26.09.2026, 22:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.10.2026, 09:52 przez Helloise Rowle.)
Narada taktyczna rodzeństwa Rowle przed Samhain
List Lazarusa przypomniał jej dotkliwie, że jakaś część niej wciąż była małą, ślepą złośnicą gotową rozgromić wszystko na swojej drodze. Helloise przed Samhain na każdym kroku szarpała z trudem okiełznywana gwałtowność. Również najstarszemu bratu udało się ją rozjątrzyć. Bezczelna próba przekupienia jej, machanie jej przed nosem zbiorami Ministerstwa jak marchewką…
Zmięła papier w rękach.
Pójdę tam, Lazarusie. I nie tylko ja, bo wiedz, że zabiję przy okazji twojego brata, chciała nabazgrać w pierwszej chwili jadowitą odpowiedź. Było to coś, co jako nastolatka wykrzyczałaby mu w twarz z dziką, szaleńczą furią. Czy dopiekłaby Lazarusowi wyprowadzeniem Garetha na śmierć? Z pewnością nie więcej niż sobie samej.
Za późno było na jego układy. Nie potrzebowała jego łaski. Nie potrzebowała, żeby jej rzucał nagrodę pocieszenia. Niech trzyma łapy na swoich próbkach. Ona będzie miała własne.
Chodziło za Helloise, aby swoim oburzeniem podzielić się Garethem, lecz i z tego zrezygnowała. Nie mogła go stracić, skoro już się dał wciągnąć w jej szaleństwo. Gdyby mu powiedziała, o czym rozmawiała z Lazarusem… co jeśli Gary wziąłby stronę najstarszego z nich? Ach, byłby do tego zdolny. Absolutnie, rzecz należało przed Garethem zataić.
Każdy dalszy krok mógł więc zaszkodzić jej planom. List Lazarusa czarownica wyrzuciła na stos wszystkich innych korespondentów zatroskanych i zapomniała o nim.
Krótko przed tym, jak zjawił się w chacie Gareth, aby mogli razem ruszyć ku wejściu na Polanę Ognisk, Helloise wypiła eliksir wielosokowy. Brat zastał ją przemienioną już, pochyloną z obrzydzeniem nad miską potrawki z elfów.
Dwie porcje tej potrawki zamówiła na wynos dwa dni wcześniej w restauracji u Lizzy. Czekając w lokalu, aż dania będą gotowe, czarownica wyszła do toalety. Wiedziała, że coś tam będzie. Przyszła do Lizzy dość późno. Nie do wyobrażenia, że tak ruchliwego dnia jak niedziela żadna z klientek restauracji nie menstruowała.
Gdy wiedźma zamknęła się w łazience, odkryła, że nie musi nawet sięgać do kosza przy muszli sedesowej. Długi, jasny włos jak zaproszenie zwisał przyklejony do umywalki.
Pani Swott, do której należy, to czarownica półkrwi, pracownica Sowiego Urzędu Pocztowego. Mieszka w Londynie, ale przepada za kuchnią Lizzy i przynajmniej raz w miesiącu jada z mężem obiad w jej restauracji. Była tam również tego dnia i przed lustrem nad rzeczoną umywalką poprawiała fryzurę.
O tym, kto jest właścicielką włosa, Helloise pojęcia nie miała. Nękały ją myśli, że zrządzenie losu pchnęło ją w ciało mugolackie, lecz prawdopodobieństwo przemawiało przeciwko temu. Musiała wierzyć, że bogowie nad nią czuwali.
— Obrzydliwe — powitała Garetha, wskazując mu drugą miskę odgrzanej elfiej potrawki. — Zjedz albo wylej. Nie chcę nigdy więcej zanurzać łyżki w niczym podobnym.
Potrawka była, wbrew jej opinii, bardzo przyjemna w smaku; Lizzy ceniono w okolicy jako restauratorkę. To Helloise nie przepadała za mięsem i od pływających w sosie części ciał elfów dostawała nudności. Nie lubiła jednak, gdy śmierć istot szła na marne. Skoro już zostały zabite, niechże to, co w ich zwłokach wartościowego, pokrzepi jej organizm.
Kobieta podsunęła Garethowi również jego porcję czystego eliksiru wielosokowego. Przez chwilę żuła w milczeniu elfie nóżki, walcząc z zaciskającym się gardłem, po czym odłożyła łyżkę, wytarła usta w rękaw sukni i zaczęła mówić:
— Longbottomowie — wycedziła z jadowitą niechęcią — mieli dawno runy ochronne i znają rytuały. Brenna Longbottom sama mi się tym pochwaliła… że je mają. I nie dała mi nic. Trzyma te runy dla siebie. — Helloise zaśmiała się gorzko. — Ministerstwo zawsze na straży zwykłych ludzi, prawda? Ach, niech trzymają swoje sekrety. Przyniósł mi je… mój śmierciożerczy duch opiekuńczy. Opowiem ci wszystko, lecz nie chcę mówić dwa razy, a czekamy na kogoś jeszcze. Do pewnego mojego starego znajomego dotarły wieści o tym planowanym zamachu. Zaoferował… swoją obecność.
Oświadczyła to zimno i obojętnie. Czy to zza zmienionej twarzy tak niecodziennie zimno brzmiała Helloise, czy to maskowała pod chłodem stres przed sabatem, czy inną słabość chciała ukryć przed Garethem — tego mógł się tylko domyślać.
dotknij trawy