• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[07/1957] But we have miles left to regret | Aloysius, Prudence

[07/1957] But we have miles left to regret | Aloysius, Prudence
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
23.10.2026, 18:08  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.10.2026, 18:09 przez Benjy Fenwick.)  
Łupnięcie, zgrzyt, przeciągły jęk metalu, po którym nastąpiło kilka podejrzanie głośnych stuknięć dobiegających spod podłogi, niemal wypuściłem z ust przekleństwo, którego zdecydowanie nie wypadało używać przy damach, nawet jeśli wspomniane od dłuższego czasu doprowadzały mnie do stanu, w którym przestawałem przejmować się podobnymi drobiazgami - magiczny autokar pędził przez noc, nie bacząc na nic, ani na nikogo…
„Co za jebany złom, rzygać się chce”.
Zacisnąłem zęby, kiedy siedzenie ponownie gwałtownie podskoczyło mi pod dupą, po czym rozparłem się na nim jeszcze bardziej, wyciągając nogi na zewnątrz, w stronę przejścia między rzędami, bo może na własne życzenie musiałem znosić tę nocną przejażdżkę, ale jednocześnie nie zamierzałem skupiać się na zachowaniu dobrych manier, podczas gdy ledwo mieściłem kolana między siedzeniami. Nie miałem zresztą szczególnej ochoty ułatwiać nikomu życia własnym kosztem, bo już mi tego wystarczyło, jak na jeden paskudny wieczór, toteż skrzyżowałem ręce na piersi i uznałem, że skoro już przyszło mi uczestniczyć w tej żałosnej wyprawie, przynajmniej nie będę udawał, że mogłem czerpać z niej jakąkolwiek przyjemność - to nie była wycieczka krajoznawcza - usiadłem od strony alejki, z nogami wyciągniętymi przed siebie tak daleko, że każdy, kto chciałby się przecisnąć, musiałby albo poprosić mnie o pozwolenie, albo wykazać się umiejętnościami godnymi zawodnika quidditcha lub Prudence Bletchley w tej dzisiejszej, skocznej odsłonie, która znajdowała się na siedzeniu tuż obok, co odnotowywałem kątem oka z częstotliwością, której z pewnością bym się wyparł, gdyby ktokolwiek postanowił mnie z tego rozliczać. Nie oznaczało to, oczywiście, że zwracałem na nią szczególną uwagę, miałem po prostu dobry wzrok, czego zresztą należało oczekiwać po Rookwoodzie, nie zamierzałem się do niej odwracać, nie zamierzałem też sprawdzać, czy patrzyła w moją stronę, ponieważ miałem swoje zasady, a jedną z nich było nieokazywanie zainteresowania osobom, które w danej chwili zasługiwały najwyżej na moją demonstracyjną obojętność. Oczywiście, gdyby zechciała coś powiedzieć, byłbym zmuszony odpowiedzieć, bo całkowite ignorowanie jej obecności wymagałoby wysiłku niewspółmiernego do korzyści, szczególnie w tak ciasnym pojeździe, póki co jednak mogłem pozwolić sobie na milczenie, przyglądając się przelotnie odbiciu własnej twarzy w szybie i zastanawiając się, czy wyglądałem dostatecznie nieprzystępnie. Wolałem wierzyć, że tak.
Kolejne szarpnięcie sprawiło, że ciężkie podeszwy moich butów zsunęły się z krawędzi siedzenia naprzeciwko, po czym z hukiem wylądowały na podłodze, autokar znowu szarpnął, więc odruchowo zaparłem pięty o podłogę, przy okazji niemal zahaczając butem o przechodzącego czarodzieja, który sekundę później prawie wylądował na kimś trzy rzędy dalej. Zakląłem cicho, poprawiłem nogi i oparłem głowę o zagłówek, wzdychając z teatralną przesadą godną kogoś, komu właśnie odmówiono dziedziczenia rodzinnej fortuny i zamiast tego wysłano go
- Fantastyczny środek transportu. - Mruknąłem, nie wiedząc, czy robiłem to bardziej do siebie, czy może już do Prue, chociaż nie zamierzałem się tym szczególnie przejmować. - Naprawdę, gdybym wiedział, że czeka nas coś takiego, wolałbym iść pieszo. - Sarknąłem, nie dodałem, że wówczas musiałbym iść razem z nią, bo ta myśl, choć przy końcu wieczoru była jeszcze całkiem przyjemna, nie pasowała do mojego aktualnego stanowiska w sprawie całego świata.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
23.10.2026, 18:33  ✶  

Prue oparła głowę na szybie, przez co czuła każdą dziurę, w którą wjeżdżało koło magicznego autobusu jeszcze mocniej. Głowa uderzała o okno, ale to ignorowała, obraz za nim wydawał jej się bowiem bardzo interesujący - to nic, że było ciemno, przynajmniej nie musiała spoglądać na towarzysza swojej podróży. Niestety słyszała wszystkie dźwięki, które wydawał, albo jej się wydawało, raczej nie, chyba sapał coś pod nosem. Cóż - na pewno był przyzwyczajony do wygodniejszych środków transportu, kto to widział, żeby szlachcic woził się w czymś takim. Uśmiechnęła się do siebie na samą myśl, jak bardzo rozwijającym mogło to być dla niego doświadczeniem.

Starała się na niego nie patrzeć, nie potrafiła jednak oprzeć się temu, aby chociaż rzucić okiem na to, jak wyglądał w takiej sytuacji. Gabarytowo mógł mieć problem ze zmieszczeniem się między siedzeniami, w sumie pewnie dlatego tak wyciągnął te swoje długie nogi, nie patrzył na to, że mógł powodować dyskomfort u innych ludzi. Widać było, że uważa siebie za ważniejszego, wrócił do nich prawdziwy Aloysius. Na tym weselu zapomniała na chwilę o tym, kogo miała przed sobą, bardzo szybko jednak jej o tym przypomniał.

Nie przeszkadzało jej to, że się nie odzywał, w sumie nie miała pojęcia po co wpakował się z nią do tego pojazdu, w jakim celu, skoro teraz pokazywał swoje niezadowolenie. Mieszkał przecież w Little Hangleton, mógł już dawno być w domu, a jednak jechał z nią tym cholernym autobusem - pewnie dlatego, żeby jeszcze chociaż przez chwilę się nad nią poznęcać. To był idealny argument, przynajmniej w głowie Bletchley.

- Tak naprawdę to wcale nie musiałeś nigdzie iść, to znaczy mogłeś pójść do domu, nikt Ci nie kazał wsiadać do tego autobusu. - Na pewno zaraz odpowiednio skomentuje jej słowa, nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, ale nie mogła powstrzymać się przed komentarzem. - Nie wiem po co zgrywasz męczennika. - Dodała jeszcze, bo skoro już się odezwał, to zamierzała zrobić to samo. Nie odwróciła się, kiedy się odzywała. Mruczała słowa pod nosem, tak, żeby nikt ich przypadkiem nie podsłuchał, bo nie chciała urządzać tutaj przedstawienia, ale nie mogła po prostu tego zostawić. Zachowywał się tak, jakby ktoś kazał mu wsiąść do autokaru.

- Normalni ludzie tak się przemieszczają, ale co Ty możesz wiedzieć o normalności. - Nie wątpiła w to, że jego rodzina posiadała magiczną karocę, którą poruszała się po okolicznych drogach, na pewno nie korzystała z publicznego transportu, więc okropnie łatwo przychodziło mu narzekanie. To nie były jego standardy, co trochę ją bawiło. Nie spodziewała się bowiem, że kogoś może ruszyć coś takiego.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
23.10.2026, 19:52  ✶  
Cała ta podróż była absurdalna, w dodatku do czego, moja towarzyszka zdawała się uważać, że znalazła się na pozycji pozwalającej jej wygłaszać sądy o moim zachowaniu, co doprowadzało mnie do szału w stopniu nieproporcjonalnym do wypowiedzianych przez nią słów, bo najwyraźniej zapomniała, że nie potrzebowałem jej pozwolenia, by zrobić cokolwiek. Z początku uznałem, że powinienem pozwolić jej mówić, bo przecież nic tak nie kompromitowało cudzych argumentów jak pozostawienie ich bez odpowiedzi, szczególnie kiedy ktoś z uporem godnym lepszej sprawy próbował wmówić mi, że sam byłem odpowiedzialny za sytuację, w której się znalazłem, słuchałem więc, opierając głowę o zagłówek, z nogami wciąż bezczelnie wyciągniętymi na środek przejścia, chociaż na ostatnie zdanie poruszyłem stopą, jakbym właśnie rozważał, czy warto było poświęcić choćby odrobinę wysiłku na odwrócenie się w jej stronę. Właściwie nie musiałem tego robić, żeby wiedzieć, jak wyglądała, ponieważ znałem Prue wystarczająco długo, by rozpoznawać te drobne oznaki zadowolenia, które pojawiały się u niej zawsze wtedy, gdy wydawało jej się, że udało jej się mnie sprowokować. Miała zresztą powody do samozadowolenia, skoro rzeczywiście jako pierwszy przerwałem milczenie, lecz nie zamierzałem ułatwiać jej zadania przez przyznanie, że osiągnęła cokolwiek poza zmuszeniem mnie do wysłuchania kilku wyjątkowo niemądrych uwag, ponieważ cisza w jej wykonaniu miała szczególną właściwość - nigdy nie trwała wystarczająco długo, bym zdążył uznać ją za przyjemną - poruszała ustami, prócz tego jednak wciąż patrzyła w szybę, co zaczynało mnie irytować z powodów, których nie zamierzałem szczegółowo roztrząsać. „Doprawdy, fascynujące”, w samym środku nocy, kiedy zamiast pól, kóz i pagórków można było zobaczyć głównie własne odbicie i sporadyczne rozbłyski świateł, znalazła sobie zajęcie godne największych odkrywców magicznego świata. Miałem ochotę zapytać, czy dostrzegła już coś interesującego, lecz powstrzymałem się, bo nie zamierzałem zmieniać tematu, gdy już go zaczęła.
Oczywiście, że mogłem wrócić do domu, mogłem też odmówić udziału w weselu, nie pić tego, co mi podawano, nie wdawać się w rozmowy, które okazały się katastrofalne w skutkach i prawdopodobnie tym samym oszczędzić sobie kilku godzin wyjątkowo nieprzyjemnych rozważań, gdybym tylko dysponował wówczas odrobiną rozsądku, którego najwyraźniej zabrakło mi w kluczowym momencie, bo chciałem być miły. Problem polegał na tym, że nie miałem ochoty tłumaczyć żadnej z rzeczy, które mną wtedy kierowały, ponieważ samo wyjaśnianie własnych pobudek komuś takiemu jak Prudence Bletchley wydawało mi się upokorzeniem, na które nie zasługiwałem, nawet jeśli okoliczności zdawały się mieć w tej kwestii odmienne zdanie. Nie zamierzałem jej wyjaśniać, dlaczego wsiadłem do autobusu, tym bardziej, skoro najwyraźniej zdążyła już wymyślić własną wersję wydarzeń, w której występowałem w roli wyjątkowo podłego prześladowcy, ale musiałem przyznać, że miała pewien talent do przypisywania mi jak najgorszych intencji, nawet jeśli sam nie zdążyłem ich dobrze określić, byłem pewien, że gdyby ktoś zapytał ją o przyczynę mojego obecnego położenia, przedstawiłaby sprawę w taki sposób, jakbym osobiście błagał o możliwość uczestniczenia w tej wyprawie, po czym przez całą drogę urządzał przedstawienie, domagając się współczucia i jednocześnie czyniąc jej życie koszmarem na kółkach.
Zmrużyłem oczy, znowu patrząc przed siebie, po czym przesunąłem jedną nogę nieco dalej w alejkę, drugą natomiast przenosząc bliżej niej, bo skoro już poprowadziła ze mną rozmowę, mogła przynajmniej pogodzić się z faktem, że nie zamierzałem ustępować jej miejsca, przestrzeni ani ostatniego słowa Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, wpatrując się w światła rozlewające się za szybą kierowcy, po czym wydałem z siebie ciche, pełne niedowierzania parsknięcie, bo naprawdę trzeba było mieć tupet, żeby najpierw doprowadzić mnie do stanu, w którym wspólne zakończenie wieczoru pod drzwiami szeregówki jej rodziców wydawało mi się jedyną słuszną opcją, następnie zaś wywołać dramę i na koniec prosto w twarz mówić mi, że odgrywałem rolę męczennika.
- Pardon, szanowna pani, rzeczywiście nikt nie przyłożył mi różdżki do gardła i nie kazał wsiadać do tego wspaniałego środka transportu. - Odparłem z przesadną uprzejmością, obracając głowę w jej stronę na tyle, żeby mogła dostrzec mój uśmiech, gdyby akurat zdecydowała się oderwać wzrok od niezwykle fascynującej ciemności za oknem. Nie umknęło mi przy tym, że sama wcale nie wyglądała na szczególnie zachwyconą podróżą, ale z jakiegoś powodu najwyraźniej uznała, że narzekanie na autokar stanowiło przywilej zarezerwowany wyłącznie dla niej, zapewne we własnej głowie, bo przecież nie na głos.
- Niestety, najwyraźniej popełniłem błąd w ocenie sytuacji. Następnym razem zostawię cię na pastwę losu. Będziesz mogła opowiedzieć wszystkim, jak dzielnie przemierzałaś nocne trakty, podczas gdy ja, pozbawiony twojego towarzystwa, pławiłem się w luksusach rodowej posiadłości. - Opuściłem wzrok na własne buty, po czym przesunąłem jedną nogę jeszcze dalej, opierając piętę o podstawę siedzenia naprzeciwko, bo skoro już zostałem oskarżony o brak normalności, nie widziałem powodu, by nagle udowadniać, że potrafiłem zachowywać się zgodnie z oczekiwaniami otoczenia, zresztą, skoro już uważała mnie za nieznośnego, nie widziałem powodu, żeby odbierać jej tę przyjemność.
- Nie zgrywam męczennika. Poza tym nie przypominam sobie, żebym prosił o wykład. Jeśli już koniecznie chcesz rozmawiać o normalności, przypominam, że to ty siedzisz z głową przyklejoną do szyby i obijasz sobie czaszkę na każdej dziurze. Nie wiem, czy w twoim domu nazywają to „normalnym zachowaniem”, ale u nas zwykle próbuje się unikać uszkodzeń mózgu, szczególnie jeśli n– - urwałem, bo kierowca skręcił tak gwałtownie, że musiałem złapać się siedzenia, żeby nie zsunąć się na podłogę, spojrzałem na własną dłoń, potem na Prue i skrzywiłem się z niesmakiem - nie ma się zapasowego.
Autokar w tym czasie zareagował na kolejną nierówność drogi, odzywając się przeciągłym zgrzytem, po którym coś z łoskotem przesunęło się w głębi pojazdu, przyprawiając mnie o podejrzenie, że za chwilę jedno z kół postanowi odłączyć się od reszty i rozpocząć samodzielną podróż gdzieś po poboczu. Silnik zakaszlał, po czym pojazd szarpnął na zakręcie, zmuszając mnie do gwałtownego przyciśnięcia pleców do oparcia, przynajmniej zdołałem uratować własne kolana przed spotkaniem z siedzeniem naprzeciwko, co uznałem za jedyny sukces podczas tej podróży.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
23.10.2026, 20:49  ✶  

Skoro już się do niej odezwał, to postanowiła to wykorzystać. Nie mogła przecież udać, że tego nie słyszała, to znaczy mogła, ale nie chciała. Przerwał ciszę, a to było wystarczającym powodem na to, by skomentować jego zachowanie. Zresztą trudno było ignorować nastawienie Aloysiusa do tej podróży, ślepy by zauważył jak bardzo był niezadowolony.

Nie miała pojęcia jak właściwie skończyli w tym punkcie. To znaczy oczywiście, że pojawił się znikąd, znalazł u jej boku i jak zawsze musiało się to skończyć czymś nieprzyjemnym. Nie mogło być inaczej. Psuł jej nawet wakacje, które powinny być spokojne. Musiał się pojawić przed tamtą salą i ją sprowokować. Oczywiście nie miała do siebie żadnych pretensji, chociaż przecież mogła powiedzieć, że zwariował, odwrócić się na pięcie i nie udawać jego narzeczonej. Tyle, że właśnie, nie potrafiła odmawiać gry. Za bardzo lubiła się z nim mierzyć, aby tak po prostu odejść. No i w sumie przecież na tym weselu nie bawiła się też tak najgorzej, właściwie to było całkiem fajnie, tyle, że szybciej niż później wszystko musiało wrócić do normy. Znowu strzelali w siebie piorunami i chcieli jak najmocniej w siebie uderzyć, to było dla nich przecież normą. Zakładała, że tak się stanie, spodziewała się tego, chociaż w sumie nie było wcale tak źle podczas tego chwilowego sojuszu.

Wpatrywała się w szybę, jakby po drugiej stronie okna znajdowało się coś bardzo interesującego, mimo, że było ciemno jak wiadomo gdzie. Co jakiś czas widziała tylko rozmazane światło. Była zmęczona, nie miała siły na słowne przepychanki, a i tak je zaczęła. Zauważyła ruch, to znaczy może nawet bardziej usłyszała to, że jego noga zmieniła swoje położenie i znalazła się bliżej niej. Oczywiście, musiał przejmować całe terytorium tym swoim wielkim cielskiem. Przesunęła się więc jeszcze bardziej w stronę szyby, chociaż już była do niej przylepiona. Nie była to wygodna pozycja, ale nie miała gdzie uciec, ku swojemu nieszczęściu. Byli zamknięci w tej puszcze na kółkach, miało to trwać jeszcze trochę, fantastycznie, naprawdę fantastycznie. Idealne zakończenie wieczoru.

Zaczął mówić, ton jego głosu był bardzo oficjalny i uprzejmy, to znaczyło, że coś właśnie dla niej szykował. Odwróciła się w jego stronę jednak dopiero wtedy, kiedy wspomniał o następnym razie. - Nie będzie następnego razu. To się nigdy więcej nie powtórzy, nie ma w ogóle takiej możliwości. NIGDY. - Powiedziała może nieco głośniej, niż zakładała, ale chciała to podkreślić. Nie miała pojęcia, jak to widział w swojej głowie, ale ona nie wyobrażała sobie, żeby miała się jeszcze kiedyś w swoim wolnym czasie znaleźć z nim w jednym miejscu. Nie było takiej opcji.

Odetchnęła głęboko, że też zarzucał jej to, że miałaby o tym komukolwiek opowiadać. - Nie chwalę się nikomu tym, co mi się przytrafia, w przeciwieństwie do Ciebie, nie potrzebuję, aby mnie podziwiano. - Naprawdę wydawało mu się, że potrzebowała poklasku? - Zresztą nikomu bym nie wspomniała o tym, że spędzałam swój wolny czas z Tobą. - Nie było się przecież czym chwalić, prawda? Mogłaby opowiadać o innych zajęciach, ale na pewno nie o tym, że spędzała akurat z nim swój wolny czas. - Nie musisz się więc przejmować tym, że ktokolwiek z Twojej luksusowej posiadłości by się o tym dowiedział. - Jej zdaniem też o to mu chodziło. Oczywiście, że należała do niższej klasy społecznej, w jej żyłach płynęła brudna krew, nie była taka bogata… doskonale wiedziała do czego zmierzał.

- Nie potrzebuje prośby, żeby się odezwać. Mam głos, więc go używam. - Jeszcze tego brakowało, aby odzywała się na jego życzenie, na pewno byłoby to dla niego dużo wygodniejsze, na szczęście Prue mówiła wtedy, gdy miała na to ochotę.

- Nie musisz się martwić o mój mózg, sama potrafię o niego zadbać. - Nie było jej szczególnie wygodnie, ale teraz pewnie do końca tej podróży nie oderwie głowy od szyby, bo to byłoby potwierdzeniem tego, że miał rację.

Wtedy kierowca skręcił bardzo gwałtownie, przez co, czy tego chciała, czy nie oderwała się od szyby i zatrzymała na siedzeniu, które znajdowało się tuż przed nią. - Szlag. - Mruknęła pod nosem, po czym poprawiła swoje włosy, które wleciały jej do oczu. Najwyraźniej nie była jedyną, która ruszyła się z miejsca, kątem oka widziała, że nawet ktoś tak ciężki jak Rookwood odczuł ten gwałtowny skręt.


Czy Aloysius wypadnie z siedzenia?

Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
24.10.2026, 00:06  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.10.2026, 00:06 przez Benjy Fenwick.)  
Autokar zarechotał silnikiem, byłem tego pewien, naprawdę sobie ze mnie zadrwił, ale nie miałem już zamiaru mówić niczego szczerego na temat własnego komfortu fizycznego w tej podróży, „bo nie jestem męczennikiem, okej, kurwa”, zamiast tego odgiąłem na sekundę głowę w tył, patrząc na przybrudzoną podsufitkę pojazdu z niewypowiedzianą pretensją, którą w innych okolicznościach zachowałbym dla kogoś, kto dopuścił się wobec mnie śmiertelnej zniewagi, i poprawiłem się na tyle, na ile pozwalało mi siedzenie zaprojektowane chyba dla kogoś o połowę mniejszego. Westchnąłem głośno, ponownie wyciągając nogi w przejście, po czym powoli przeniosłem wzrok na ciemne okno, w którym odbijało się wnętrze pojazdu wraz z siedzącą obok mnie Prue. Przez moment miałem szczerą nadzieję, że hałas silnika zagłuszy jej mamrotanie, bo naprawdę nie byłem w nastroju na kolejną porcję uwag ze strony kogoś, kto najwyraźniej uznał, że moje dobrowolne towarzystwo stanowiło wystarczająco dobry powód, by móc strzelać na mnie fochy. Niestety, usłyszałem każde jedno słowo, nie musiałem nawet w pełni odwracać ku niej głowy, żeby wiedzieć, że nie zamierzała sobie darować komentarza - przy pierwszym „nigdy” uniosłem brwi, choć nie mogła tego zobaczyć, dopóki nie zdecydowała się oderwać wzroku od tej fascynującej czerni za oknem, która najwyraźniej miała do zaoferowania więcej niż moje towarzystwo - „NIGDY”, podkreśliła, wypowiadając zgłoski tak starannie, że przez sekundę miałem ochotę jej pogratulować, ponieważ nawet profesorowie w Hogwarcie nie potrafili przemawiać do mnie z równie wyraźną dykcją. „NIGDY, doprawdy”, zabawne, że potrafiła wypowiedzieć to słowo z taką siłą, jakby właśnie składała przysięgę przed Wizengamotem, podczas gdy jeszcze kilka godzin wcześniej los kolejny raz uznał, że powinien umieścić nas w jednym miejscu, by sprawdzić, ile wytrzymamy, zanim jedno z nas postanowi zamordować drugie.
- „NIGDY”? - Powtórzyłem, starannie naśladując jej ton, po czym pokiwałem głową - cóż, przynajmniej miała o mnie wyrobione zdanie, nawet jeśli opierało się na tak fantastycznych założeniach - osobiście uważałem, że radziłem sobie całkiem nieźle, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nie miałem niczego, co mogłoby mnie uratować przed jej towarzystwem w jadącej puszce na konserwy, poza własną cierpliwością, której zapasy niebezpiecznie się kurczyły i wspomnieniem dobrej woli. - Doprawdy, Bletchley, nie wiedziałem, że posiadasz zdolności profetyczne. Może powinnaś zatrudnić się w Departamencie Tajemnic, skoro już teraz wiesz, co zadzieje się przez resztę twojego życia. - Odparłem, kątem oka przyglądając się jej odbiciu w szybie, zanim wróciłem do wpatrywania się w plecy kierowcy daleko przed nami. Zresztą nie miałem pojęcia, skąd wzięła pomysł, że cokolwiek w moim zachowaniu miało świadczyć o szczególnym pragnieniu ponownego spędzenia z nią nocy, po prostu tak mi się powiedziało, „następnym razem” jeszcze o niczym nie świadczyło, przynajmniej w moim mniemaniu, bo dla Prudence najwyraźniej czepianie się słówek stanowiło życiowy cel.
Silnik zawył pod podłogą, autokar zakołysał się na boki, po czym przejechał przez coś, co z pewnością nie powinno znajdować się na drodze przeznaczonej do użytku publicznego - przesunąłem się trochę, próbując znaleźć pozycję, w której moje kolano nie wbijałoby się w siedzenie naprzeciwko, a stopa nie wisiałaby daleko nad przejściem, ale pojazd najwyraźniej zaprojektowano dla plebsu osób o wzroście, który nie wymagał zgłębiania tajników ergonomii. Moja noga, wcześniej oparta o krawędź siedzenia naprzeciwko, ponownie przesunęła się nieco w stronę Prue, choć przysiągłbym, że nie robiłem tego z rozmysłem, właściwie mogłem przysiąc znacznie więcej, ale akurat nie sądziłem, by cokolwiek to dało.
„Ja, naprawdę, miałbym zabiegać o poklask”? Wprawdzie nie widziałem niczego złego w tym, że ludzie doceniali moje zalety, szczególnie te, których najwyraźniej nie potrafili dostrzec bez odpowiedniej zachęty, ale istniała zasadnicza różnica między oczekiwaniem uznania a desperackim żebraniem o cudzą uwagę.
- Och, wybacz, zapomniałem, że twoim największym marzeniem jest pozostać tajemniczą zagadką, o której nikt nigdy nie rozmawia i której nie interesują takie przyziemne sprawy jak „rozluźnienie”, „znajomi” i „dobra zabawa”. Wystarczy ci, że wszyscy dookoła będą wiedzieli, jak bardzo jesteś ponad tym wszystkim, prawda? Szkoda, serio, bo właśnie zaczynałem przyzwyczajać się do twojego towarzystwa. - Zrobiłem krótką pauzę, pozwalając, by moje słowa wybrzmiały z odpowiednią dozą fałszywego rozczarowania, po czym oparłem głowę o siedzenie i spojrzałem w sufit, mając zamiar przymknąć powieki i zbyć całą resztę naszej rozmowy, lecz kiedy odniosła się do moich słów o luksusowej posiadłości, uśmiech na ułamek sekundy zniknął mi z ust, nim wrócił na nie w innej formie - ostrzejszy, bardziej wyniosły i krzywy, nie pozbawiony mroźności - ludzie mojego pokoju słyszeli znacznie gorsze rzeczy i mieli wystarczająco dużo pieniędzy, by nie przejmować się każdą opinią wypowiedzianą przez kogoś, kto nie miał pojęcia o naszym życiu, ale jednocześnie za każdym razem, gdy tak ujmowała fakty dotyczące świata, z którego pochodziłem, zastanawiałem się, jakim cudem tak łatwo było jej to wszystko kupić, skoro zazwyczaj nie przestawała drążyć i szukać dziury w całym, aż do znurzenia. Najwyraźniej w niektórych przypadkach wybierała pójście na łatwiznę, bo miała ważniejsze sprawy na głowie. To było doprawdy interesujące, zważywszy, że nie przypominałem sobie, żebym kiedykolwiek prosił ją o wystawienie mi oceny moralnej, szczególnie takiej, która najwyraźniej miała obejmować całe moje dotychczasowe życie, pochodzenie, majątek i sposób spędzania wolnego czasu. Nie zamierzałem tłumaczyć jej, że ostatnią rzeczą, na jakiej mi zależało, było opowiadanie rodzinie o naszych spotkaniach, przypadkowych bądź nie.
- Oczywiście. Zauważyłem. Słyszę go zresztą nawet wtedy, kiedy próbuję cieszyć się błogosławioną ciszą, więc zapewniam cię, że nie musisz mi tego dodatkowo udowadniać. - Jasne, że mogła używać ust, nikt jej tego nie zabraniał, nawet jeśli osobiście uważałem, że niektóre wypowiedzi zyskiwały na wartości, kiedy pozostawały niewypowiedziane, dlatego zresztą sam nie dodałem, że gdybym chciał rozmawiać z kimś, kto odzywał się wyłącznie na moje życzenie, kupiłbym sobie papugę, przynajmniej nauczyłbym ją czegoś pożytecznego. Prychnąłem pod nosem i wróciłem wzrokiem do świateł za przednią szybą, chociaż miałem jeszcze kilka uwag, które z pewnością uznałaby za obraźliwe. W kwestii jej mózgu postanowiłem zachować wymowne milczenie, bo skoro sama potrafiła o niego zadbać, nie zamierzałem odbierać jej tej przyjemności, nawet jeśli wybrana przez nią metoda polegała najwyraźniej na uderzaniu czaszką o okno i udawaniu, że świat po drugiej stronie był fascynujący. Zdążyłem jeszcze wyciągnąć nogi, zanim kierowca postanowił udowodnić, że wszystkie dotychczasowe zakręty stanowiły zaledwie niewinną rozgrzewkę, właśnie nabierałem powietrza, żeby dodać coś jeszcze, gdy pojazd wykonał skręt tak gwałtowny, że materiał na siedzeniu dosłownie przeszorował tył mojej koszuli - zatrzeszczało pod podłogą, coś z hukiem uderzyło w bok autokaru, a może tylko tak mi się wydawało, po czym nasz środek transportu przechylił się na tyle gwałtownie, że przez jedną setną sekundy poważnie rozważałem, czy nie powinienem zawezwać Matki, chociaż na co dzień nie byłem przekonany, czy ktokolwiek na górze miałby ochotę wysłuchiwać próśb kogoś, kto przez większość życia wykorzystywał otrzymane przywileje do robienia dokładnie tego, na co miał ochotę.
Spróbowałem złapać się podłokietnika, lecz dłoń ześlizgnęła mi się po gładkiej powierzchni, więc zamiast odzyskać równowagę, tylko jeszcze bardziej przechyliłem się w stronę alejki, o ironio, tym razem tylko ledwo zahaczając kolanem o siedzenie. Moja druga ręka trafiła natomiast w pustkę i zanim zdążyłem przekonać własne ciało, że upadanie w obecności Prudence Bletchley było absolutnie niedopuszczalne, runąłem z siedzenia z takim impetem, że najpierw uderzyłem biodrem o twardą krawędź, potem kolanem o podłogę, a na końcu przywaliłem bokiem w metalowy wspornik przy przejściu. Usłyszałem własne przekleństwo, potem dźwięk, którego nie potrafiłem od razu przypisać żadnemu konkretnemu źródłu, lecz przez ułamek sekundy nie byłem w stanie zrozumieć, dlaczego nie mogłem natychmiast się podnieść. Spróbowałem jednak, bo - oczywiście - pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy, było to, że jeśli ktokolwiek zobaczy mnie leżącego na podłodze magicznego autokaru, będę musiał spędzić resztę życia, słuchając o tym przy każdej nadarzającej się okazji. Oparłem dłoń o podłogę, chcąc podciągnąć się do siadu, ale gdy tylko przeniosłem ciężar na uszkodzoną kończynę, przeszył mnie ból, od którego pociemniało mi przed oczami - nagła fala sprawiła, że wszystkie przygotowane wcześniej riposty zniknęły mi z głowy, opadłem z powrotem na bok, nie zamierzając robić tego jak worek ziemniaków, ale wtedy kierowca znowu zahamował, pierdolnąłem więc jeszcze ramieniem o podstawę siedzenia, potem łokciem o podłogę, próbując odruchowo osłonić głowę, lecz to tylko pogorszyło sprawę.
- Kurwa… Mać… - Wycedziłem, „co za przeklęty, pierdolony, rozpadający się złom”.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
26.10.2026, 12:56  ✶  

- Na niektóre rzeczy mogę mieć wpływ, a zdecydowanie nie będę zmuszona do spędzania z Tobą czasu w podobny sposób. - Na pewno nie swojego wolnego, drogocennego czasu. Następnym razem po prostu odwróci się na pięcie, żeby nie daj Merlinie nie doprowadzić do podobnych wydarzeń. Nie musiała przecież zostawać w jego towarzystwie, a po tym wszystkim zdecydowanie wolałaby tego nie powtarzać, bo to zawsze przecież kończyło się podobnie. Nawet jeśli przez krótką chwilę mogło jej się wydawać, że zachowuje się jak ten chłopak, którego kiedyś bardzo dobrze znała, to ta iluzja bardzo szybko się rozmywała. Pokazywał swoją prawdziwą twarz, a ona zdecydowanie nie chciała jej widzieć. Nie miała zamiaru doprowadzać do kolejnych, zupełnie niepotrzebnych sytuacji.

- Nie potrzebuje Twoich rad odnośnie mojego przyszłego zatrudnienia. - Dodała jeszcze, wiedziała, że powiedział to złośliwe, kpił sobie z niej, mimo to postanowiła to skomentować, ktoś go w ogóle pytał o rady? Nie wydawało jej się. Najlepiej by było, żeby w końcu się zamknął, jeśli nadal co chwilę miał zamiar tylko jej dopiekać.

- Nic nie wiesz o moich marzeniach. - Naprawdę wydawało mu się, że mógł wysnuwać te swoje bezsensowne teorie? Nic o niej nie wiedział, może kiedyś, ale już dawno przestała się z nim dzielić tym, co siedziało w jej głowie. - Nie wszyscy potrzebują ciągle zwracać na siebie uwagę i robić z siebie clowna, nie ważne co, istotne tylko, żeby mówiono, czyż nie? Ważne, że gadają. - Najwyraźniej zupełnie inaczej interpretowali dobrą zabawę, ale to nie było raczej tajemnicą. Ich drogi się rozeszły, nie potrafili ze sobą rozmawiać, nie miała pojęcia jak to możliwe, że kiedyś naprawdę uwielbiała jego towarzystwo, teraz był kimś zupełnie innym i coraz częściej łapała się na tym, że jej przyjaciel gdzieś zniknął. Niby przez chwilę udało im się znaleźć dzisiaj nić porozumienia, bawiła się z nim dobrze, ale co z tego skoro znowu zachowywał się jak buc? Tamte kilka godzin zupełnie traciło na swojej wartości, kiedy rozmawiała z nim teraz.

- To Ty zacząłeś gadać! Jeśli myślisz, że będę to ignorować, to się mylisz. - Typowo oczywiście musiał znaleźć się winny, czyż nie? Lubili się nawzajem oskarżać, więc właśnie to zrobiła. To on przerwał tę miłą ciszę, która ich otaczała, on zaczął tę nieszczęsną rozmowę i po raz kolejny doprowadzał ją do szewskiej pasji. To wszystko było jego winą, no a przynajmniej tak to sobie tłumaczyła w swojej głowie, co było całkiem wygodne.

Tak naprawdę nie zdążyła jeszcze powiedzieć wszystkiego, co myślała. Może to i dobrze, bo miała wiele do powiedzenia na temat jego aktualnego zachowania, marudzenia i wydziwiania, tyle, że kierowca postanowił zakończyć ich rozmowę. To znaczy najechał na dość dużą dziurę, która spowodowała, że Aloysius wypadł z miejsca, co dostrzegła, kiedy sama leciała na siedzenie, które znajdowało się przed nią. Nie miała pojęcia, czy typ w ogóle miał uprawnienia, aby prowadzić ten pojazd, jeśli miał to chyba jakieś nie do końca legalne, bo prowadził autobus jak jakiś wariat.

Nie zdążyła zareagować, bo nie spodziewała się tego, że dojdzie do takiego gwałtownego hamowania. Zresztą, czy nawet gdyby o tym wiedziała miała jakąkolwiek szansę uchronić go przed upadkiem? No nie wydawało jej się, był przecież wielki, nie byłaby w stanie mu pomóc. Było to całkiem zabawne, że po tym jak znowu ją wkurzył wylądował dupą na ziemi, nie śmiała się jednak, bo w sumie to przecież jeszcze nie miała pewności, że nie stała mu się krzywda, nie wyglądało to dobrze, a być może nie była do niego jakoś bardzo miło nastawiona, jednak nie życzyła mu źle - no nie, aż tak źle, żeby coś sobie uszkodził.

Przesunęła się na drugie siedzenie, bo chciała nieco lepiej widzieć, co właściwie się stało. Dostrzegła, że próbował się podnieść, ale nie wyszło - nie umknęło jej, że się przy tym skrzywił, a więc faktycznie było tak źle, jak wyglądało. Podniosła się z miejsca, podeszła bardzo ostrożnie do Aloysiusa - żeby przypadkiem nie zaliczyć podobnej gleby, po czym wyciągnęła rękę w jego kierunku, żeby pomóc mu wstać. - Co Cię boli? - Trudno jej to było stwierdzić po samym wyrazie jego twarzy, ale coś musiało mu doskwierać, bo by tak nie zareagował, gdyby to było coś niewielkiego. - Jaki to jest ból, na skali? - Nie miała pojęcia, czy pamiętał o ich rozmowie z przeszłości, kiedy o tym dyskutowali, mógł mieć jednak pewność, że ona tego nie zapomniała.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
26.10.2026, 20:27  ✶  
Przyjąłem jej słowa z krótkim skinieniem głowy, po czym oparłem się wygodniej o siedzenie, ignorując fakt, że nasze warunki podróżowania pozostawiały wiele do życzenia. Przez moment miałem ochotę odpowiedzieć, że jeśli tak bardzo zależało jej na unikaniu mojego towarzystwa, mogła zacząć od zaprzestania wdawania się ze mną w każdą kolejną dyskusję, ale uznałem, że podobna uwaga nie przyniesie mi niczego poza następną porcją pretensji, których i tak miałem już serdecznie dosyć, zresztą, te wszystkie zapewnienia brzmiały doprawdy zabawnie, biorąc pod uwagę, że nadal siedzieliśmy w tym samym autokarze, w środku ciemnej nocy, i żadne z nas nie miało najmniejszego wpływu na to, kiedy ta podróż dobiegnie końca, niestety. Nie zamierzałem jednak zwracać na to uwagi na głos, bo najwyraźniej potrzebowała jeszcze kilku słów, żeby ostatecznie przekonać samą siebie, że nigdy więcej nie chciała mieć ze mną do czynienia - „doskonale” - mogła sobie składać takie deklaracje, mogła mieć ich tyle, ile tylko dusza zapragnęła, nie miałem zamiaru jej zatrzymywać ani tym bardziej prosić, żeby zmieniła zdanie, a kiedy wspomniała o nikłej wartości moich rad dotyczących przyszłego zatrudnienia, uniosłem brwi, przyglądając się jej odbiciu w szybie, z pobłażliwością wymalowaną na twarzy.
Oparłem łokieć o podłokietnik, zerkając na nią z ukosa.
- Oczywiście, że ich nie potrzebujesz. Przecież masz już plany, prawda? -  Odparłem, w moim głosie zabrzmiała uprzejmość tak przesadna, że sam miałem ochotę przewrócić oczami - jasne, miała własne zdanie na mój temat i mogła sobie z nim robić, co tylko chciała, ale ja również miałem swoje do powiedzenia i skoro najwyraźniej oboje uznaliśmy, że powinniśmy się nimi wymieniać, nie widziałem powodu, żeby nagle ustępować. - Nie przypominam sobie, żebym składał podanie o stanowisko twojego doradcy zawodowego, więc możesz odetchnąć z ulgą. Nie zamierzam odbierać ci przyjemności samodzielnego odkrywania, jak funkcjonuje świat. Zachowam swoje cenne uwagi dla kogoś, kto przynajmniej udaje, że potrafi słuchać cudzych opinii. - Uśmiechnąłem się pod nosem, zadowolony z celności tej riposty, bo przecież prawda była taka, że wcale nie obchodziło mnie, gdzie Prue zamierzała pracować ani co chciała robić w przyszłości - przynajmniej tak sobie powtarzałem, bo przecież nie miałem zamiaru przyznawać, że kiedyś potrafiłem słuchać jej opowieści o planach z uwagą, której nie poświęcałem prawie nikomu - jej następne słowa sprawiły jednak, że uśmieszek nieco mi przygasł. Oczywiście, że nie znałem już wszystkich jej marzeń, kiedyś byliśmy sobie znacznie bliżsi, ale z czasem oboje przestaliśmy dopuszczać się nawzajem do tego, co naprawdę miało dla nas znaczenie, nie zamierzałem jednak pozwolić, żeby to ona dyktowała mi warunki tej rozmowy. Właściwie nie miałem pojęcia, dlaczego wciąż odpowiadałem na każdy jej komentarz, skoro oboje aż za dobrze wiedzieliśmy, że dyskusja ze sobą była doskonałym sposobem na zepsucie nastroju. Nie musiałem nawet patrzeć na Prue, żeby wiedzieć, że nie spodobała jej się moja odpowiedź, zresztą, coraz częściej odnosiłem wrażenie, że nie istniało nic, co mógłbym zrobić albo powiedzieć, żeby nie potraktowała tego jako kolejnego dowodu na to, że stałem się kimś, kogo nie potrafiła już znieść - być może miała rację, być może rzeczywiście zmieniłem się bardziej, niż chciałem przyznać, być może było w tym o wiele więcej niż zakładała, ale nie zamierzałem prowadzić z nią podobnej rozmowy w środku nocy, w autokarze, który wyglądał, jakby miał rozpaść się na najbliższym zakręcie.
- Masz rację, nie wiem. - Przyznałem, wzruszając ramionami. - Trudno wiedzieć cokolwiek o kimś, kto najwyraźniej postanowił, że znacznie lepiej będzie trzymać wszystkich na dystans, niż ryzykować, że ktokolwiek dowie się o nim czegoś prawdziwego. - Nawet wypowiedziawszy te słowa na głos, nie mogłem z całą słusznością powiedzieć, kogo bardziej dotyczyły… Przesunąłem nogę, szukając wygodniejszej pozycji, po czym skrzywiłem się nieznacznie, kiedy moje kolano znowu zahaczyło o krawędź siedzenia.
- Sama decydujesz, na co poświęcasz swój drogocenny czas, więc może przestań zachowywać się tak, jakbym osobiście zmuszał cię do wysłuchiwania każdego mojego słowa. - Przesunąłem się na siedzeniu, wyciągając nogi w stronę przejścia i uniosłem brwi, gotów natychmiast przypomnieć jej, że przecież sama postanowiła skomentować moje zachowanie, zamiast spokojnie siedzieć i patrzeć sobie przez okno. - Muszę zapamiętać, że według ciebie lepiej być cicho, nie wychylać się i mieć nadzieję, że ktoś kiedyś zauważy, jaka jesteś wspaniała. To z pewnością przyniesie znakomite rezultaty. - Nie zdążyłem dodać, że jeżeli naprawdę uważała mnie za kogoś, komu zależało wyłącznie na tym, żeby o nim mówiono, najwyraźniej przez ostatnie lata nie wyciągała trafnych wniosków z tej całej uwagi, jaką mi poświęcała, bo kierowca postanowił wtrącić się do naszej rozmowy - autokar podskoczył na nierówności, po czym gwałtownie szarpnął, wyrzucając mnie z siedzenia, zanim zdążyłem porządnie oprzeć stopy o podłogę - trzask, który usłyszałem, zginął w huku silnika, ale ból, jaki natychmiast przeszył mi nogę, nie pozostawiał wiele miejsca na wątpliwości, że właśnie wydarzyło się coś naprawdę paskudnego. Przez ułamek sekundy nie mogłem złapać tchu, aż zacisnąłem powieki, wypuszczając z siebie zduszony jęk, którego zdecydowanie wolałbym nie wydawać przy świadkach.
Usłyszałem kroki Prue, zanim jeszcze znalazła się obok, odruchowo uniosłem głowę, gotów rzucić jakąś złośliwą uwagę, która powstrzymałaby ją przed zadawaniem kolejnych ciosów w moją dumę i drwieniem sobie z mojej pozycji, nie zdążyłem jednak, bo… Przez krótką chwilę patrzyłem jej prosto w oczy, usiłując zrozumieć, dlaczego właściwie to robiła, skoro jeszcze niedawno oboje zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy najchętniej nigdy więcej nie mieli ze sobą do czynienia. W jej spojrzeniu nie potrafiłem znaleźć niczego, co pozwoliłoby mi uznać tę propozycję za złośliwość, co wcale nie ułatwiało sprawy - byłoby znacznie prościej, gdyby się ze mnie śmiała - wtedy mógłbym ją odprawić bez najmniejszych wyrzutów sumienia, zamiast siedzieć na podłodze i zastanawiać się, co właściwie powinienem zrobić z jej gestem.
Spojrzałem na wyciągniętą ku mnie dłoń, później na twarz, ostatecznie zaś przeniosłem wzrok gdzieś ponad ramieniem dziewczyny, uznając, że pod żadnym pozorem nie powinienem dawać jej satysfakcji w postaci przyznania, że rzeczywiście potrzebowałem pomocy. Przez moment nie patrzyłem na nic konkretnego, skupiając się na równym oddychaniu, choć każdy wdech zdawał się wymagać ode mnie więcej wysiłku, niż powinien.
- Nic. - Oznajmiłem odruchowo, zacisnąłszy szczęki, po czym spojrzałem na krew spływającą mi po goleni i uznałem, że może, ale tylko może należałoby nieco skorygować tę wypowiedź. - Nic takiego. - Kłamstwo. Nie wzdrygnąłem się, chociaż miałem ochotę, zamiast tego uniosłem wzrok na Prudence, potem ponownie przeniosłem go na jej palce, w końcu znów na nią, ponieważ zadane przez nią pytanie wymagało ode mnie wysiłku intelektualnego, na który nie miałem w tej chwili najmniejszej ochoty. Miałem ochotę kopnąć coś na tyle mocno, żeby rozładować wściekłość, ale biorąc pod uwagę stan mojej nogi, musiałem zadowolić się zaciskaniem zębów i przeklinaniem pod nosem. Co mnie bolało? Cała przeklęta noga, biodro i chyba pół pleców, choć kolano zdecydowanie wysuwało się na prowadzenie w tym wyjątkowo niechlubnym rankingu, miałem jednak wrażenie, że przyznanie się do tego wszystkiego przyniosłoby jej zbyt wiele satysfakcji, więc postanowiłem ograniczyć informacje do niezbędnego minimum.
To pytanie o skalę zawisło jednak między nami na dłużej, i chociaż przez pierwszą sekundę udawałem, że w ogóle go nie zrozumiałem, pamiętałem - oczywiście, że pamiętałem - pamiętałem naszą rozmowę, pytania i odpowiedzi, przekomarzanki, sposób, w jaki kiedyś potrafiłem odpowiadać bez zastanowienia, ponieważ nie musiałem analizować każdego słowa, zanim zdecydowałem się je wypowiedzieć. Skala obrażeń była jednym z tych drobiazgów, które zapisały mi się w pamięci, chociaż nigdy nie przyznałbym tego na głos, dawniej pewnie odpowiedziałbym jej od razu, może nawet zażartowałbym, że dziesięć zarezerwowałem na spotkanie z nią w wyjątkowo złym humorze.
- Mam ocenić, jak bardzo boli mnie upadek, czy może jak bardzo żałuję, że wsiadłem do tego zasranego autokaru? Bo w obu przypadkach wynik mógłby cię zaskoczyć. - Spróbowałem uśmiechnąć się kpiąco, lecz wyszło z tego coś, co bardziej przypominało grymas bólu, więc szybko odpuściłem. Wciągnąłem powietrze przez zęby i przycisnąłem dłoń do podłogi, powstrzymując się przed kolejną próbą wstania. - Naprawdę, Bletchley, przeżyję. Nie potrzebuję niańki. - Odwróciłem głowę, udając, że rozmowa została zakończona, po czym ponownie spróbowałem przesunąć się bliżej siedzenia, żeby znaleźć pozycję, w której ból byłby choć trochę łatwiejszy do zniesienia - nie udało mi się - zrezygnowałem więc, opierając potylicę o fotel i przymykając oczy, wciąż zbyt dumny, żeby przyznać, że jej obecność była mi potrzebna. Nie zamierzałem prosić o nic więcej, choć siedząc na podłodze z krwawiącym kolanem, powoli zaczynałem rozumieć, że tym razem moje upór i duma mogły okazać się znacznie większym problemem niż sam upadek.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
26.10.2026, 22:01  ✶  

- Co Cię to właściwie interesuje? - Oczywiście, że miała plany, od zawsze wiedziała czym chciała się zajmować, miała jasno określony cel. To nie było żadną zagadką, nic się pod tym względem nie zmieniło od początku jej nauki w Hogwarcie. Nie brała pod uwagę nawet przez chwilę innych możliwości. Od zawsze chciała zostać uzdrowicielką, było to dla niej wyjątkowo klarowne, mogłaby niby brać pod uwagę różne opcje z racji na to, że świetnie radziła sobie z nauką, ale od najmłodszych lat wiedziała, czego chce. Zresztą nie tylko jeśli chodzi o naukę. Potrafiła się określać i rozumiała swoje marzenia, nie łapała tysiąca srok za ogon, bo to nie było w jej stylu, w przeciwieństwie do co poniektórych.

- Nie wiem, jak ktoś kto jest zamknięty w złotej klatce miałby uczyć innych jak funkcjonuje świat. Już dawno masz zorganizowane miejsce na uczelni, ciepłą posadkę w Ministerstwie, pewnie nawet żonę już Ci zdążyli wybrać. - Prychnęła. Jakim cudem jego opinia miała mieć jakiekolwiek znaczenie, skoro sam niekoniecznie miał kiedykolwiek mierzyć się z tym w jaki sposób funkcjonował świat? Rozbawiło ją to niesamowicie, że też miał czelność w ogóle o tym wspomnieć, ktoś taki jak on, który miał dostać wszystko podane na tacy, nie musiał się gimnastykować, aby imponować ludziom, wystarczyło jego nazwisko, a ludzie jedli mu z ręki, czy był taki pewny, że akurat on nadawał się do opowiadania o tym jak funkcjonuje świat? No nie, nie wydawało jej się to logiczne. On nic nie wiedział o tym, jak wyglądało normalne życie.

Nie wydawało jej się, aby ta rozmowa miała jakikolwiek sens. Zaczęli rzucać w siebie uszczypliwościami, znowu próbowała trafiać tam, gdzie mogło go to zaboleć i wiedziała, że on robił to samo. Nie powinni ze sobą przebywać, nie miała pojęcia dlaczego to sobie robili, bo to nie było zdrowe, wręcz przeciwnie. Nie potrafiła jednak kiedy już zaczęła się odzywać tak po prostu się odwrócić i tego zignorować, to nigdy nie działało, nie dopóki nie będzie miała ostatniego słowa w tej durnej rozmowie.

- Prawda jest dla bliskich, nie ma sensu się nią dzielić z byle kim. - Powiedziała nieco ciszej. Było w tym, co powiedział nieco prawdy. Wybudowała wokół siebie mur i nie dopuszczała głębiej nikogo, bo kiedyś się sparzyła. Nie widziała w tym większego sensu. Nie wydawało jej się, aby zasługiwała na powtórkę z rozrywki, Prue należała do tych osób, które jak raz się sparzyły to nie dopuszczały podobnie do takiej sytuacji. Nie bez powodu ciągle wszystko analizowała, nie znosiła popełniać tych samych błędów kilka razy.

- To przestań do mnie mówić, ciągle coś paplasz, a później się dziwisz, że Ci odpowiadam. Być może nie zmuszasz mnie do tego siłą, ale jak mam ignorować Twoje gadanie, skoro siedzisz obok mnie? - Niby mogłaby się wyłączyć, ale chyba niekoniecznie potrafiła to zrobić. Nie dało się nie odpowiadać na to, co burczał pod nosem. Mógłby się po prostu zamknąć, to nie byłoby problemu, ale nie, nie potrafił tego zrobić, ciągle rzucał kolejne komentarze.

- Lepiej być cicho, niż ciągle gadać głupoty. Nie wszyscy potrzebują wiecznie znajdować się na świeczniku. Mam nadzieję, że już niedługo zobaczysz te rezultaty, może wtedy w końcu się zamkniesz. - Kończyła się jej cierpliwość, może odezwała się niezbyt grzecznie, ale przekraczał granicę, na zbyt wiele sobie pozwalał od momentu, kiedy odnaleźli się na tym nieszczęsnym cmentarzu. Jak na początku próbowała sobie to tłumaczyć, tak jednak dosyć szybko przestała, ileż można było demonstrować swój wkurzony nastrój?

Ich jakże uroczą pogawędkę przerwał ten drobny wypadek, to znaczy wcale nie taki drobny, na całe szczęście w nic nie uderzyli, a tylko najechali na dziurę, w sumie jak o tym pomyślała to jednak mogło być zdecydowanie gorzej. Ona oberwała całkiem lekko, nic takiego jej się nie stało, gorzej jednak skończył jej towarzysz, który znajdował się na podłodze. Wolała nie myśleć o tym, co również mogło się tam znajdować, kto wie, kto przed nimi podróżował tym fantastycznym autokarem. Skrzywiła się na samą myśl o tym.

Spróbowała znaleźć w sobie jeszcze odrobinę przyzwoitości. Nie wyglądał dobrze na tej obskurnej podłodze, widziała, że coś go zabolało, no i nie podniósł się zbyt szybko, jakby coś mu w tym przeszkadzało. Chciała być miła, w końcu on nie zostawił jej samej na tym nieszczęsnym cmentarzu. Dość szybko jednak dotarło do niej, że to nie miało sensu, bo Aloysius był Aloysiusem, zignorował wyciągnięta w jego stronę dłoń. Był to jego wybór, oczywiście. Ona zrobiła to, co wypadało.

- Wiesz co, może oceń to jakim dupkiem jesteś? Z tym powinno też Ci pójść łatwo. - Nie zamierzała dłużej znosić jego fochów, spojrzała jeszcze raz w jego kierunku, po czym ruszyła przed siebie. Być może leżał na podłodze, jednak całkiem zwinnie udało jej się go ominąć. Nie chciał wsparcie? Jego problem, zaproponowała mu je, teraz niech radzi sobie sam. Prudence powoli zaczęła się oddalać w kierunku ostatnich miejsc w autokarze. Tam będzie mogła wtopić się w siedzenie, czy coś.

- Baw się dobrze, Rookwood. - Rzuciła jeszcze, nim poszła dalej. Nie potrzebował niańki? Jego wybór, niech się bawi sam na tej obrzydliwej podłodze. Naprawdę była bardzo ciekawa, jak się podniesie, bo gdyby faktycznie nic mu nie było już dawno zajmowałby miejsce siedzące, a ten dalej leżał jakby było mu całkiem wygodnie.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
27.10.2026, 00:24  ✶  
Sam nie byłem pewien, dlaczego wciąż próbowałem wyciągnąć z niej cokolwiek, co pozwoliłoby mi uwierzyć, że nadal znałem osobę siedzącą obok mnie, choć przecież zdążyliśmy wielokrotnie ustalić, że od dawna nie miałem pojęcia, co działo się w jej głowie. To był długi, męczący wieczór, który może miał potencjał, przynajmniej przez chwilę, lecz teraz wróciliśmy dokładnie do punktu, z którego zawsze wychodziliśmy. Zamiast się nad tym zastanawiać, poprawiłem kołnierz i spojrzałem w stronę przedniej szyby autokaru, zatrzymując wzrok na widoku rozmazanych świateł za szybą, starając się dostrzec tam cokolwiek, co odwiodłoby moje myśli od całkowicie zbędnych rozważań. Właściwie nie powinienem był się dziwić takiemu obrotowi spraw - nie należałem do najbardziej ugodowych osób, natomiast Bletchley od zawsze miała wyjątkowy talent do wyciągania z moich wypowiedzi dokładnie tego, co w jej ujęciu najbardziej nadawało się do wykorzystania przeciwko mnie, przy czym z roku na rok zdawała się coraz bardziej zapominać, że nie każda moja uwaga wymagała odpowiedzi, szczególnie jeśli jedynym powziętym przez nią celem było udowodnienie mi, że w jej oczach nie przedstawiałem sobą żadnej wartości, bo to już dawno wiedziałem - oczywiście, mogłem przestać się odzywać, pozwolić jej wygrać sprzeczkę, „jassssne”, i wrócić do podziwiania widoków za czarnym oknem, tyle że wówczas zapewne uznałaby to za swój sukces, na co nie zamierzałem pozwolić, bo skoro już musieliśmy siedzieć w tej puszce na kółkach, równie dobrze mogliśmy przynajmniej ustalić, które z nas miało większe prawo do niezadowolenia. „Co mnie to właściwie interesowało”, dobre pytanie, sam nie byłem pewien, dlaczego w ogóle wypowiedziałem się do niej pytającym tonem, skoro od dawna wiedziałem, że miała bardzo jasno określone plany, mogłem przecież ostentacyjnie zamilknąć, „jaassssne”, pozwoliwszy Prudence zająć się własnymi sprawami. Zamiast tego wdawałem się w kolejną bezsensowną wymianę zdań, jakbym nie miał niczego lepszego do roboty, a przecież mogłem chociażby spróbować zasnąć, chociaż przy hałasie wydawanym przez autokar nie było to szczególnie prawdopodobne.
- Aha. Doprawdy, nie wiem, co bym bez ciebie zrobił. Być może nawet musiałbym samodzielnie wyciągać wnioski i myśleć nad swoim zachowaniem. - Stwierdziłem oschle, próbując zdecydować, co właściwie bardziej mnie irytowało, jej nieustanna potrzeba posiadania ostatniego słowa czy fakt, że za każdym razem potrafiła znaleźć dokładnie taki argument, którego nie mogłem zbyć równie łatwo, jak pozostałych.
„Złota klatka”, to określenie sprawiło, że uśmiechnąłem się pod nosem, nawet jeśli nie było w nim niczego szczególnie wesołego, bo moje nazwisko faktycznie otwierało drzwi, których inni nawet nie mieli okazji zobaczyć, więc oczywiście, że moja rodzina zdążyła zaplanować za mnie każdy kolejny krok w kierunku tego, co w naszych kręgach uważano za „sukces”. Bletchley przy tym może nie pochodziła z tego samego środowiska, lecz była tak pewna własnych wyobrażeń na mój temat, że równie dobrze mogłaby napisać moją biografię, nie zadając sobie trudu, żeby zapytać mnie o cokolwiek, a ja nie zamierzałem przyznawać, że jej słowa trafiły w miejsce, którego wolałbym nie odsłaniać - znacznie łatwiej było obrócić wszystko w pogardę i skwitować to pobłażliwym parsknięciem, niż tłumaczyć jej, że nawet jeśli inni rzeczywiście mieli wobec mnie określone plany, nie oznaczało to, że sam nie miałem własnych - nie byłem ani trochę zdziwiony, że tak właśnie mnie widziała, jako zadufanego w sobie panicza z odpowiednim pochodzeniem, odpowiednimi znajomościami i odpowiednią przyszłością ustaloną przez ludzi, którzy już teraz wiedzieli, z kim powinienem się zadawać, gdzie pracować, a nawet kogo poślubić, żeby przypadkiem nie przynieść rodzinie wstydu. „W końcu sam tworzyłem wokół siebie tę otoczkę, nieprawdaż?” Wiedziałem, że moja rodzina miała plany, że pewne możliwości były dla mnie dostępne, zanim jeszcze zdążyłem na nie zapracować, i że nazwisko Rookwood potrafiło zrobić wrażenie na osobach, które nawet nie znały mnie osobiście, Bletchley też miała już przygotowany osąd, wystarczyło jej tylko dostarczyć odpowiednio dużo argumentów, żeby mogła go uzasadnić.
- Jeśli to cię pocieszy, mogę następnym razem poprosić rodziców, żeby wybrali mi również poglądy, wtedy przynajmniej nie będziesz musiała się martwić, że sam dojdę do czegokolwiek. - Uśmiechnąłem się krzywo, lecz nie byłem zadowolony z własnej odpowiedzi, chciałem powiedzieć coś, co rzeczywiście by ją zabolało, coś, co pozwoliłoby mi odzyskać przewagę, ale kiedy wspomniała o prawdzie zarezerwowanej dla bliskich, zabrakło mi gotowej riposty. Może dlatego, że rzeczywiście bardzo dobrze wiedziałem, jak to wyglądało, kiedy ktoś przestawał dopuszczać cię do własnych spraw, kiedyś potrafiła mówić mi o rzeczach, których nie zdradzała innym, teraz zaś musiałem wyciągać z niej najprostsze informacje, a i tak kończyło się to awanturą.
- Nie musisz od razu pisać całej mojej biografii, szczególnie jeśli zamierzasz wymyślać jej zakończenie za mnie. - Przez krótką chwilę patrzyłem uważniej na nasze odbicia w szybie, próbując przypomnieć sobie, kiedy właściwie doszliśmy do momentu, w którym każde z nas wolało zranić drugie, niż powiedzieć coś, co mogłoby zostać wykorzystane przeciwko niemu. Zaraz potem odwróciłem wzrok, poprawiając rękaw koszuli, jak gdyby ta czynność wymagała ode mnie całej uwagi.
- Nie zamierzam ubiegać się o miejsce w gronie tych twoich bliskich. Możesz spać spokojnie. - Mówiąc to, uniosłem zaledwie jeden kącik ust, nie zamierzałem dawać jej powodu, by sądziła, że zależało mi na czymkolwiek, co mogła mi zaoferować.
Przestać mówić, to naprawdę było takie proste, prawda? Wystarczyło zamknąć usta, odwrócić głowę i udawać, że nie siedziała obok mnie osoba, której obecność wciąż potrafiła wyprowadzić mnie z równowagi szybciej niż cokolwiek innego, tyle że gdybym rzeczywiście chciał zamilknąć, zrobiłbym to już dawno.
- Możesz spróbować zamknąć uszy. - Podsunąłem. - Ewentualnie możesz udawać, że śpisz. Chociaż przy twoim zamiłowaniu do odpowiadania na każde moje zdanie podejrzewam, że nawet przez sen znalazłabyś sposób, żeby mieć ostatnie słowo. - Zasugerowałem, unosząc podbródek i poprawiając się na siedzeniu, które było dla mnie stanowczo zbyt wąskie. - Albo po prostu może przestań odpowiadać. Przecież z niczego nikomu nie musisz się tłumaczyć. A teraz, jeśli pozwolisz, chciałbym spędzić resztę podróży bez kolejnego wykładu na temat własnej osobowości.
Niestety, najwyraźniej los uznał, że nie zasługiwałem nawet na tak skromne życzenie - zanim zdążyłem powiedzieć coś jeszcze, autokar gwałtownie podskoczył, wyrzucając mnie z siedzenia i kończąc naszą rozmowę w sposób, którego żadne z nas nie zaplanowało. Cała moja uwaga skupiła się na bólu, rozciętej skórze i nodze, która postanowiła odmówić dalszej współpracy w najgorszym możliwym momencie. Oparłem głowę o siedzenie, na ułamek sekundy zamykając oczy, nim dotarł do mnie dźwięk i bardzo intensywne wrażenie obecności, nie do pomylenia z czymkolwiek innym. Nie chciałem pomocy Prue, nie chciałem jej uwagi, jej spojrzeń ani tego przeklętego współczucia, które mogłaby mi teraz zaoferować, chciałem jedynie wstać, usiąść na swoim miejscu i udowodnić sobie, że nadal potrafiłem poradzić sobie sam, problem polegał na tym, że moje ciało najwyraźniej miało w tej sprawie zupełnie inne zdanie.
Pamiętałem naszą rozmowę i to, jak kiedyś potrafiliśmy rozmawiać o rzeczach, których nie mówiło się każdemu - właśnie dlatego udałem, że nie rozumiem, o co jej chodziło - nie zamierzałem dzielić się z nią czymś, co jeszcze niedawno było częścią naszego porozumienia. Na jej pożegnanie odpowiedziałem krótkim, pogardliwym prychnięciem, chociaż w rzeczywistości miałem ochotę rzucić za nią jeszcze kilka zdań, byle tylko nie zostawiać jej z ostatnim słowem.
- Przynajmniej jestem konsekwentny. - Skwitowałem tylko, zanim zdążyła odejść. - I wzajemnie. - Burknąłem pod nosem, chociaż nie miałem pewności, czy w ogóle mnie usłyszała, ale, do diaska, byłem Rookwoodem i potrafiłem poradzić sobie sam, nawet jeśli tym razem oznaczało to konieczność zaciśnięcia zębów i przeczekania, aż kierowca wreszcie przestanie prowadzić ten przeklęty autokar, jakby próbował pozbyć się wszystkich pasażerów przed świtem - jeżeli miałem spędzić resztę podróży na brudnej podłodze, później jakoś odbywając jeszcze drogę powrotną, przynajmniej nie zamierzałem robić tego z ręką wyciągniętą do wroga i z błagalnym spojrzeniem skierowanym w stronę Prudence Bletchley - nie miałem ochoty wołać ani prosić nikogo o cokolwiek, więc zamierzałem przynajmniej zatamować krwawienie, zanim sytuacja stała się jeszcze bardziej żałosna.
Odczekałem, aż oddaliła się na tyle, żebym nie musiał patrzeć jej prosto w twarz, po czym sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem różdżkę - spojrzałem na rozdartą nogawkę i krew spływającą po łydce, próbując wmówić sobie, że wystarczyło kilka sekund, żebym odzyskał sprawność - palce miałem sztywne, częściowo z powodu napięcia, częściowo dlatego, że każda próba zmiany pozycji powodowała kolejny skurcz bólu, ale zacisnąłem dłoń na drewnie, próbując przypomnieć sobie zaklęcie, które mogłoby przynajmniej ograniczyć krwawienie albo pozwolić mi podnieść się bez konieczności opierania ciężaru na uszkodzonej nodze. Nie zamierzałem wzywać Prue, mogłem spędzić na tej podłodze resztę nocy, ale nie miałem zamiaru przyznawać jej racji, wycelowałem zatem różdżką w rozcięcie na kolanie i wypowiedziałem inkantację, starając się zachować pewny głos, choć ból skutecznie utrudniał mi skupienie.
Zaklęcie zadrżało na końcu różdżki, rozbłysło słabym światłem i zgasło, nie przynosząc żadnego widocznego efektu - zakląłem, zaciskając palce na uchwycie i spróbowałem jeszcze raz, tym razem wolniej, dokładniej wypowiadając słowa, ale rezultat okazał się równie mizerny. Krew nadal spływała mi po nodze, kolano pulsowało, a ja miałem coraz większą ochotę rzucić różdżką o kant stopnia, choć powstrzymałem się w ostatniej chwili.
- No dalej. - Syknąłem do siebie, kierując koniec różdżki ponownie na ranę. - To tylko zaklęcie. Nawet tego nie potrafisz teraz zrobić? - Opuściłem ją powoli na podłogę, odchylając głowę do tyłu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#10
03.11.2026, 21:18  ✶  

Nie miała pojęcia kiedy właściwie wszystko mogło się tak spieprzyć. Część tego wieczoru mogłaby uznać za całkiem udaną, chociaż nie spodziewała się, że tak będzie. Ich zawieszenie broni okazało się być całkiem miłą odskocznią, jednak nie mogło trwać zbyt długo, prawda? Bardzo szybko wrócili do swojej normalności, powinna się tego spodziewać. Nie wiedziała jakim cudem udało im się całkiem nieźle bawić chwilę wcześniej. Wystarczyła chwila, żeby znowu udowadniał jej swoją wyższość. Przyznała mu nawet rację, powiedziała, że mogła zachować się inaczej, ale w tamtym momencie niespecjalnie zastanawiała się nad swoim zachowaniem. Przeprosiła go! On nic sobie z tego nie zrobił, zamiast tego wolał dalej sobie na niej używać, na co oczywiście nie mogła się zgodzić. Miała swoje granice, a on ciągle je przekraczał. Jeszcze wlazł z nią do tego autobusu! Po co? W jakim celu? By jęczeć przez całą drogę, marudzić, dalej ją pouczać? To nie miało żadnego sensu, nic właściwie nie miało sensu, do tego chyba też powinna przywyknąć przez te wszystkie lata podczas których wokół siebie krążyli.

- Z tym miewasz problemy, czyż nie? Powinieneś więc podziękować mi za wsparcie. - Nie powinna była tego mówić, jednak jak zawsze nie ugryzła się w język, nie kiedy z nim rozmawiała. Zdawała sobie sprawę, że często przekraczała granice, mówiła niektóre zdania tylko po to, żeby w niego uderzyć, mniej lub bardziej. Nie miała nawet pojęcia, czy to działa na niego w jakikolwiek sposób, bo nigdy nie wydawał się być szczególnie wzruszony, wszystko po nim spływało, ale jednak ciągle próbowała, ciągle starała się trafiać jak najbardziej celnie, byleby tylko jakoś zrobić mu krzywdę. To było głupie i niedojrzałe, ale jednak skoro nie mogła wzbudzać w nim żadnych innych emocji, to liczyła na to, że ją znienawidzi. Przynajmniej nie musiało być jej przykro z powodu, że traktował ją jak powietrze, no wychodziła z takiego założenia, które było naprawdę, ale to naprawdę głupie. On nie był dla niej wcale lepszy, zachowywał się w ten sam sposób, byli siebie warci. Jak ich drogi mogły się tak bardzo rozejść? Poglądy zacząć od siebie różnić? Nie miała pojęcia, tak samo jak niedowierzała w to, że kiedyś byli najlepszymi przyjaciółmi, chociaż ta krótka chwila dzisiaj, jeden wieczór - na moment przypomniało jej to, jak dobrze było mieć go po swojej stronie.

Miała pewien pogląd na to kim się stawał. Być może błędny, być może nie. Wydawało jej się, że doskonale zna takich jak on, że wie, jak ma wyglądać ich przyszłość. Nigdy nie należała do elity, ale wiedziała, jak był zbudowany świat. Ojciec jej coś na ten temat mówił, zresztą wspominał jej, że powinna na niego uważać już na początku ich znajomości i co? Miał rację. Przejechała się na tym, wycierpiała swoje, a mogła go posłuchać, była głupia i naiwna i nie zamierzała więcej popełniać tego błędu. Musiała trzymać się od takich jak on z daleka, dzisiaj ponownie na moment o tym zapomniała, ale Rookwood przypomniał jej o tym, jakim był człowiekiem całkiem szybko, na szczęście.

- Myślałam, że już to zrobili. - Odpowiedziała jeszcze na jego komentarz. W końcu otaczał się takimi jak on sam, Greengrass, Lestrange, Potter - oni wszyscy byli przecież tacy wyjątkowi, no poza jej bratem - nigdy nie potrafiła zrozumieć jakim cudem należał do tej paczki znajomych i co w nim widzieli, bo zupełnie nie pasował do całej reszty. Nie zamierzała jednak zbytnio się nad tym rozwodzić, skoro czuł się dobrze w ich towarzystwie to była tylko i wyłącznie jego sprawa. Ona wolała trzymać się z boku, miała szansę już się przecież przejechać na podobnych znajomościach, jeśli go spotka to samo to będzie obok, żeby wyjaśnić mu, że tak działał świat, bo przecież wszystko o tym wiedziała, była tak okropnie doświadczona.

- Zakończenie Twojej biografii wydaje się być całkiem przewidywalne. - Nie sądziła, że ktoś taki jak on będzie w stanie ludzi czymś zaskoczyć. Miał gotowy scenariusz, musiał w nim tylko wystąpić, spełnić oczekiwania rodziny i to by było na tyle. Większość czystokrwistych podążała przecież podobną drogą, to wydawało jej się całkiem proste i logiczne.

- W sumie zabawne, bo kiedyś miałeś to miejsce, na szczęście poszłam po rozum do głowy i od tego momentu mogę spać spokojnie. - Być może nie powinna wspominać o przeszłości, ale postanowiła to zrobić. Zranił ją wtedy okropnie, chciała mu o tym przypomnieć, bo czemu nie? Skoro znowu zaczęli sobie wszystko wyrzygiwać, to mogła i ten temat poruszyć.

- Prawda w oczy kole. - Mruknęła jeszcze, po czym odwróciła się w stronę szyby, bo faktycznie nie sądziła, aby dalsza konwersacja przyniosła jakikolwiek efekt, dalej by się ze sobą kłócili, dalej by sobie dopiekali, to nie miało żadnego sensu. Naprawdę liczyła na to, że w końcu będzie miała chociaż odrobinę spokoju, bardzo, ale to bardzo chciałaby się już znaleźć w swoim łóżku, naprawdę o tym marzyła.

Później sprawy przybrały zdecydowanie nieprzewidziany przez nią obrót. Autobus najechał na dziurę w drodze, Aloysius wypadł z siedzenia, co zachwiało jej tymczasowy spokój. Postanowiła zachować się dojrzale, wyciągnęła do niego dłoń - chciała mu pomóc, ale on najwyraźniej wolał nadal pokazywać jakim jest dzieciuchem. Nie zamierzała się go prosić o to, aby pozwolił sobie pomóc, w końcu to on był w gorszej sytuacji. Miała swoją dumę, którą właśnie po raz kolejny tego wieczora uraził.

Prychnęła gdy usłyszała to, co mówił. - Konsekwentny - srętny. - Skomentowała jeszcze w bardzo, ale to bardzo wyszukany sposób. Zirytował ją ponownie, więc nie była w najlepszej formie, odpowiadała szybko. Minęła go w końcu i oddaliła się na koniec autobusu, nie miała siły na dalsze przepychanki. Nie chciał jej pomocy - niech leży, bardzo dobrze.

Usiadła na siedzeniu, jednak nie mogła powstrzymać się nad obserwowaniem jego poczynań. Widziała, że wyciągnął różdżkę i próbował coś zrobić. Tyle, że nadal znajdował się na podłodze. Co za uparty osioł. Nie mogła się przecież spodziewać niczego innego, musiał pokazać, że jest w stanie poradzić sobie sam, tylko, że aktualnie zupełnie mu to nie wychodziło. Miała dziwne wrażenie, że uszkodził się dużo bardziej niż było widać na pierwszy rzut oka.

- Wystarczy, że powiesz, że potrzebujesz pomocy. - Powiedziała może nieco zbyt głośno, bo pewnie dotarło to do uszu niezainteresowanych, ale chciała, żeby wiedział, że nadal tu była i się na niego nie wypięła. W sumie to teraz wszystko zależało od niego i jego wielkiej dumy.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (8644), Prudence Fenwick (3736)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa