, po czym zerknąłem na jabłonie.
Posiadanie żony, która potrafiła docenić moje rozmaite przypadłości, miało swoje naprawdę bardzo znaczące zalety, nawet jeśli część z nich ujawniała się w okolicznościach, w których przyzwoity mąż powinien był raczej zastanowić się nad tym, jak należałoby przekonać ukochaną do zmiany planów, zamiast z entuzjazmem pomagać jej w realizacji kolejnych pomysłów. Na szczęście nigdy nie pretendowałem do tytułu szczególnie przykładnego obywatela ani odpowiedzialnego dorosłego mężczyzny po ślubie, za to coraz częściej przypominałem sobie wszystkie te chwile z przeszłości, gdy Prudence w zaledwie kilku krótkich słowach była w stanie nakłonić mnie do impulsywnego działania, by jej coś udowodnić - tak, byłem tego świadomy i bardzo świadomie za każdym razem dawałem się złapać dokładnie na ten sam haczyk - miała wyjątkowy talent do znajdowania nam obojgu zajęć, których sam nie wymyśliłbym w danej chwili, choć po przedstawieniu propozycji potrafiłem natychmiast dostrzec liczne zalety wymyślonego przez nią planu. W tym dzisiejszym, zresztą, trudno było mi znaleźć jakiekolwiek wady, skoro mieliśmy naprawdę ładny dzień, świeciło słońce, nigdzie nam się nie spieszyło, a kobieta, która przez lata wolałaby znaleźć się wszędzie, tylko nie razem, chciała spędzać ze mną czas. Nie mogłem powiedzieć „nie”, nawet jeśli oznaczało to wspólne łamanie norm społecznych, których przestrzeganie i tak przecież nigdy nie stanowiło najważniejszego punktu mojego życiowego programu.
- Nie wiem, czy twoja supelmoc nie jest pszypadkiem znacznie glośniejsza od mojej. - Przyznałem, przyglądając się jej z rozbawieniem, bo możliwość przyznania tego na głos wydawała mi się całkiem zabawna, zważywszy na fakt, jak bardzo kiedyś zapierałbym się, by nie przyznać Prudence wygranej. - Ja mogę splawiś, sze coś zniknie, ale ty potlafisz w sekundę wyciągnąś dowód, sze w ogóle istniało. - Prychnąłem cicho na samą myśl o tym, pamiętałem wiele rzeczy, których wolałbym nie pamiętać, lecz zwykle dotyczyły one okoliczności wymagających późniejszej ostrożności, ludzi, którym nie należało ufać albo miejsc, w których lepiej było nie pojawiać się dwa razy w tym samym tygodniu, Pruey natomiast mogła odtworzyć rozmowę sprzed lat tylko po to, żeby udowodnić mi, że kiedyś obiecałem jej coś zupełnie błahego, a później próbowałem się wykpić. - Uwiesz mi, ja tesz zatem nie naszekam s zawaltej tlansaksji… - Wiedziałem, że nie musiałem jej tłumaczyć, co miałem na myśli, choć nie mogłem wykluczyć, że i tak znajdzie sposób, by obrócić moje słowa przeciwko mnie, choćby wyłącznie dla samej zasady - była w stanie bez wysiłku zapamiętać rzeczy, o których ja sam zdążyłem zapomnieć już następnego dnia, co czasami było wyjątkowo przydatne, nie dało się temu zaprzeczyć - gorzej było, kiedy postanowiłem wyprzeć je dla własnego dobra, grzebiąc je naprawdę, ale to naprawdę głęboko w najciemniejszych zakamarkach mojej głowy, wtedy nie było już tak fajnie - nie zamierzałem z tym teraz dyskutować, ponieważ wszelkie próby kwestionowania jej imponującej pamięci zwykle kończyły się przywołaniem konkretnego zdarzenia, dokładnej daty, scenografii i oprawy, słów prowadzących ku niefortunnej kulminacji sceny oraz tej jednej sekundy, w której popełniłem kardynalny błąd i przestałem pilnować tego, co opuszczało moje usta, chociaż, bądźmy szczerzy, czasami robiłem to z czystej żądzy podtrzymania tematu. Zdarzało się, że Prudence wyciągała z przeszłości szczegóły tak odległe i rozmyte, iż miałem wrażenie, że przez te wszystkie lata prowadziła osobny rejestr moich wypowiedzi, zachowań i niefortunnych decyzji, a następnie starannie przechowywała go w szafie w mentalnym archiwum na wypadek, gdybym kiedykolwiek poczuł się zbyt pewnie we własnych osądach. Była w tym wszystkim pewna przewrotność, ponieważ ta sama cecha, która potrafiła niegdyś doprowadzić mnie do wściekłości podczas sprzeczek, okazywała się niezwykle przydatna w sytuacjach, kiedy należało zachować czujność i nie przeoczyć czegoś istotnego. Musiałem przyznać, że skuteczność tej metody była trudna do podważenia i jeśli coś naprawdę dało się nazwać „supermocą”, wypadało właśnie na to.
Najwyraźniej sam podsunąłem jej pomysł, który postanowiła rozważyć, co oznaczało, że w przyszłości mogłem spodziewać się powrotu do tematu, znałem bowiem Prudence wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż niektóre jej obietnice potrafiły przetrwać znacznie dłużej niż moje najlepsze postanowienia, więc nie wykluczałem, że pewnego dnia rzeczywiście miała wręczyć mi diadem i będzie oczekiwała, że założę go bez zbędnych protestów.
- Diadem plęsej wciśnie mi się na tę wszechwiedzącą głowę, nie? - Parsknąłem pod nosem, zerkając na nią, po czym zatrzymałem się przy ogrodzeniu i sprawdziłem jego wytrzymałość, przeskakując i następnie czekając tuż po drugiej stronie aż Prudence do mnie dołączyła - musiałem przygryźć policzek od środka, żeby nie zacząć jej udzielać wskazówek, zanim zdążyłaby o nie poprosić, bo wiedziałem, co by na to powiedziała - nie potrzebowała wiele czasu, żeby udowodnić mi po raz kolejny, że potrafiła poradzić sobie sama, co nie było dla mnie praktycznie żadnym zaskoczeniem na tym etapie, poza tym obserwowanie jej podczas działania miało swoje zalety, których zdecydowanie nie zamierzałem wyliczać na głos, bo jeszcze zaczęłaby wykorzystywać ten fakt przeciwko mnie… Było warto stać i patrzeć, po prostu.
- Tesz się nad tym zastanawiam. Mose mają układ s jakimiś siłami i co jesień zakopują pod dszewami złodziei owoców, szeby zapewnić sobie wyjątkowo ulodzajne plony… - Obróciłem głowę w jej stronę, uprzednio podejrzliwie zerknąwszy na najbliższą pokrzywioną jabłonkę. Nie znałem się na sadownictwie na tyle, by wyjaśnić, dlaczego drzewa Abbottów radziły sobie tak dobrze, ale trudno było nie zauważyć, że ich plony wyglądały znacznie lepiej niż większość tych, które widywałem w innych miejscach w okolicy - rzeczywiście, najbliższe jabłonie miały owoce tak dorodne, że trudno było znaleźć powód, dla którego mielibyśmy ryzykować dalszą wędrówkę, szczególnie jeśli nie wiedzieliśmy, czy w głębi ktoś akurat nie pracował - przyjrzałem się więc najbliższym gałęziom, oceniając, które jabłka można było zerwać bez konieczności wspinania się na drzewo. Odpowiedź brzmiała „zdecydowanie więcej niż dwa na głowę”, było ich naprawdę wiele, w dodatku nie sprawiały wrażenia, jakby ktoś dopiero co usunął uszkodzone egzemplarze, co mogło sugerować, że właściciele naprawdę wiedzieli, co robią, albo mieli dostęp do metod, o których reszta mieszkańców Doliny mogła jedynie pomarzyć.
- Gdybym zalas zniknął, chciałbym, szebyś wiedziała, sze to nie było częścią planu i sze cię kochałem, Pluey. Moses sobie zatrzymaś moje fanty. Pieniądze schowałem pod lewą klepką pszy dszwiach w sypialni. - Dodałem, sięgnąwszy po jabłko…

!sumaowoca


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#7
23.10.2026, 17:25  ✶  
Ukradłeś owoc, ale ten przemienił się w twoim ręku w kamień – Abbottowie nie lubią złodziei...
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
23.10.2026, 18:12  ✶  

Prudence mogła wydawać się na pierwszy rzut oka bardzo prostą do rozgryzienia osobą. Nie było to oczywiście przypadkowe, wiedziała, kiedy lepiej jest milczeć, nie odzywać się, nie komentować. Miała swoją opinię na każdy temat, ale niekoniecznie uważała za potrzebne dzielenie się nią. Nie każdy musiał wiedzieć, co siedzi w jej głowie, a tam działo się naprawdę wiele, zwłaszcza kiedy milczała, zawieszała wzrok. Ci, którzy mieli szansę dłużej przebywać w jej towarzystwie zdawali sobie sprawę z tego, co działo się w takich momentach, chociaż i z nimi nie zawsze dzieliła się swoimi przemyśleniami. Benjy był na swój sposób wyjątkowy, nie miała oporu z mówieniem mu tego, co przychodziło jej na myśl, bo jej nie oceniał, raczej zawsze z zainteresowaniem słuchał tego, co miała mu do powiedzenia. Nie musiała się bać tego, jak zareaguje, co wcale nie było takie oczywiste. Zdarzało się bowiem, że i ci najbliżsi mieli wiele do powiedzenia na temat tego w jaki sposób myślała. Przez co nauczyła się większość rzeczy zatrzymywać dla siebie.

Benjy też nie pokazywał wszystkim, jakim był człowiekiem. Nie miała wątpliwości co do tego, że wzbudzał raczej mieszane uczucia samą swoją obecnością. Potrafił samym swoim wyglądem powodować, że inni czuli się nieswojo. Nie przejmował się jednak swoją reputacją, w sumie tak samo jak i ona, czasem lepiej, aby ludzie nie wiedzieli, co kryje się pod powierzchnią, bo jeszcze mogliby zacząć to wykorzystywać.

- Nie mogę przesadzać, bo Twoje ego urośnie jeszcze bardziej, a już ledwie mieści się w pokoju. Wiesz jak jest, komplementy są dobre, ale od czasu do czasu. - Oczywiście, że nie miała najmniejszego problemu z tym, aby zacząć wyliczać jego zalety, jednak nie wydawało jej się, aby to było właściwie. Wolała to dawkować w odpowiednim tempie, aby nie osiadał na laurach. Zresztą zawsze, kiedy ją czymś zaskakiwał to to komentowała, więc chyba i tak było całkiem nieźle, bo działo się to stosunkowo często.

Prudence nawet przez moment nie wątpiła, że łatwo będzie namówić jej męża do tego, by został jej partnerem w tej drobnej zbrodni. Nie potrafił tak po prostu odrzucać wyzwań, przechodzić obok podobnych propozycji - to nie było w jego stylu. To raczej ona potrafiła gasić jego zapędy, kiedy wydawały jej się być nieco nieodpowiednie, chociaż właściwie też raczej na wszystko przystawała. Dzięki temu życie było ciekawsze. Zresztą kiedy byli sami, w swoim towarzystwie mogli sobie pozwalać na dużo, bo przecież nikt ich nie oceniał, a oni znali się bardzo dobrze i wiedzieli na co ich stać. Prue nauczyła się mówić o tym, co siedziało jej w głowie, nawet jeśli wydawało jej się to głupie, bo dla niego nic nie było głupie, to było bardzo interesujące.

- Nie da się ukryć, chociaż jeszcze ktoś musiałby mi uwierzyć, a do tego przydałaby się kolejna supermoc związana z przekonywaniem innych do wysłuchania tego, co ma się do powiedzenia. - Z tym było u niej raczej różnie. Zwłaszcza, że nieczęsto próbowała przepychać swoje opinie, raczej trzymała się gdzieś z boku i układała to w swojej głowie. Najważniejsze jednak dla niej było to, że ona potrafiła dotrzeć do prawdy. Wiedziała, kiedy ktoś kłamał, kiedy naginał fakty, jeśli była obecna przy danej sytuacji, nie dało jej się oszukać, bo doskonale wszystko pamiętała.

- Nie da się ukryć, że była to doskonała transakcja dla obu stron. - Bardzo dobrze, że on miał co do tego podobne zdanie. Byli na swój sposób wyjątkowi, czy tego chcieli, czy nie i idealnie się uzupełniali. Czy można było chcieć czegoś więcej? Najważniejsze, że potrafili się zrozumieć, czyż nie?

Nie wątpiła to, że może być dla niego dość mocno niewygodne to, że mogła wyciągnąć mu wszystko, każdy fragment rozmowy, każde słowo, a co najgorsze wracać do tego, co miało miejsce paręnaście lat temu. Nigdy specjalnie się nie ograniczała, jeśli okazja na to pozwalał, to nie miała najmniejszego problemu z tym, żeby sięgać do swoich archiwów, lubiła udowadniać, że miała rację.

Prychnęła, kiedy usłyszała jego kolejne słowa. Pokręciła jeszcze przecząco głową, gdy się odezwał. - Korona mogłaby się na nią nie zmieścić, co racja to racja. - Nie wydawało jej się jednak, że wynikało to tylko z faktu, że jego głowa była faktycznie wszechwiedząca, ale o tym już nie wspomniała.

- Chcesz mnie nastraszyć? - Zdecydowanie chciał to zrobić, jednak nie zamierzała się tym przejmować. Być może nie była najlepszym szabrownikiem, raczej rzadko zdarzało jej się podprowadzać własność innych ludzi, ale były to przecież tylko jabłka. Abbottowie na pewno nie mieli w zwyczaju zakopywać złodziei swoich owoców pod drzewami, ktoś musiałby się już o tym zorientować… a nie krążyły na ich temat żadne, straszne opowieści.

- Rwij je, a nie gadasz głupoty, musimy się stąd zmywać. - To miała być szybka misja, bo przecież zależało im na tym, żeby ich nikt nie przyłapał. Raz, dwa i po sprawie. Niby nie obawiała się tego, że mogą zostać przyłapani, bo przecież doskonale zdawała sobie, że nikogo nie ma w okolicy, bo nasłuchiwała i rozglądała się wokół, ale mimo wszystko pojawiło się w jej ciele to śmieszne uczucie, adrenalina, czy coś jakby robiła coś naprawdę bardzo złego.

Sama również nie miała zamiaru zwlekać, sięgnęła w stronę najbliższej gałęzi, aby zerwać dorodny owoc.


!sumaowoca


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#9
23.10.2026, 18:12  ✶  
Owoc wyrwał się z twojej ręki i zaczął krzyczeć: ZŁODZIEJ!
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
25.10.2026, 17:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.10.2026, 18:53 przez Benjy Fenwick.)  
Naprawdę lubiłem ten rodzaj swobody, który pojawiał się między nami w chwilach, kiedy byliśmy tylko we dwoje i nie musieliśmy pilnować się ze względu na cudzą obecność ani grać innych, niż w rzeczywistości, co również na dłuższą metę oszczędzało nam wielu niepotrzebnych rozmów i pozwalało przeznaczać czas na znacznie ciekawsze zajęcia. Prawdę mówiąc, nie miałem bowiem najmniejszej ochoty udawać przed Prudence kogoś, kim nigdy nie byłem, tym bardziej, że już w czasach szkolnych zdążyliśmy zaprezentować sobie nawzajem dostatecznie wiele fałszywych obliczy, by całkowicie wyczerpać arsenał masek i pozorów, na dłuższą metę i tak najwyraźniej nie mogąc osiągnąć nim wiarygodnych efektów - na szczęście - to po prostu nie działało w relacjach takich, jak nasza, walka z rzeczywistością byłaby po prostu głupia, skoro Prue i tak zdążyła zobaczyć wystarczająco dużo, by wiedzieć, że pod moją niezbyt zachęcającą powierzchownością kryło się kilka cech, których nie zamierzałem rozdawać każdemu napotkanemu z osobna. Wątpiłem, żeby ktokolwiek, kto mijał mnie na ulicy, widział we mnie kogoś szczególnie skłonnego do subtelności lub ugody, zwłaszcza kiedy szedłem z rękami w kieszeniach, z karkiem schowanym w kołnierzu i ze spojrzeniem, które zwykle skutecznie zniechęcało obcych do rozpoczynania rozmowy o pogodzie, lecz moja żona znała mnie wystarczająco długo, żeby rozpoznać różnicę między tym, jak wyglądałem, a tym, co rzeczywiście zamierzałem zrobić, wiedziała również, że niektóre rzeczy przychodziły mi łatwiej, niż mogłoby się wydawać, choć niekoniecznie z powodów, którymi należało się chwalić przy rodzinnym stole. Przez lata nauczyłem się poruszać w wielorakich warunkach, bywając w miejscach, w których lepiej było nie przyciągać uwagi i wychodząc z sytuacji, w których większość osób najchętniej zapadłaby się pod ziemię lub wylądowała tam wbrew własnej woli. Nie wszystkie umiejętności zdobyłem w okolicznościach, które można było uznać za godne pochwały, nie przeszkadzało mi to jednak osobiście, chociaż przez długi czas nie sądziłem, by ktoś inny był w stanie to docenić - Prudence jednak dostrzegała w tym coś więcej i robiła to z uśmiechem, który sprawiał, że miałem ochotę zaprezentować jej jeszcze kilka swoich talentów, nawet jeśli znaczna część z nich zdecydowanie lepiej nadawała się do wykorzystania za zamkniętymi drzwiami niż w środku dnia w sadzie.
- Moje ego, kochanie, jest doskonale plopolsjonalne do moich osiągnięś, dziękuję balso, tylko ty uparcie plóbujesz wmówiś mi, sze zajmuje za duszo miejsca. - Cmoknąłem z dezaprobatą, choć w oczach wciąż miałem rozbawienie. - Pletensje moses zlesztą kielowaś wyłącznie do natuly, któla wyjątkowo hojnie mnie obdalowała. - Wyszczerzyłem zęby. - Poza tym nie pszypominam sobie, szebym kiedykolwiek plosił cię o bezzasadne - podkreśliłem to słowo  - komplementy. Samo to, sze za mnie wyszłaś, stanowi całkiem pszekonujący dowód, sze musiałem zlobiś na tobie odpowiednie wlaszenie. Leszta jest jusz tylko kwestią twojej niechęci do pszysnawania mi lasji, s któlą, nawiasem mówiąc, zdąszyłem się pogodziś jeszcze w szkole. - Stwierdziłem, chociaż była to gówno prawda, uśmiechnąłem się do niej półgębkiem, wsuwając dłonie do kieszeni, po czym ruszyłem wzdłuż ogrodzenia w poszukiwaniu miejsca, w którym najłatwiej byłoby przedostać się na drugą stronę.
- Mnie pszekonałaś. - Odparłem od razu, może nie mówiąc, czy chodziło mi o sytuację sprzed chwili, czy o coś innego, lecz właśnie w tym kryła się cała prawdziwość wypowiedzianego przeze mnie zdania - mnie przekonywała praktycznie do wszystkiego, czego chciała, nawet jeśli czasami zajmowało jej to chwilę dłużej. - Jeśli to nie jest dowód na twoje wyjątkowe zdolności pelswazyjne, nie wiem, co nim jest. - Spojrzałem na nią spod uniesionych brwi, po czym uśmiechnąłem się krzywo, świadomy, że właśnie dostarczyłem jej argumentu, który mogła wykorzystać przeciwko mnie przy najbliższej okazji.
- Najlepsza w moim szyciu. - Odchyliłem się lekko do tyłu i skrzyżowałem ramiona, przyglądając jej się z zainteresowaniem, które nie miało wiele wspólnego z zamiarem podjęcia dalszej polemiki. - I mówię to jako ktoś, kto zawielał jusz całkiem spolo podejszanych układów, niektóle s nich nawet pszynoszące zyski. - Dodałem, nie mogłem się zresztą skarżyć na jej pamięć, przynajmniej dopóki nie przypominała mi rzeczy, o których wolałbym zapomnieć. Uważałem to za wyjątkowo korzystny obrót spraw, choć przyznawałem, że jej archiwum moich dawnych wypowiedzi stanowiło zagrożenie, którego swego czasu zupełnie nie przewidziałem. Z drugiej strony właśnie za to ją kochałem - za tę szczególną zdolność dostrzegania we mnie kogoś więcej niż typa, który wyglądał, jakby za chwilę miał komuś przyłożyć, po czym najpewniej ukradłby jeszcze portfel - nie każdy miał aż tak szeroką okazję przekonać się, że potrafiłem być całkiem znośnym towarzystwem, zwłaszcza kiedy nie próbowałem nikogo zastraszyć ani zarobić na czyjejś nieuwadze. Prudence wiedziała o mnie wystarczająco dużo, by nie musieć zgadywać, co kryło się za moimi żartami i wystarczająco mało, żebym wciąż mógł ją czasem czymś zaskoczyć. Przesunąłem ciężar ciała na drugą nogę i skrzyżowałem ręce na piersi, nie spuszczając z niej wzroku, chociaż mój uśmieszek zdradzał, że cała ta sytuacja bez wątpienia sprawiała mi przyjemność.
Pochyliłem się ku niej, ściszając głos, chociaż na drodze wciąż nie było nikogo, kto mógłby nas usłyszeć.
- Wyoblaś sobie, kochanie, pszychodzisz po jedno niewinne jabłuszko, sięgasz po gałąź, słyszysz tszask, glunt usuwa ci się spod nóg i jusz po tobie. - Oczywiście, że nie próbowałem jej straszyć, po prostu przechyliłem głowę i rozejrzałem się po okolicy, zwlekając przez moment, jakbym dopiero teraz przypomniał sobie pewien szczegół, o którym lepiej byłoby nie wspominać po tej stronie ogrodzenia, więc, oczywiście, podjąłem temat, nawet jeśli mnie poganiała. - Nawiasem mówiąc, wiesz, sze w tej okolicy mieli kiedyś sadownika, któly zniknął podczas wieczolnego obchodu? - Zapytałem, uważnie obserwując jej reakcję, nim sięgnąłem po owoc. - Zboczył s tlasy po własnej ziemi. Podobno znaleśli po nim tylko szpadel, latalnię i świeszo wykopany dół pod jedną s jabłoni jego lywali. Szadnych śladów walki, szadnej klwi, szadnego ciała. Po plostu zniknął. Jednego wieczolu pilnował dszew, następnego lanka jego sona zgłosiła zaginięcie, a sąsiedzi zaczęli szeptaś, sze Abbottowie mają pewien układ s siłami, s któlymi lepiej nie zadzielaś. Niektószy twielsą, sze zawalji pakt s czymś, co mieszka pod koszeniami. Inni uwaszają, sze sad sam wybiela sobie ofialy. - Wyprostowałem się i pokiwałem głową, jakbym przekazywał jej informacje o wyjątkowo dobrze udokumentowanym wydarzeniu, chociaż - prawdę mówiąc - cała historia powstała w mojej głowie gdzieś pomiędzy pierwszym spojrzeniem na jabłka a potrzebą sprawdzenia, jak daleko mogłem się posunąć, zanim Prudence uznała, że należało rzucić we mnie Bramleyem. - Oczywiście, to tylko plotki. Nikt nigdy nie udowodnił, sze biedak szeszywiście został ofialą duchów jabłoni. Pewnie zwyczajnie uciekł s jakąś wdową albo postanowił lospocząś nowe szycie w innym hlabstwie. Chociasz tszeba pszyznaś, owoce losną im podejszanie dobsze. - Zerknąłem w stronę drzew, po czym ponownie spojrzałem na nią i wzruszyłem ramionami, zrywając najładniejszy, najdorodniejszy okaz z gałęzi, do której ona nie mogła sięgnąć, bo przecież nie zamierzałem odbierać jej tych niższych jabłek - złapałem za owoc, pociągnąłem i… Ciężar owocu osiadł w mojej dłoni w sposób, którego zdecydowanie nie przewidywałem w żadnym ze swoich zawodowych doświadczeń - zmarszczyłem brwi, obracając nadgarstek, bo zamiast przyjemnej sprężystości dojrzałej skórki poczułem pod palcami twardą, zimną, chropowatą powierzchnię, która w ułamku sekundy przestała przypominać cokolwiek nadającego się do jedzenia - czerwone jabłko zmieniło się w kamień, prawdziwy, ciężki, piekielnie nieprzydatny kamień, który spoczywał teraz w mojej ręce, a to jeszcze nie był koniec.
- ZŁODZIEJ! - Nie zdążyłem podzielić się z Prudence żadną z moich refleksji, ponieważ jabłko mojej żony nagle wyrwało się z jej dłoni i rozdarło powietrze wrzaskiem, od którego aż odwróciłem głowę. „ZŁODZIEJ!”, miałem ochotę odkrzyknąć, iż oskarżenie było przedwczesne, ponieważ nie zdążyliśmy się jeszcze oddalić się z łupem, ale instynkt samozachowawczy, na szczęście wciąż sprawny, szybko przypomniał mi, że dyskusje z zaczarowanymi owocami rzadko kończyły się czymś dobrym.
- O kulwa. - Nie czekałem, aż jabłko postanowi powtórzyć oskarżenie, tym bardziej że nie miałem najmniejszej ochoty sprawdzać, czy kolejne drzewa dysponowały równie rozbudowanym repertuarem zachowań obronnych. - Spieldalamy, chyba sze maszy ci się kaliela w klonice klyminalnej. - Co prawda tylko lokalnej, lecz i tak złapałem Prudence za rękę i pociągnąłem ją w stronę ogrodzenia, przez które przedostaliśmy się wcześniej, zerkając jeszcze przez ramię na jabłonie, jakbym spodziewał się, że zaraz wszystkie zaczną wykrzykiwać nasze nazwiska i podawać szczegóły dotyczące miejsca zamieszkania.
„To głupi pomysł” - wiedziałem, że był głupi, miałem przed sobą żywy dowód na to, że był głupi, i może właśnie dlatego uznałem, że warto sprawdzić, czy przypadkiem nie dało się go powtórzyć - kiedy mijałem gałąź, o którą prawie zahaczyłem twarzą, wzrok uciekł mi ku innemu gatunkowi, dorodnemu, zielonemu tym razem, błyszczącemu bezczelnie pośród liści - zatrzymałem się na ułamek sekundy, dosłownie w połowie ruchu - to był, oczywiście, fatalny plan, doskonale o tym wiedziałem, tyle że w mojej głowie pojawiła się myśl, której nie potrafiłem natychmiast odrzucić, „jeśli pierwsze jabłko zamieniło się w kamień, drugie zaczęło krzyczeć, to może trzecie byłoby już zjadliwe?” Nie miałem pojęcia, po co byłyby mi ewentualnie dwa kamienie, ale w tej konkretnej chwili brzmiało to jak pytanie, które można było odłożyć na później.
- Czekaj, jeszcze jedno! - Rzuciłem, wyciągając wolną rękę ku gałęzi, zerwawszy drugi owoc, zanim zdążyłem samemu sobie wyperswadować tę idiotyczną decyzję.

!sumaowoca


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (7736), Pan Losu (36), Prudence Fenwick (3567)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa