• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[07/1957] The moon was full when they buried him | Aloysius, Prudence

[07/1957] The moon was full when they buried him | Aloysius, Prudence
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
19.10.2026, 16:47  ✶  
Przez kilka sekund stałem bez ruchu, wpatrując się w ciemność pomiędzy drzewami i próbując zdecydować, czy w tej chwili bardziej zależało mi na zabraniu nas z tego miejsca bez ponoszenia dodatkowych ofiar i odnalezieniu drogi powrotnej, czy też na tym, żeby Prudence Bletchley wreszcie zrozumiała, dlaczego średnio kilka razy w miesiącu, najwidoczniej nawet podczas wakacyjnej przerwy, miałem ochotę złapać ją za ramiona i potrząsać nią tak długo, aż wszystkie te zassane skądś przekonania, które doprowadziły ją do bycia tak cholernie niezależną, dosłownie wypadłyby jej uszami. Przynajmniej tym razem postanowiła ich nie zatykać i mnie posłuchać, co w teorii powinno było przynieść mi odrobinę ulgi i może nawet zrobiłoby to również w praktyce, gdybym nie był zbyt zajęty próbami powstrzymania się przed krzyknięciem w eter czegoś, czego później musiałbym żałować… chociaż, prawdę mówiąc, lista rzeczy, których nie powinienem był mówić tej konkretnej dziewczynie zdążyła urosnąć do takich rozmiarów, że jedna pozycja więcej chyba nie zrobiłaby większej różnicy, przecież i tak nie chciała zrozumieć mojej perspektywy.
- Och, doprawdy? - Zapytałem, zatrzymując się przed nią po stosunkowo krótkim marszu, bo z łaski swojej tym razem postanowiła zostać w miejscu, kiedy ją o to poprosiłem, chociaż jej odpowiedź wcale nie sprawiła, że poczułem się zajebiście z odzyskaniem towarzystwa. Wciąż miałem ochotę złapać ją za ramiona i warczeć na nią tak długo, aż wreszcie dotarłoby do niej, jak idiotycznie zachowała się przed kilkoma minutami - oczywiście nie zamierzałem tego robić, nawet jeśli wyobrażenie sobie podobnej sceny przyniosło mi pewną, dość prymitywną satysfakcję, ponieważ wystarczająco dużo rzeczy poszło już tej nocy nie tak, żebym dokładał do nich jeszcze rękoczyny, zwłaszcza na dużo drobniejszej ode mnie dziewczynie - znalazła się przede mną cała, mówiła, poruszała się samodzielnie i najwyraźniej nie doznała żadnych obrażeń podczas swojej akcji, więc pod tym względem mogłem odetchnąć z ulgą, uznać sprawę za zakończoną i wrócić do poprzedniego zajęcia, czyli odprowadzania Bletchley do domu. Problem polegał na tym, że im dłużej patrzyłem jej w oczy i słuchałem tego, co miała mi do powiedzenia, tym wyraźniej docierało do mnie, że naprawdę nie rozumiała, dlaczego się zdenerwowałem - no, albo może raczej pojmowała to na tyle powierzchownie, by uznać moje zachowanie za kolejną niepotrzebną demonstrację „trudnego” charakteru, kiedy więc oznajmiła, że nie postradała rozumu, zacisnąłem zęby tak mocno, że przez moment zabolała mnie szczęka - przecież wcale nie chodziło mi o to, czy rzeczywiście była przy zdrowych zmysłach. Nie uważałem jej za głupią, bo gdybym ją za taką miał, prawdopodobnie nie spędzałbym z nią tyle czasu, co prawda poniekąd pod przymusem ze strony losu, a już na pewno nie wdawałbym się w te wszystkie zacięte dyskusje, które potrafiły ciągnąć się godzinami i doprowadzać mnie do stanu, w którym jedno zdanie wystarczało, żeby poprawić mi humor albo zepsuć go na resztę dnia. Wiedziałem, że potrafiła myśleć, wiedziałem, że umiała przewidywać konsekwencje własnych decyzji, ale mimo to pobiegła w ciemność, nie oglądając się za siebie, jak gdyby wszystko, co mówiłem jej wcześniej o tym miejscu, było jedynie błahą anegdotą służącą urozmaiceniu spaceru z dreszczykiem. Było - jasne - lecz to nie duchy mogły coś nam zrobić, wystarczyło zwykłe, prozaicznie durne ukształtowanie terenu, o czym przecież raczej oboje zdążyliśmy się przekonać.
- Wspaniale. W takim razie gratuluję, że zachowałaś wszystkie klepki na miejscu. Naprawdę jestem pod wrażeniem. - Mówiłem coraz szybciej, czując, że te same słowa, które próbowałem zatrzymać w sobie od chwili, kiedy straciłem ją z oczu, wreszcie znalazły ujście. - Czy możemy teraz porozmawiać o tym, dlaczego postanowiłaś wykorzystać je wszystkie do podjęcia jednej chujowej decyzji? - Wyrwało mi się, zanim zdążyłem pomyśleć, czy rzeczywiście chciałem powiedzieć to w ten sposób, bo słysząc jej uwagę o tym, że nie miałaby nic przeciwko temu, żebym poszedł do domu, poczułem, jak coś nieprzyjemnie zaciska mi się w żołądku. Nie spodziewałem się, że była w stanie pomyśleć coś takiego, chociaż właściwie nie powinno było mnie to zaskakiwać, skoro Prudence od dawna uważała mnie za egoistę i miała przy tym wybitny talent do znajdowania najbardziej drażniących odpowiedzi na pytania, których wcale nie zadawałem.
Zabolało, okej?
Przez cały wieczór instynktownie starałem się pokazać jej, że potrafiliśmy spędzać ze sobą czas bez wzajemnego zatruwania sobie życia, że mogłem odprowadzić ją do domu, nie robiąc z tego wielkiego poświęcenia, i że nie musieliśmy przy każdej okazji przypominać sobie o wszystkim, co poszło między nami źle, tymczasem wystarczyło jedno zdanie, bym mógł znów poczuć się tak, jakbym musiał udowadniać jej, że nie byłem zupełnie obojętny na to, co się z nią działo. A przecież nie powinienem musieć niczego udowadniać… „Ba! Niczego nie musiałem!” Nie byliśmy nawet prawdziwym narzeczeństwem, choćby takim toksycznie niedobranym, chociaż od kilku godzin odgrywaliśmy tę rolę całkiem przekonująco - nie miałem żadnego formalnego obowiązku biegać za nią po cmentarzu, szukać jej między grobami i martwić się, czy zrobiła sobie krzywdę, mogłem zostawić ją przy bramie, wrócić do domu i pozwolić jej radzić sobie samej, tyle że nie zrobiłem tego, bo kiedy zniknęła, nie potrafiłem tak po prostu odwrócić się na pięcie i odejść - ta świadomość doprowadzała mnie do szału równie mocno, co jej podejście. Oczywiście, że nie miałaby nic przeciwko temu, bym odszedł, nie potrzebowała niańki, nie potrzebowała nikogo, kto przejmowałby się tym, czy wróciła bezpiecznie do domu, a już szczególnie nie potrzebowała mojego towarzystwa, oczepiny minęły, farsa dobiegła końca.
- Ach, tak? - Zapytałem cicho, wpatrując się w nią z niedowierzaniem, nim znowu odruchowo wszedłem we wcześniejsze tony. - Czyli najlepiej byłoby, gdybym sobie poszedł, bo przecież jesteś dużą dziewczynką i doskonale poradzisz sobie sama. Wybacz, że przez chwilę zapomniałem, że mam do czynienia z Prudence Bletchley, która nie potrzebuje niczyjej pomocy, niczyjego towarzystwa i najchętniej udowodniłaby całemu światu, że potrafi przejść przez piekło na bosaka, byle tylko nikt nie pomyślał, że mogłaby sobie nie poradzić. - Zaśmiałem się krótko, prychnąwszy bez cienia rozbawienia. - Nie pytałem, czy chcesz być moim problemem, Prudence. Jesteś nim, czy sobie tego życzysz, czy nie. Nie twierdzę, że nie potrafisz łazić po cmentarzu, nie twierdzę też, że musisz trzymać mnie za rękę przy każdym kroku, ale kiedy ktoś woła cię po imieniu, bo właśnie zniknęłaś mu z oczu w środku jebanej nocy, to może wypadałoby przynajmniej sprawdzić, dlaczego tak się drze, zamiast udowadniać całemu światu, że nikt nie ma prawa mówić ci, co masz robić! - Przez moment naprawdę miałem ochotę zapytać Merlina, czy zrobiłem komuś coś wyjątkowo podłego w poprzednim życiu, że musiałem spędzać noc na cmentarzu, uganiając się za dziewczyną, która najwyraźniej uznała, że najlepszym sposobem na zakończenie całkiem udanego wesela będzie doprowadzenie mnie do stanu, w którym sam zacznę rozważać możliwość zakopania się w jednym z tutejszych grobów, byle tylko nie musieć już słuchać jej pierdolenia.
- Chcesz wiedzieć, jakie to uczucie? - Głos zadrżał mi nieznacznie, co doprowadziło mnie do jeszcze większej irytacji, ponieważ nie miałem zamiaru pozwolić, by usłyszała w nim cokolwiek poza gniewem. Parsknąłem nozdrzami, próbując ustalić, czy rzeczywiście nie pojmowała, co chciałem jej przekazać, czy też po prostu nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że ktoś mógł się o nią martwić, nie oczekując w zamian żadnej szczególnej wdzięczności - w obu przypadkach miałem problem, ponieważ nie byłem przygotowany na prowadzenie podobnej rozmowy w środku nocy, na cmentarzu, po mocno zakrapianym świętowaniu czyjejś unii, z którego wracałem w całkiem dobrym nastroju, przynajmniej dopóki moja tymczasowa narzeczona nie postanowiła urządzić sobie wyścigów z wiatrem - nie byłem też pewien, jak miałbym jej wyjaśnić coś, czego sam nie zamierzałem nazywać, bo znacznie łatwiej przychodziło mi okazywanie troski przez działanie niż opowiadanie o niej, zwłaszcza komuś, z kim jeszcze niedawno potrafiłem pokłócić się o najdrobniejszą rzecz.
- To proszę bardzo. Jest do dupy. Zadowolona? Nie ma w tym nic przyjemnego, kiedy ktoś znika ci z oczu w miejscu, którego znasz wystarczająco dobrze, żeby nie mieć pewności, że nic mu się nie stanie. - Nie powinienem był mówić tego ostatniego zdania, ponieważ brzmiało zbyt szczerze, a szczerość była w naszej relacji rzeczą wyjątkowo niebezpieczną, ale skoro już mnie o to poprosiła, uznałem, że zasłużyła na odpowiedź, nawet jeśli niekoniecznie taką, jakiej się spodziewała. - I zanim zaczniesz mi tłumaczyć, że wcale nie muszę się tobą przejmować, oszczędź sobie wysiłku, bo doskonale wiem, że nie muszę. Nikt nie kazał mi za tobą biec. Nikt nie kazał mi cię szukać. Mogłem wrócić do bramy i sobie iść, zgodnie z życzeniem. Ale nie zrobiłem tego, prawda? - Przesunąłem dłonią po włosach, odwracając się na moment, miałem ochotę kopnąć najbliższy nagrobek, co byłoby wyjątkowo głupim i infantylnym sposobem na rozładowanie emocji, ale w tej chwili nie przychodziło mi do głowy nic lepszego, bo kiedy zasugerowała, że mógłbym po prostu odejść, poczułem się tak, jakby właśnie zlekceważyła wszystko, co robiłem przez ostatnie kilka godzin, cały mój bieg przez ciemne alejki, wołanie jej po imieniu, to cholerne uczucie, które pojawiało się za każdym razem, gdy docierałem do kolejnego miejsca i jej tam nie było - zupełnie tak, jakby nic z tego nie miało znaczenia, ponieważ przecież poradziła sobie sama, jakby fakt, że wróciła cała, automatycznie oznaczał, że nie było powodu do zmartwień - miałem ochotę zapytać, czy naprawdę była aż tak ślepa, czy może po prostu nie chciała dostrzec tego, co działo się tuż przed jej nosem, ale ugryzłem się w język, choć nie na tyle skutecznie, by powstrzymać kolejne słowa.
-Nie chciałaś mnie kłopotać? - Powtórzyłem, odwracając się z powrotem w jej stronę, bo chociaż usłyszałem „przepraszam”, nie oczekiwałem przeprosin - nie musiała odwzajemniać moich odczuć, nie musiała nagle zmieniać zdania na mój temat, nie musiała nawet lubić mojego towarzystwa, jeśli rzeczywiście nie miała na to ochoty, ale mogła przynajmniej przestać zachowywać się tak, jakbym był ostatnim chamem, który nie potrafił okazać zwyczajnej troski komuś, z kim spędził pół nocy. - Naprawdę, Prue? Jeszcze chwila i zacznę się zastanawiać, czy nie powinienem poprosić cię o kolejną definicję, tym razem pojęcia „odpowiedzialność zbiorowa”. Może wyjaśnisz mi, jak wygląda z twojej perspektywy, skoro najwyraźniej mamy zupełnie inne wyobrażenia na ten temat. - Wiedziałem, że przesadzałem z tonem, ale nie potrafiłem się powstrzymać, przez większość życia nauczyłem się reagować na rzeczy, które mnie irytowały, złośliwością, przekorą, gniewem albo zwyczajnym odwróceniem się na pięcie, zanim ktoś zdążył zauważyć, że cokolwiek mnie ruszyło, tylko teraz przecież nie mogłem tego zrobić. Z pewnością zdawała sobie sprawę z targających mną emocji, właśnie dlatego postanowiła mnie przeprosić, co nie zdarzało się zbyt często podczas naszych rozmów.
- Cóż, udało ci się osiągnąć dokładnie odwrotny skutek. - Potarłem dłonią czoło, próbując opanować nerwy, po czym spojrzałem na nią ponownie. - Przestań mówić, że nie chciałaś mnie kłopotać, jakby to była jakaś wielka łaska, którą mi wyświadczasz. Nie musisz mi niczego oszczędzać, Prue. Za kogo ty mnie masz, przecież bym ci pomógł. - Ostatnie zdanie zabrzmiało znacznie bardziej gorzko i ponuro, niż zamierzałem, ale nie potrafiłem już cofnąć wypowiedzianych słów. - Jeśli nie chcesz mojego towarzystwa, wystarczy powiedzieć. Nie musisz znikać w ciemności, żeby mi to udowodnić. Proszę bardzo, przeprosiny przyjęte, co teraz? - Wskazałem ręką ciemną przestrzeń za jej plecami, jasno sugerując, że mogliśmy się rozstać, jeśli właśnie tego chciała, ale już w chwili, gdy wypowiadałem te słowa, dotarło do mnie, że wcale nie chciałem, żeby potraktowała je poważnie - to było w tym wszystkim najgorsze - mogłem powiedzieć, że nie zamierzałem już za nią biegać, że sama wpędziła się w kłopoty i sama powinna z nich wyjść, ale gdyby rzeczywiście odwróciła się na pięcie i pomarszerowałaby w ciemność, prawdopodobnie ruszyłbym za nią po kilku sekundach, przeklinając pod nosem i zastanawiając się, w którym momencie mojego życia tak skutecznie straciłem zdolność do podejmowania najłatwiejszych możliwych decyzji, gdyż przecież dała mi coś do zrozumienia. Powiedziała wprost, czego się mogła po mnie spodziewać, co było dla niej logiczne, nie musiałem z tym walczyć, mogłem pójść we własną stronę, tylko… „Tylko tamto “Wish”, prawda? Kiedyś byliśmy przyjaciółmi, a przyjaciele nie powinni tak robić”, nie było chyba lepszych okoliczności, aby przypomnieć sobie o widmach przeszłości - przez moment miałem ochotę dodać, że nie zamierzałem zostawić jej samej w nieznanym miejscu, niezależnie od tego, jak bardzo by się przy tym upierała, ale ugryzłem się w język, ponieważ nie chciałem, żeby zabrzmiało to jak kolejna deklaracja, której nie potrafiłbym później wyjaśnić, zamiast tego wyciągnąłem różdżkę i skierowałem ją w stronę ścieżki, próbując odnaleźć drogę, którą przyszliśmy.
- No. - Zacisnąłem usta, kiedy zaproponowała, żebyśmy się stąd zbierali, po czym skinąłem głową, ponieważ wreszcie powiedziała coś, z czym mogłem się zgodzić bez konieczności wdawania się w kolejną dyskusję, miałem dość cmentarza, dość biegania, dość słuchania własnego głosu odbijającego się echem od grobów i dość tego, że nie potrafiłem przestać się nią przejmować, choć wolałbym, żeby było inaczej. Chciałem wrócić do domu, zmyć z siebie zapach sali weselnej i spaceru przez pola, położyć się do łóżka i zapomnieć o tej całej wyprawie, ale jednocześnie niestety chciałem też odprowadzić Prudence bezpiecznie pod drzwi domu Bletchleyów, ponieważ najwyraźniej nie potrafiłem zrezygnować z tego pomysłu nawet wtedy, kiedy miałem już serdecznie dosyć jej towarzystwa, było to absurdalne, ale nie zamierzałem się nad tym zastanawiać.
- Nie, Prudence, oczywiście, że nie zgubiliśmy się przez ciebie. To tylko nowa część cmentarza, której wcześniej nie widzieliśmy. - Odpowiedziałem odruchowo, z wyraźną irytacją, bo chciałem, żeby zabrzmiało to złośliwie, wciąż byłem na nią zły, ale nie potrafiłem już utrzymać w głosie tej samej ostrości, co wcześniej. Spojrzałem na Prue kątem oka, po czym natychmiast odwróciłem wzrok, bo nie chciałem, żeby zobaczyła, jak bardzo byłem zmęczony i jak bardzo miałem ochotę po prostu złapać ją za rękę, pociągając ją w stronę pierwszej ścieżki, która wyglądała chociaż trochę znajomo. Przez moment miałem bowiem wrażenie, że coś mi umykało, że widziałem już tę okolicę, ale nie potrafiłem przypomnieć sobie, w jakich okolicznościach, gdyż nadal łomotało mi serce po tym szaleńczym biegu, adrenalina też jeszcze mnie nie opuściła.
Chodziło o to, że przez chwilę naprawdę bałem się, iż coś jej się stało i nie wiedziałem, co miałbym zrobić, gdyby moje obawy okazały się uzasadnione, nie potrafiłem jednak wypowiedzieć tego wprost, bo brzmiałoby to zbyt szczerze, zbyt odsłaniająco, a ja nie byłem gotowy przyznać, że ta dziewczyna, z którą od miesięcy potrafiłem kłócić się o najmniejsze drobiazgi, miała nade mną większą władzę, niż kiedykolwiek chciałem jej dać. Zamiast tego odwróciłem wzrok, przesuwając snop światła z różdżki po ziemi, dopiero wtedy tak naprawdę zauważyłem, że ścieżka, na której staliśmy, prowadziła w stronę gęściej rozmieszczonych nagrobków. Nie bez powodu, bo byliśmy w starszej części nekropolii, drzewa po obu stronach rosły tak blisko siebie, że ich gałęzie niemal całkowicie zasłaniały księżyc - nie podobało mi się to - nie podobało mi się również, że nie potrafiłem od razu ustalić, w którą stronę powinniśmy pójść, chociaż jeszcze niedawno byłem przekonany, że znałem ten cmentarz wystarczająco dobrze, by bez problemu wyprowadzić nas na drugą stronę. Najwyraźniej moja pamięć topograficzna nie była tak niezawodna, jak lubiłem sobie wmawiać, szczególnie kiedy musiałem korzystać z niej w środku nocy, po alkoholu, w towarzystwie dziewczyny, która właśnie doprowadziła mnie do stanu, w którym miałem ochotę jednocześnie ją udusić i upewnić się, że nie zmarzła. To mnie ponownie wkurzyło, a jakże, więc sam się poprawiłem.
- Znaczy, do cholery, oczywiście, że zgubiliśmy się przez ciebie. Mieliśmy przejść ścieżką, dojść do miasteczka i wezwać Błędnego Rycerza, koniec, kropka. Ale nie, ty musiałaś pobiec w pizdu, więc ja pobiegłem za tobą, potem gdzieś skręciliśmy, potem jeszcze raz, chuj wie, ile razy, właściwie, nie liczyłem, więc teraz jesteśmy tutaj, na jakimś cmentarnym zadupiu, wszystkie groby wyglądają tak samo, drzewa wyglądają tak samo, więc tak, za cholerę nie wiem, skąd przyszliśmy. Nie wiem, Prudence. Zgubiliśmy się i jeśli koniecznie chcesz wiedzieć, to też uważam, że to przez ciebie. To twoja wina. Moja też, bo oczywiście musiałem za tobą polecieć, zamiast pozwolić ci ganiać za tym do rana, ale nie zmienia to faktu, że gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, już dawno bylibyśmy w miasteczku. - Wyrzuciłem z siebie, przy czym ostatnie zdanie zabrzmiało tak jadowicie, że nawet nie próbowałem udawać, iż chodziło mi o coś innego niż czystą złośliwość. - Zajebiście, co nie. - To mówiąc, energicznie ruszyłem przed siebie, oświetlając różdżką kolejne fragmenty ścieżki, starając się rozpoznać cokolwiek, co mogłoby naprowadzić mnie na właściwą drogę. Nie miałem zamiaru przyznawać się do tego, że zaczynałem czuć niepokój, ponieważ nie wiedziałem, jak daleko zaszliśmy ani czy przypadkiem nie znaleźliśmy się bliżej północnej części cmentarza, niż chciałbym być o tej porze, wiedziałem tylko, że musieliśmy iść dalej, trzymać się razem i nie pozwolić, żeby kolejne głupie decyzje pogorszyły sytuację - „więc, oczywiście, musiałem znowu otworzyć na nią gębę, co nie, bardzo logiczne, paniczu Rookwood” - zrobiłem krok naprzód, uważając, żeby nie nadepnąć na wystający korzeń i skierowałem różdżkę w stronę najbliższego nagrobka, za którym coś poruszyło się na tyle wyraźnie, że nie mogłem udawać, iż niczego nie zauważyłem. Nie wiedziałem, co tam było, nie wiedziałem nawet, czy rzeczywiście coś widziałem, czy zmęczenie i ciemność zaczynały płatać mi figle, wiedziałem natomiast, że potem, kiedy już dotrzemy do domu, zamierzałem powiedzieć jej wszystko, czego nie zdążyłem powiedzieć teraz, nawet jeśli miało to oznaczać kolejną kłótnię, bo nie wątpiłem, iż zmiana otoczenia miała ponownie wpłynąć na nasze nastroje.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#12
19.10.2026, 19:35  ✶  

Prudence tak jak powiedziała - nie ruszała się z miejsca. Skoro mówiła, że tego nie zrobi, to się tego trzymała, chociaż jeszcze chwilę wcześniej bez głębszego zastanowienia pobiegła w mrok. Miała świadomość, że to nie była najbardziej rozsądna decyzja, ale wtedy wydawała jej się być właściwa. Nie wątpiła w to, że skoro Aloysius nadal gdzieś tutaj był, to zamierzał skomentować jej zachowanie w odpowiedni sposób. Zbyt dobrze go znała, żeby sądzić iż postanowi to przemyśleć. Zwłaszcza, że wołał ją, krzyczał za nią, a ona zupełnie to zignorowała biegnąc za swoją chustą. Nie wyglądało to najlepiej, nie miała też chyba żadnego odpowiedniego argumentu, żeby jakoś wybronić swoje zachowanie, bo było lekkomyślne. Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Pozwoliła jednak sobie zareagować odruchowo, spontanicznie, co nie zdarzało jej się często. Rzadko kiedy musiała się przed kimkolwiek tłumaczyć, tym razem wiedziała, że nie ominie jej ta część.

- Tak. Słyszałam, co do mnie mówisz. - Nie chciała, żeby znowu, każde z nich błąkało się w pojedynkę w ciemności, skoro udało im się znowu jakimś cudem odnaleźć na tym cmentarzu. To, że się zgubili było tylko i wyłącznie jej winą i jakoś musiała sobie z tym poradzić, Rookwood na pewno jej to wypomni, musiała tylko chwilę poczekać. Widziała jego wyraz twarzy, nie dało się nie zauważyć tej irytacji, która się z niego sączyła. Był wkurzony i było to jej winą. Nie pierwszy raz doprowadziła go do podobnego stanu, tym razem jednak sytuacja była dużo inna niż normalnie. Mieli tymczasowy sojusz, spędzali razem czas, towarzyszyli sobie tej nocy, a ona nie zwracając na niego postanowiła pobiec w pizdu. Doskonale wiedziała, jak to wyglądało - jakby pojawiły się tu jakieś wątpliwości, nie wyglądało to dobrze, wręcz przeciwnie. Nie zastanawiała się nad tym, że on może przejąć się jej chwilowym zniknięciem, nie myślała o tym, że będzie jej szukał, że będzie się wkurzał na to, że nie może jej znaleźć. W tamtej chwili myślała tylko o tym, że chce złapać swoją chustę, a że nigdy nie przejmowała się niczyim przyzwoleniem - bo zazwyczaj znajdowała się wszędzie sama, to i tym razem zachowała się w typowy dla siebie sposób.

- Nie wydaje mi się, aby było o czym rozmawiać. Podjęłam taką decyzję, a nie inną, teraz tu jestem, więc to by było na tyle? - Nie zamierzała się jakoś szczególnie tłumaczyć ze swojego zachowania. Nie było w tym żadnego sensu. Zjebała, tak zgadzali się najwyraźniej co do tego. Miała się teraz przed nim płaszczyć, przepraszała go przecież, widziała, w którym momencie zawiodła, czego niby jeszcze oczekiwał? Jasne, nie chciałaby się znaleźć w podobnej sytuacji, to było słabe, ale no stało się, nic tu teraz po tych wszystkich rozważaniach nie będzie.

- Nie powiedziałam tego. - Nie zamierzała pozwolić mu na wsadzanie nieswoich słów do swoich ust. - Nie powiedziałam, że najlepiej by było gdybyś sobie poszedł, tylko, że nie musiałeś na mnie czekać. - Była bliska, żeby na niego warknąć, jakoś jednak się powstrzymała. Najwyraźniej wrócili do swojego normalnej formy rozmowy szybciej niż się spodziewała, cóż, tak to już z nimi było, czyż nie? - To nie tak, że nie potrzebuje niczego towarzystwa, po prostu w tamtej chwili nie potrzebowałam, jak biegłam w sensie. - Dodała jeszcze gdyby nie zrozumiał. - Wtedy nie potrzebowałam towarzystwa, bo chciałam biec szybko, to nie tak, żebyś mnie spowalniał, ale widziałam gdzie ona leci, a że chciałam ją złapać no to pobiegłam, ignorując wszystko, co działo się wokół. - Skoro musiała mu to szczegółowo wytłumaczyć to właśnie to robiła. Najwyraźniej tego właśnie potrzebował. - To nie tak, że radzę sama sobie ze wszystkim, w sumie zazwyczaj tak jest, ale dzisiaj niekoniecznie musiałam to zrobić, bo razem też nam szło nie najgorzej, ale no pojawił się instynkt i go posłuchałam. - Kto jak kto, ale Aloysius powinien wiedzieć, jak to jest. Czy to nie on był zazwyczaj tym w gorącej wodzie kąpanym, który biegł zanim zdążył pomyśleć? No właśnie. Tym razem jednak padło na nią, co zdecydowanie było odmianą, bo zazwyczaj jednak należała do tych osób, które bardzo mocno analizowały swój kolejny krok, jednak nie dzisiaj. Dzisiaj postanowiła pobiec za swoją własnością tak po prostu. - Nie gorączkuj się tak, przecież nie chciałam, żebyś się o mnie martwił! - Powoli traciła cierpliwość, bo najwyraźniej zamierzał wyrzygiwać jej to wszystko jeszcze przez jakiś czas. - Zrozumiałam za pierwszym razem, nie powinnam była tego robić, wiem o tym, ale tak wyszło. Nikomu nie chciałam nic udowodnić, po prostu chciałam ją złapać. - Po raz kolejny się powtórzyła, ale wychodziło na to, że musiała tak zrobić, bo dalej miał do niej pretensje. Nie miała jakiejś obsesji na byciu samodzielną, chociaż lubiła mieć świadomość, że jest w stanie sobie sama poradzić z każdym kłopotem, który pojawi się na jej drodze. Tym razem również się jej udało, chociaż zaliczyła też przypadkiem spotkanie z tym dziwnym duchem, który nie chciał dać jej spokoju, ale pokazała mu, że się go nie boi przez co w końcu poleciał sobie w pizdu, chociaż nie sądziła, że chodziło mu przede wszystkim o nastraszenie jej, chyba bardziej po prostu szukał towarzystwa.

Być może niepotrzebnie zadała to jedno pytanie, bo dzięki temu miał okazję, aby po raz kolejny się na niej wyżyć. Nie mogła go jednak cofnąć, powiedzieć, że spodziewa się jakie to uczucie, bo widziała, że już się zaczynał gotować i zamierzał jej odpowiedzieć. Odetchnęła głęboko, czekała na jego wywód, bo najwyraźniej dzisiaj te komentarze miały się nie kończyć, fantastycznie, jakoś to zniesie, czyż nie? Nie miała innego wyjścia. To znaczy mogła się odwrócić na pięcie i sobie pójść w siną dal, ale spodziewała się, że gdyby wywinęła mu taki numer drugi raz to mogłaby tego nie przeżyć, istniała szansa, że zakopałby ją za to na tym cmentarzu.

- Na swoją obronę mam tylko to, że nic mi się nie stało, wiem, że mogło, ale nie przemyślałam tego tak jak powinnam, dobrze? Popełniłam błąd. - Nie przyznawała się często do podobnych zbrodni, ale miała świadomość, że tutaj to ona zachowała się nieodpowiednio, wcale się z tym nie kryła. Rozumiała o co mu chodzi. Przeprosiła i przyznała się do winy, czego jeszcze potrzebował? - Tak, nikt nie kazał Ci tego robić, więc dziękuję, dziękuję, że mnie nie zostawiłeś. - Była mu za to wdzięczna i wypadało to powiedzieć, nie musiał się nią przejmować, ale chciał. To ją trochę ruszyło, bo nie sądziła, że tak właśnie będzie. Widziała, że rozzłościło go jej zachowanie, rozumiała to, no starała się zrozumieć, bo przecież nic jej się nie stało, znalazła go i stała przed nim cała i zdrowa, co pewnie nie zmieniało faktu, że bał się o to, że mogło ją tutaj spotkać coś złego.

Westchnęła ciężko, po czym zawiesiła się na moment i wyrecytowała. - Odpowiedzialność zbiorowa jest to zasada, według której za przewinienie danej osoby odpowiada cała grupa, do której ta osoba należy. - Nie powinna tego traktować dosłownie, ale skoro chciał definicji to mu ją dała. - Nie możesz mieć mi za złe tego, że nie wzięłam jej pod uwagę, bo rzadko kiedy robię coś w grupie. - Nie było to pewnie odpowiednim argumentem, ale zamierzała spróbować. Nie mogła pozwalać mu się na sobie wyżywać za jedną, spontaniczną decyzję podjętą pod wpływem chwili.

- Przecież doskonale wiesz, że gdybym nie chciała Twojego towarzystwa to bym tu z Tobą nie przyszła. Ile razy mam Ci tłumaczyć, że oddaliłam się od Ciebie przypadkiem? - Powoli i ona zaczynała się irytować tym jego gadaniem, chciał ruszyć jej sumienie, już to zrobił. Nie musiał się ciągle powtarzać. - Nie wiedziałam, czy nie uznałbyś tego za głupie, a mnie na tym zależało, to tyle, dlatego pobiegłam od razu, bez zastanowienia, to nie znaczyło nic więcej. Dostałam tę chustę od babci, nie chciałam jej zgubić, nie doszukuj się w tym niczego głębszego. Nie chciałam przed Tobą uciekać. Być może powinnam Ci to w między czasie wyjaśnić, ale w tamtym momencie musiałam działać szybko. - Jakby to cokolwiek zmieniało. Nie wydawało jej się, że tłumaczenie, które mu dawało wpłynie jakkolwiek na to w jaki sposób on to odebrał.

Mieli zgodność, co do tego, że warto było już się stąd zbierać. Pojawił się jednak kolejny problem. Najwyraźniej i Rookwood nie był wcześniej w tej części cmentarza. Fantastycznie, prychnęła jednak kiedy usłyszała jego słowa. Nie musiał do niej mówić w taki sposób. - Wiesz co, jeśli chcesz naprawdę mogę sobie stąd pójść i sama zwiedzić tę część cmentarza, skoro dla Ciebie to taki problem. Nie musisz mówić do mnie w ten sposób.- Zdecydowanie nic nie trzymało jej w tym miejscu siłą, jeśli zamierzał dalej odzywać się do niej tak cyniczne to mogła się po prostu odwrócić na pięcie i sobie stąd pójść. Jakoś znalazłaby wyjście, jeśli nie teraz to wraz ze wschodem słońca. - Rozumiem, że to moja wina, ale nie musisz się teraz na mnie wyżywać. - Podkreśliła to jeszcze, bo nie podobało jej się jego zachowanie.

W końcu chyba postanowił sobie ulżyć, bo powiedział to wszystko, co myślał. Fantastycznie. Jakby nie zdawała sobie z tego sprawy, że to, że znajdowali się w czarnej dupie było przede wszystkim jej winą. - Przecież wiem, że zboczyliśmy z drogi przeze mnie, zamierzasz się teraz na tym skupiać i rzucać oskarżenia, czy może jednak poszukać właściwej ścieżki? Jeśli chcesz możesz to robić do rana, bo najwyraźniej dzięki temu czujesz się lepiej. - Ona zdecydowanie wolałaby jednak wybrać inną opcję i zacząć szukać drogi powrotnej. - Przykro mi, że przez moje roztargnienie jesteś skazany na moje towarzystwo, niestety czasu nie mogę cofnąć, więc nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. - Ona również wolałaby być już w miasteczku, jeśli do tego zmierzał, teraz nie marzyła o niczym innym. Powinna się spodziewać tego, że prędzej, czy później skończy się to jakąś kłótnią. - Nie musieliśmy iść wcale przez ten cmentarz, skoro wiedziałeś, że jest tutaj coś niepokojącego i nie znasz go zbyt dobrze. - Dodała jeszcze, bo nie miała zamiaru brać na siebie całej winy za obecną sytuację. Wiedziała, co poszło nie tak przez nią, jednak nie tylko ona powinna mieć do siebie pretensje.

W końcu się ruszył, ona zrobiła to samo, była już jednak mniej ostrożna niż wcześniej, patrzyła pod nogi, ale nie przejmowała się tym, że może coś dotknąć, miała to gdzieś, najwyżej zostanie tutaj faktycznie do wschodu słońca, jeśli zobaczy coś, czego nie powinna widzieć.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
21.10.2026, 10:10  ✶  
Oczywiście, mogłem docenić, że tym razem mnie posłuchała, ale biorąc pod uwagę, że poprzednim razem nie potrafiła nawet zatrzymać się na tyle długo, żeby sprawdzić, czy nie wołałem jej dlatego, że właśnie zauważyłem coś, co mogło ją zabić, uznałem, że nie będę rozdawał pochwał za samo stanie w miejscu i wyglądanie ładnie w mglistym świetle księżyca w pełni.
- Fantastycznie. Czyli problem nie leży w twoim słuchu. Zaczynamy robić postępy. Skoro słyszałaś, następnym razem spróbuj jeszcze posłuchać. Podobno to nieoceniona umiejętność. - Wypowiedziałem te słowa tak wymownie oschłym tonem, na jaki tylko mogłem sobie pozwolić, zanim ponownie zacząłbym krzyczeć. Przywykłem do tego, że potrafiła wyprowadzić mnie z równowagi w czasie krótszym, niż potrzebowałem, żeby wyciągnąć dumę z kieszeni, bo w gruncie rzeczy sam nie byłem pod tym względem lepszy, ale to konkretne stwierdzenie, wypowiedziane prosto w moją twarz, kiedy stała przede mną, z tą swoją durną chustką w dłoniach, uderzyło we mnie w sposób, którego zdecydowanie nie chciałem. Nie byłem niczyim opiekunem, nie miałem duszy prefekta naczelnego, tak jak ona, nie musiałem pilnować każdego kroku, jaki stawiała, ani odpowiadać za jej decyzje - wiedziałem o tym nader doskonale - mogłem w tej chwili odwrócić się na pięcie, zostawić ją z jej cenną własnością i wrócić do domu, gdzie przynajmniej nikt nie próbowałby udawać przede mną sympatii, bo wszyscy tam całkiem szczerze stroniliśmy od wzajemnego towarzystwa i posiedliśmy tę szczególną umiejętność schodzenia sobie z drogi bez karania się interakcją, której mi i Prudence jakoś nadal brakło. Mógłbym to zrobić, obrócić się na pięcie i znaleźć ścieżkę mającą mnie poprowadzić wprost w kamienne ściany rezydencji, lecz tego nie zrobiłem, miałem również pełne prawo być wściekły i nie zamierzałem udawać, że nie przyszło mi to do głowy, szczególnie teraz, kiedy sama zasugerowała mi, że nie spodziewała się po mnie niczego więcej.
Nie, nigdy nie chodziło mi o karanie Prue za przejawy - cóż - ludzkiej natury, ani trochę, w normalnych okolicznościach być może nawet pogratulowałbym jej tego nagłego zrywu spontaniczności, sam też przecież nie byłem najbardziej odpowiedzialny, przynajmniej jeśli chodziło o moje własne zdrowie, ale gdyby naprawdę było mi wszystko jedno, gdzie się podziała, nie biegałbym jednak między nagrobkami, nie krzyczałbym w ciemność, żeby tylko znaleźć ją przed tym, zanim stało się coś złego.
Nie zamierzałem zatem udawać, że tamto zachowanie nie miało znaczenia tylko dlatego, że wróciła w jednym kawałku - owszem, stała przede mną, nie brakowało jej żadnej kończyny, znikąd nie leciała jej krew, a z tonu, jakim mi odpowiadała, wynikało, że poza urażoną dumą nic szczególnego jej nie dolegało - najwyraźniej oczekiwałem zbyt wiele zrozumienia dla moich zszarganych nerwów, skoro takim oto sposobem poinformowała mnie, że nie mieliśmy o czym rozmawiać, ponieważ podjęła decyzję, znalazła się tutaj i w jej ocenie można było postawić na tym wszystkim kreskę. Cholernie wygodne podejście, musiałem jej ponownie przyznać, sam chętnie korzystałbym z takiej metody, gdyby nie to, że przez ostatnie kilka minut zdążyłem sobie wyobrazić wystarczająco wiele rzeczy, których nie miałem ochoty oglądać w rzeczywistości - jasne, mógłbym się cieszyć, że żadne złe proroctwo tak naprawdę nie okazało się prorocze, w końcu wszystko skończyło się dobrze, gdybym tylko nie musiał moment wcześniej rozważać wielu możliwych sposobów, na jakie mogła zrobić sobie krzywdę, począwszy od skręcenia sobie kostki na jakimś korzeniu, skończywszy na wpadnięciu do dziury, której nie zauważyła w ciemności, rozwaleniu sobie głowy, utracie przytomności, hipotermii i… „Od kiedy w ogóle zaczęło mi tak zależeć?! Niedorzeczne, głupie, bezzasadne, chujowe…”
- Ta, jasne. - Prychnąłem pod nosem, zirytowany przede wszystkim własną niezdolnością do zakończenia tej rozmowy, lecz również tym, że Prudence sprowadzała wszystko do tego, jakże racjonalnego, „przecież nic mi nie jest” - „no, wspaniale, wręcz zajebiście” - i gdyby ktoś zapytał mnie, dlaczego nie potrafiłem po prostu przyjąć jej przeprosin i ruszyć dalej, prawdopodobnie odpowiedziałbym, że nie chodziło o przeprosiny, tylko o sposób, w jaki podeszła do całej sprawy. Całe szczęście, nikt mnie tutaj nie pytał o nic, bo jedyna żywa osoba, poza mną, miała głęboko w dupie mój nastrój.
Obejrzałem się na nią, kiedy zaczęła wyjaśniać, że przecież wcale nie powiedziała mi, żebym sobie poszedł, tylko oznajmiła, że nie musiałem na nią czekać - cudownie - różnica była doprawdy przełomowa, prawdopodobnie powinienem był od razu poczuć się lepiej, skoro najwyraźniej w jej głowie istniała jakaś istotna granica między pozwoleniem komuś odejść a poinformowaniem go, że jego obecność nie była konieczna.
- Dobra, co se tam uważasz. - Przejechałem językiem po wewnętrznej stronie policzka, bo kolejne słowa cisnęły mi się na usta, lecz nie wszystkie nadawały się do wypowiedzenia, nawet jak na nasze standardy - nie zamierzałem urządzać jej długiego wykładu na temat semantyki, zwłaszcza że sama przed chwilą zarzucała mi wkładanie jej w usta słów, których nie wypowiedziała. Nie powiedziała, że mam odejść, jasne, powiedziała jednak wystarczająco dużo, żebym zrozumiał, jak niewielkie znaczenie miało dla niej to, że zostałem.
- Ani razu więcej, jeśli łaska. Nie musisz mi tego tłumaczyć. Po prostu nie wciskaj mi, że musiałaś działać szybko, bo to nie jest żaden argument. Gdybyś krzyknęła, pewnie nawet nie zdążyłbym zapytać, po co biegniesz, tylko ruszyłbym za tobą. Złapałem w życiu wystarczająco dużo rzeczy, które nie chciały dać się złapać, Prudence, żeby wiedzieć, jak się do tego zabrać! - Pokręciłem głową. - Wiesz, jak to działa? Ty mówisz „Aloysius, moja chusta!”, ja odpowiadam „świetnie, pokaż mi, gdzie poleciała”, potem oboje próbujemy ją złapać. Niesamowita koncepcja. Wiem, brzmi skomplikowanie, ale jestem pewien, że przy odrobinie praktyki opanowalibyśmy ją oboje. - Urwałem, zacisnąwszy zęby, bo dopiero teraz usłyszałem, jak bardzo osobiście zabrzmiały te słowa, ale nie zamierzałem się z nich wycofywać - nie miałem też ochoty tłumaczyć jej rzeczy tak oczywistych, że samo ich wypowiadanie sprawiało, iż czułem się jak skończony idiota - jeszcze gorsze było to, że im bardziej próbowałem opanować gniew, tym wyraźniej docierało do mnie, jak bardzo zależało mi na tym, żeby zrozumiała, dlaczego tak się zachowałem. Mogłem znieść jej upór, mogłem znieść to, że miała własne zdanie na każdy temat i nie zamierzała ustępować tylko dlatego, że ktoś podniósł głos, sam nie byłbym zachwycony, gdyby ktoś odzywał się do mnie w podobny sposób, ale trudno było mi zdobyć się na odpowiednią skruchę, kiedy nadal miałem przed oczami moment, w którym zniknęła mi w ciemności, zostawiając mnie z własnym głosem odbijającym się od nagrobków i z wyjątkowo nieprzyjemną świadomością, że nie miałem pojęcia, gdzie pobiegła. Nie zamierzałem jej tego wszystkiego jednak tłumaczyć po raz kolejny, zgodnie z życzeniem, próbowałem już wcześniej i najwyraźniej osiągnąłem tyle, że teraz oboje byliśmy w stanie dość sprawnie powtarzać własne argumenty, co nie przybliżało nas ani o krok do wyjścia z tej zasranej nekropolii. Nie zamierzałem także dodawać, że jej argument o samotnym radzeniu sobie z problemami był wyjątkowo kiepski, ponieważ zdążyłem już powiedzieć to na kilka różnych sposobów, a kolejne powtórzenie prawdopodobnie nie uczyniłoby ze mnie ani odrobinę bardziej przekonującego rozmówcy, zwłaszcza że słuchałem jej z rosnącą irytacją, próbując zrozumieć, dlaczego dopiero teraz przyszło jej do głowy, że mogła uwzględnić moją obecność w swoich planach. Nie chodziło nawet o to, że uważałem się za niezbędnego, bo byłem wystarczająco świadomy własnych wad, żeby wiedzieć, iż w niektórych sytuacjach moja obecność potrafiła przynieść więcej szkody niż pożytku, tyle że Prudence nie dawała mi nawet okazji, żeby się o tym przekonać, zamiast tego działała, a potem wyjaśniała, że „przecież niczego nie chciała udowodnić”.
- Chusta od babci. Jasne. Spoko. Rozumiem. - Skinąłem głową, po czym uniosłem brwi, mówiłem zgryźliwie, bo wcale nie zamierzałem ułatwiać tej rozmowy, skoro najwyraźniej Prue również sama postanowiła utrudnić mi ją na wszelkie możliwe sposoby. - Jestem ścigającym, pamiętasz o takim detalu, nie? Bo jeśli zdążyłaś to też wyprzeć, szybkie łapanie rzeczy, które latają jeszcze szybciej, to dosłownie moja specjalność. - Wskazałem na siebie różdżką, po czym natychmiast opuściłem rękę, zirytowany własnym gestem. - Zazwyczaj przy okazji ktoś próbuje mi jeszcze roztrzaskać mordę, więc wybacz, ale gonienie kawałka materiału nie wydaje mi się zadaniem, które wymagałoby ode mnie nadzwyczajnego wysiłku. - Przerwałem, bo nagle dotarło do mnie, że im dłużej mówiła o swoim pośpiechu, tym bardziej zaczynałem się zastanawiać, dlaczego w ogóle nie przyszło jej do głowy, żeby mnie wykorzystać do czegoś, w czym rzeczywiście mógłbym się przydać - oczywiście, bo „mogła sobie doskonale poradzić sama” - nie oczekiwałem przecież, że będzie stała na ścieżce, płacząc nad utraconą chustą, podczas gdy ja bohatersko rzucę się jej na ratunek, ale wystarczyło jedno zdanie, jak już stwierdziłem, „Aloysius, pomóż mi ją złapać” lub „łap”, tyle, nie potrzebowała mojego pozwolenia na zajęcie się własnym pościgiem, lecz nie musiała również prosić mnie o przysługę z odpowiednim wyprzedzeniem.
- Wiesz co, to jest naprawdę niesamowite. - Mój głos stał się podejrzanie spokojny. - Czy ty w ogóle słuchasz, co do ciebie mówię, czy po prostu czekasz na swoją kolej, żeby powiedzieć coś, co doprowadzi mnie do szału? - Wiedziałem, że była świadoma własnej winy, ale wiedziałem również, że nie miała zamiaru przyznać mi racji w kwestii sposobu, w jaki reagowałem, co oznaczało, że mogliśmy spędzić tutaj resztę nocy, przerzucając się argumentami, aż w końcu któreś z nas uznałoby, że lepiej umrzeć, niż kontynuować rozmowę. Nie zamierzałem dawać jej tej satysfakcji, przesunąłem zatem językiem po zębach, starając się powstrzymać kolejną falę złośliwości, która chciała opuścić moje usta.
- Nie, nie muszę. - To było najbliżej przeprosin, jak tylko było mnie obecnie stać, oświetliłem najbliższy nagrobek, próbując odczytać wyryte na nim nazwisko, ale litery były zbyt starte, żebym mógł cokolwiek rozpoznać, więc westchnąłem z frustracji.
- Oczywiście, że mogliśmy nie iść przez cmentarz. Mogliśmy też zamówić powóz, znaleźć jakiś kominek albo spędzić resztę wieczoru, siedząc na schodach przed salą weselną i czekając, aż ktoś łaskawie nas stąd zabierze. Mnóstwo rzeczy mogliśmy zrobić inaczej, Prudence. - Przeniosłem światło różdżki na najbliższy zakręt, po czym ruszyłem w jego stronę, upewniając się, że nadal szła za mną. - Tyle że wtedy wydawało mi się, że znam drogę i najwyraźniej przeceniłem swoje umiejętności. Przyznaję, zjebałem, zadowolona? Czujesz się już lepiej? - Mój głos był cichy, ale wciąż pobrzmiewała w nim bardzo wyraźna irytacja. - Możesz sobie powtarzać, że nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem, ale to nie zmienia faktu, że sama przewróciłaś dzbanek. - Zrobiłem kilka kroków w stronę, która wydawała mi się właściwą, po czym wskazałem ręką ciemną ścieżkę za sobą. - Tak, wiedziałem, że cmentarz jest niepokojący. Dlatego właśnie powiedziałem ci wcześniej. Nie pamiętasz? Czy może ten fragment rozmowy również uznałaś za niewart uwagi, bo akurat miałaś inne plany? - Nie czekałem na odpowiedź, odwróciłem się ponownie, kierując wzrok w miejsce, w którym wcześniej słyszałem podejrzane dźwięki, chociaż te nagle ucichły, po czym podejmując marsz w przeciwnym kierunku. Nie miałem pojęcia, czy prowadził we właściwą stronę, ale przynajmniej nie zamierzałem faktycznie stać tutaj do rana i urządzać kolejnej kłótni o to, kto powinien był podjąć lepszą decyzję, wystarczyło mi w zupełności, że wiedziałem, co zrobiłem źle - spędziłem z nią miły czas na weselu i dałem sobie tym zamydlić oczy.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#14
22.10.2026, 16:50  ✶  

- Mam doskonały słuch, po prostu czasem ignoruje to, czego nie chce usłyszeć, ale powinieneś akurat wiedzieć coś o wybiórczym słuchu. - Akurat jemu też zdarzało się często słyszeć tylko to, co chciał usłyszeć, więc uważała to za lekką hipokryzję. Łatwo było mieć pretensje do innych, kiedy zachowywali się w podobny sposób, czyż nie?

Wiedziała, że znajdowali się tu razem, powinna wziąć pod uwagę, to co miał jej w tamtym momencie miał jej do przekazania, ale tego nie zrobiła. Stało się. Nie musiał jej tak bardzo pokazywać swojego niezadowolenia. W sumie przecież nie zrobiła niczego okropnego, po prostu pobiegła przed siebie niekoniecznie wiedząc, co na nią czeka w ciemności, ale tak, czy siak zakończyło się to dobrze.

- Możesz sobie wierzyć w co chcesz. - Nie spodobało jej się to jego ta, jasne. W ogóle nie podobało jej się to, w którą stronę zmierzała ta rozmowa. Strasznie się na nią wkurzył, nie spodziewała się, że w ogóle się tym przejmie, a na pewno nie zakładała, że, aż tak go to ruszy. Jakby naprawdę bał się, że mogła stać się jej krzywda, a przecież nawet jej nie lubił! To było dziwne, bardzo dziwne i nie miała pojęcia, jak powinna się zachować. Ileż mogła go przepraszać za jedną, szybką, spontaniczną decyzję?

- Merlinie, naprawdę? Naprawdę w Twoim mniemaniu to by aż tyle zmieniło? To oczywiste, że musiałam mieć powód, żeby się ruszyć. Najwyraźniej zresztą wcale nie jesteś takim specjalistą od łapania rzeczy, skoro nie byłeś w stanie mnie dogonić, kto by się spodziewał, że jestem w stanie tak łatwo Ci uciec, co? - Nieco zmieniła swoje podejście do tej rozmowy, bo miała już dość tego ciągłego obwiniania jej za tę jedną, głupią decyzję. - W momencie, w którym zaczęłabym Ci mówić, gdzie odleciała, zdążyłaby polecieć gdzieś daleko, a tak udało mi się ją złapać, więc naprawdę to nie było potrzebne. Jakoś sobie z tym poradziłam. - Nie musiała prosić się o jego pomoc, chociaż najwyraźniej dla niego było to całkiem logiczne, że skoro się tu razem znaleźli, to powinni ze sobą współpracować nawet podczas takich błahych rzeczy.

- Wiesz co, to wcale nie jest takie oczywiste, jak się może wydawać, raczej nie masz w zwyczaju wyciągać do mnie ręki, więc daj mi spokój. - Może, gdyby łączyły ich inne relacje, to nie miałaby problemu z poproszeniem o wsparcie, ale to jak to wszystko wyglądało między nimi, raczej nie skłaniało do tego, żeby pokazywać swoje słabości. Jakby to wyglądało? Miała pokazać mu, że sobie nie radzi, że potrzebuje pomocy, dobre sobie - nie wiadomo kiedy mógł to przeciwko niej wykorzystać. Jeden, całkiem miło spędzony razem dzień nie zmieniał tego, jak się wszystko między nimi układało i ktoś musiał sobie o tym prędzej, czy później przypomnieć.

- Właśnie, że nic nie rozumiesz. - Przewróciła jeszcze oczami, bo nie wydawało jej się, żeby cokolwiek do niego docierała. Miała wrażenie, że już wszystko między nimi wróciło do normy, pojawił się ten stały rytm, znowu obrzucali się nawzajem oskarżeniami. - Czy ktoś kto nie jest ścigającym nie ma prawa pobiec za swoją własnością? Twoim zdaniem nie nadaje się do tego? Tylko wy możecie to robić? To jest śmieszne, ten argument jest do kitu. - Dodała jeszcze. Jasne, był wielkim sportowcem, mało kto mógł się z nim równać, ale ona też potrafiła biegać, gdy wymagała tego sytuacja. Potrafiła walczyć o swoje rzeczy.

- No, dla mnie to też nie było szczególnie skomplikowane, nawet się o nic nie potknęłam, więc daruj sobie, nie potrzebowałam Twoich wyjątkowych umiejętności, żeby udało mi się to zrobić. - Miała ochotę na niego warknąć, bo nie podobało jej się, jak próbował jej udowodnić, że sama nie miała prawa się tym zajmować, kiedy był obok. Tylko dlatego, że on był sportowcem, co z tego?

- Tak, specjalnie doprowadzam Cię do szału, masz mnie. - Pokręciła jeszcze głową z niedowierzaniem. Naprawdę jej to zarzucał, kiedy sam robił dokładnie to samo? Nie docierały do niego jej słowa, miał gdzieś jej wytłumaczenie, zaczął się na niej wyżywać - a na to zdecydowanie nie miała zamiaru mu pozwolić. Każdy miał prawo popełniać błędy, nie poinformowała go o swoich zamiarach, przeprosiła za to, a teraz tutaj wróciła. Na co jeszcze liczył?

- No jasne, że nie musisz, ale chcesz, widzę, że sprawia Ci to satysfakcję. - Ciągnął ten temat, jakby popełniła jakąś ogromną zbrodnię. Nie podobało jej się to zupełnie i wcale nie bała się o tym mówić. Prue nie miała problemu z wyrażaniem swojego zdania, więc mówiła to, co uważała za słuszne. Zresztą była przyzwyczajona do tego, że ich dyskusje wyglądały właśnie w ten sposób.

- Nie jestem zadowolona. - Wyrzuciła z siebie w końcu, jej zdaniem wina leżała po obu stronach. Zjebali, mogli zrobić wiele rzeczy inaczej, a teraz utknęli w jakiejś dziwnej części cmentarza, z której pewnie szybko nie znajdą wyjścia, przez co będą musieli jeszcze dłużej przebywać w swoim towarzystwie, a to już zdecydowanie im nie służyło.

- Myślałam, że chcesz mnie po prostu przestraszyć, nie byłby to pierwszy raz, więc raczej uznałam, że trochę przesadzasz, i robisz to specjalnie. - Nie miała innych planów, słuchała go uważnie, jednak dzieliła to co mówił przez dwa, bo nigdy nie wiadomo czego można się po nim spodziewać. Najwyraźniej dzisiaj jednak postanowił być z nią szczery, co za ironia. - Wszystko pamiętam. - Mruknęła jeszcze cicho, bo akurat tego zarzutu nie mogła zaakceptować. - Może i przewróciłam dzbanek, ale to teraz Ty się taplasz w jego zawartości. - Dodała jeszcze. Zdecydowanie powinni się ruszyć, zamiast stać i o tym dyskutować. Zwłaszcza, że to miejsce faktycznie było odrobinę niepokojące.

Ruszył przed siebie, a ona szła za nim. Nie miała innego wyjścia, skoro weszli tutaj razem, to powinni też razem opuścić cmentarz. Miała nadzieję, że łatwo im to pójdzie, bo kończyła jej się cierpliwość i jeśli dalej będą się tak przepychać argumentami, to raczej utkną tu dłużej, niż by tego chciała. Marzyła o tym, aby znaleźć się w swoim domu, w swoim łóżku i zapomnieć o tej nocy, chociaż wiedziała, że to się nigdy nie wydarzy, że też jeszcze kilkanaście minut wcześniej myślała o tym, że ten wieczór był całkiem udany.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#15
Wczoraj, 00:30  ✶  
Oczywiście, że zdarzało mi się słyszeć tylko to, co chciałem usłyszeć, zdarzało mi się też ignorować rozsądne rady, podejmować decyzje pod wpływem impulsu i robić rzeczy, których później nie miałem najmniejszej ochoty tłumaczyć, ale nie przypominałem sobie, żebym w ostatnich latach oczekiwał od Prudence, że będzie stała obok i z uśmiechem przyjmowała wszystkie konsekwencje moich pomysłów, ponieważ przecież „nic złego się nie stało”.
Na uwagę o wybiórczym słuchu prychnąłem pod nosem, nie zamierzając nawet udawać, że nie dostrzegałem ironii, chociaż różnica między nami polegała na tym, że ja przynajmniej nie usiłowałem się wybielać, kiedy celowo kogoś ignorowałem, podczas gdy ona najwyraźniej uważała własną skłonność do słuchania wyłącznie tego, co akurat jej odpowiadało, za całkowicie uzasadniony element osobowości - „jestem jaka jestem”, co nie - przez moment miałem najszczerszą ochotę pogratulować jej tego doskonałego słuchu, bo potrafiła naprawdę bezbłędnie wyłapywać z moich wypowiedzi wyłącznie te fragmenty, które nadawały się do wykorzystania przeciwko mnie, pomijając przy tym całą resztę, ale ostatecznie uznałem, że nie potrzebowała kolejnego potwierdzenia własnych umiejętności. Z wybiórczym słuchem rzeczywiście miałem pewne doświadczenie, jasna sprawa, zwłaszcza kiedy Prudence Bletchley zaczynała mówić rzeczy, których nie miałem ochoty słuchać, tyle że istniała zasadnicza różnica między ignorowaniem czyjegoś marudzenia pośrodku jasnego korytarza a zniknięciem w ciemności, kiedy ten ktoś próbował cię zatrzymać - przynajmniej w moim przekonaniu, bo ona z pewnością i na to miałaby własne argumenty - nie zamierzałem wdawać się w kolejną dyskusję o tym, kto z nas był większym hipokrytą, ponieważ oboje mieliśmy w tej dziedzinie wystarczająco dużo doświadczenia, żebyśmy mogli spędzić na wzajemnym wytykaniu sobie wad resztę nocy. Kiedy jednak oznajmiła, że mogłem sobie wierzyć, w co chcę, prychnąłem pod nosem. „No proszę, teraz jeszcze dostałem pozwolenie na posiadanie własnego zdania. Cóż za hojność”, być może powinienem jej podziękować, dygnąć i zapewnić, że będę korzystał z tego przywileju odpowiedzialnie, choć szczerze mówiąc, w tej chwili miałem ochotę skorzystać z niego przede wszystkim po to, żeby powiedzieć jej dokładnie, co myślałem o całym tym przedstawieniu.
- Och, nie martw się, właśnie to robię. Na przykład wierzę, że gdybyś przez te kilka sekund pomyślała, zanim ruszyłaś w pizdu, oszczędzilibyśmy sobie tego uroczego spaceru krajoznawczego. Potrafię też sobie wyobrazić, że następnym razem, kiedy postanowisz gdzieś zniknąć, po prostu uszanuję twoje głębokie pragnienie samodzielnego podejmowania decyzji i nie będę marnował czasu na szukanie cię po krzakach. - Głos miałem suchy, pozbawiony rozbawienia. - A skoro najwyraźniej nie jesteś zainteresowana tym, co mam do powiedzenia, nie będę ci również przeszkadzał w pielęgnowaniu własnej wersji wydarzeń. Możesz sobie nawet wmówić, że wszystko poszło znakomicie, skoro udało ci się złapać drogocenny kawałek materiału i nie uszkodzić sobie przy tym pięknej buźki. Gratuluję zdobyczy. - Zaczynałem podejrzewać, że niezależnie od tego, co powiedziałbym teraz Prudence, ona i tak znalazłaby sposób, żeby odwrócić kota ogonem. Kłamstwo przyszło mi z nieprzyjemną łatwością, praktycznie bez wahania w tonie, co w jakiś pokrętny sposób tylko pogorszyło mi humor, bo jednocześnie chciałem wierzyć w to, że oboje doskonale wiedzieliśmy, iż gdyby sytuacja się powtórzyła, prawdopodobnie zrobiłbym dokładnie to samo, co tym razem, tyle że przeklinałbym przy tym znacznie głośniej, nie zamierzałem jednak dawać jej tej satysfakcji i wyjaśniać, że moje deklaracje miały bardzo ograniczoną wartość, kiedy w grę wchodziło jej bezpieczeństwo. Wolałem skupić się na tym, że najwyraźniej uznała za stosowne podważyć moje umiejętności łapania czegokolwiek, skoro nie zdołałem jej dogonić. Właściwie nie miałem zamiaru jej odpowiadać, dopóki nie zaczęła opowiadać o tym, jak łatwo zdołała mi uciec, skoro byłem takim wspaniałym specjalistą od łapania rzeczy, wtedy zatrzymałem się w pół ruchu, szczerze zdumiony, że zdecydowała się pójść akurat w tę stronę.
- Słucham? - Spojrzałem na nią z niedowierzaniem, po czym roześmiałem się krótko. - Naprawdę zamierzasz wykorzystać fakt, że nie dogoniłem cię na cmentarzu, jako argument przeciwko moim umiejętnościom? Prue, kochanie, gdybym wiedział, że zależy ci na sprawdzeniu mojej formy, mogliśmy umówić się na trening na boisku. Z przyjemnością pozwoliłbym ci spróbować dotrzymać mi kroku w warunkach, w których nie musiałbym się zastanawiać, czy zaraz wpadniesz do dziury, rozbijesz sobie głowę o nagrobek albo znikniesz za kolejnym zakrętem, bo akurat uznasz, że „a chuj mi tam”. - Naprawdę nie wiedziałem, czy powinienem się śmiać, czy zacząć tłumaczyć jej podstawy komunikacji międzyludzkiej, co byłoby o tyle upokarzające, że Prudence potrafiła wykazać się wyjątkową inteligencją, kiedy tylko miała na to ochotę. Gdybyśmy znajdowali się gdziekolwiek indziej, prawdopodobnie nawet uznałbym to za zabawne, szczególnie wiedząc, że nawet nie zbliżała się do miotły, lecz w tych konkretnych okolicznościach cholernie nie podobało mi się, jak łatwo przyszło jej potraktowanie całej sprawy w kategoriach naszej typowej rywalizacji, jak gdyby naprawdę chodziło o to, kto z nas potrafił szybciej przebiec kilkadziesiąt metrów. Nie miałem zamiaru jej zabraniać biegania, skakania przez płoty ani wdawania się w pościgi za rzeczami, które postanowiły odlecieć w siną dal, chciałem tylko, żeby przestała traktować mnie jak kogoś, kogo obecność można było zignorować, dopóki nie stawał się potrzebny do kłótni.
- Dwa słowa. „Rookwood, łap”. Jestem przekonany, że nawet w stanie głębokiego upojenia alkoholowego zrozumiałbym, o co ci chodzi, choć przyznaję, że twoja wiara w moje zdolności poznawcze urzeka. - Nie zamierzałem odpuszczać, zwłaszcza kiedy zaczęła zapewniać mnie, że przecież nie zrobiła niczego szczególnie trudnego i nie potrzebowała moich wyjątkowych umiejętności. - Podejrzewam, że jeszcze kilka takich sukcesów i będziesz mogła ubiegać się o miejsce w reprezentacji. - Przesunąłem światłem różdżki po nagrobkach, szukając jakiegoś punktu orientacyjnego, po czym dodałem, zanim zdążyła uznać, że właśnie przyznałem jej rację. - I żebyśmy mieli jasność, nie twierdziłem, że nie potrafisz biegać. Nie przypominam sobie, żebym kwestionował twoją zdolność do poruszania nogami w odpowiednim kierunku. - Pokręciłem głową, ponieważ naprawdę zaczynałem mieć dość tej rozmowy, zwłaszcza że zdawała się traktować moje słowa jak osobisty atak na jej kompetencje, nie zamierzałem odbierać jej prawa do samodzielnego podejmowania decyzji, za to z każdą kolejną wypowiedzią coraz trudniej było mi uwierzyć, że rzeczywiście rozumiała, o co miałem pretensje. Nie spodobało mi się również to, co powiedziała o wyciąganiu do niej ręki, bo przez ułamek sekundy miałem ochotę zapytać, czy naprawdę uważała mnie za kogoś, kto z premedytacją odmówiłby jej pomocy po tym, jak nawiązaliśmy sojusz, nawet tymczasowy, którego nie złamaliśmy przez kilka godzin, tylko po to, żeby później móc wypomnieć jej słabość. Te słowa sprawiły, że uśmiechnąłem się krzywo i nie było w tym niczego szczególnie przyjaznego. Nie miałem w zwyczaju wyciągać do niej ręki, tak? „Ciekawe”. Najwyraźniej ostatnie kilka godzin spędziliśmy w zupełnie innych rzeczywistościach, bo niby to ona dysponowała doskonałą pamięcią, tymczasem teraz najwyraźniej tylko ja pamiętałem, że przyszedłem tutaj z nią, że dotrzymywałem jej towarzystwa na weselu i obcych ludzi, że próbowałem przeprowadzić nas przez cmentarz i że kiedy zniknęła, pobiegłem jej szukać, zamiast uznać, iż dorosła dziewczyna powinna doskonale radzić sobie sama, ale oczywiście to wszystko można było zignorować, kiedy wygodniej było utrzymywać, że nie miała powodów, żeby mi zaufać.
Pytanie ugrzęzło mi w gardle, ponieważ odpowiedź mogłaby okazać się znacznie bardziej nieprzyjemna, niż byłem gotów przyjąć, więc zamiast tego prychnąłem i pokręciłem głową.
- Oczywiście, że nie masz powodu mi ufać. Przecież nigdy w życiu nie zrobiłem niczego, co mogłoby cię przekonać, że czasem potrafię zachować się przyzwoicie. - Mój głos stał się wyraźnie chłodniejszy, przez chwilę miałem ochotę dodać coś jeszcze, coś wyjątkowo podłego, co pozwoliłoby mi odzyskać przewagę w tej rozmowie, lecz ugryzłem się w język, bo nie potrzebowałem kolejnej kłótni o to, kto komu co kiedyś powiedział - nie zmieniało to faktu, że jej słowa zabolały mnie bardziej, niż chciałem przyznać, zwłaszcza że nie pamiętałem, kiedy ostatnio tak wyraźnie poczułem, jak wiele rzeczy zdążyło się między nami zmienić.
- Naprawdę? A ja myślałem, że właśnie przeżywasz najlepszą noc swojego życia. Cmentarz, brak drogi powrotnej, pijany narzeczony, który nie przestaje gadać. Czego więcej można chcieć? - Spytałem, nawet jeśli miałem ochotę odpowiedzieć, że gdyby rzeczywiście zależało mi wyłącznie na własnej satysfakcji, już dawno zostawiłbym ją samą z tą przeklętą chustą i pozwoliłbym jej przekonać się, jak świetnie radziła sobie bez niczyjej pomocy, lecz nie powiedziałem tego od razu - wiedziałem, że byłoby to kłamstwo, właśnie dlatego tak bardzo mnie to kusiło.
Przez moment po prostu patrzyłem wprost na nią, zastanawiając się, czy naprawdę uważała, że w środku nocy, po naprawdę dobrze spędzonym wspólnie czasie nagle urządzałem sobie z nią kolejną głupią zabawę, czy tylko chciała mnie jeszcze bardziej wkurwić - nie zamierzałem udawać, że nigdy wcześniej nie robiłem jej podobnych numerów, bo oboje wiedzieliśmy, że miałem na koncie wystarczająco dużo idiotycznych pomysłów, żeby takie podejrzenia nie wzięły się zupełnie znikąd, ale tym razem naprawdę nie zależało mi na wywołaniu kolejnej kłótni, nie bawiłem się w straszenie, nie próbowałem udowodnić jej, że cmentarz był niebezpieczny, nie czekałem za drzewem, żeby wyskoczyć i zobaczyć, jak podskakuje, po prostu nie mogłem jej znaleźć, ale przecież byłem beznadziejny, nie? Miałem swoje za uszami, doskonale o tym wiedziałem, nie zmieniało to jednak faktu, że nie próbowałem urządzić jej żadnego przedstawienia, a i tak mi się dostało.
Ciche zapewnienie, że wszystko pamiętała, nie zrobiło na mnie większego wrażenia, bo zdecydowanie zdawałem sobie z tego sprawę, lecz w tym momencie byłem skłonny stwierdzić, że gdyby rzeczywiście zapamiętała wszystko, co jej powiedziałem, prawdopodobnie nie stalibyśmy teraz w tej części cmentarza. Przesunąłem snop światła po ziemi, zatrzymując go na wąskiej ścieżce prowadzącej między nagrobkami, po czym odwróciłem się do Prudence.
- Świetnie. W takim razie może uświadom sobie również, że nie jestem zobowiązany do udawania, że wszystko jest w porządku, bo postanowiłaś przeprosić i następnym razem spróbuj zastosować tę wiedzę w praktyce, zamiast przypominać sobie o niej dopiero wtedy, kiedy sytuacja zdąży się spieprzyć. - Odmruknąłem dostatecznie głośno, aby to do niej dotarło, zabrzmiało to wystarczająco jadowicie, żebym mógł uznać temat za chwilowo zamknięty, chociaż doskonale wiedziałem, że Prudence nie należała do osób, które rezygnowały z ostatniego słowa tylko dlatego, że ktoś wyraźnie dawał im do zrozumienia, iż miał już serdecznie dość, toteż zaraz doszedł do mnie ten komentarz o taplaniu się, na który obdarzyłem ją naprawdę mroźnym spojrzeniem.
- Zgadza się. Ty przewróciłaś dzbanek, ja sprzątam bałagan. Odkrywcze. - Parsknąłem. - Nie martw się, Bletchley, nie zamierzam cię prosić o ścierkę. - Rzuciłem jej krótkie spojrzenie, przez moment naprawdę rozważałem, czy celowo próbowała doprowadzić mnie do stanu, w którym sam zacznę kopać groby, po czym odwróciłem się, kierując światło na żwir pod naszymi nogami, i ponownie ruszyłem przed siebie, ponieważ jeśli nadal mieliśmy stać w miejscu i roztrząsać każde wypowiedziane słowo, moglibyśmy równie dobrze rozłożyć sobie posłanie na najbliższej płycie nagrobnej. Przyspieszyłem kroku, trzymając różdżkę przed sobą, skupiwszy się na tym, by znaleźć właściwą drogę, ponieważ w tej sytuacji znacznie łatwiej było mi szukać wyjścia z cmentarza niż odpowiedzi na pytanie, dlaczego wciąż zależało mi na tym, żeby wreszcie zrozumiała, co próbowałem jej przekazać.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (13129), Prudence Fenwick (6566)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa