11 godzin(y) temu ✶
Wydostaliśmy się z sadu, choć jeszcze długo po przekroczeniu jego granicy słyszałem wrzaski jabłek, ich chór niósł się po okolicy z taką donośnością, że miałem poważne wątpliwości, czy ktokolwiek w promieniu kilku mil mógł pozostać nieświadomy tego, co działo się między drzewami. Nie miałem pojęcia, co właściwie tak bardzo je rozjuszyło, bo przecież w sadzie było pełno plonów i strata dwóch czy trzech sztuk niewiele zmieniała, ale nie zamierzałem też poświęcać czasu na dociekanie, czy miały nam jeszcze coś do powiedzenia, zwłaszcza że przez całą drogę w dół wzgórza, z którego zbiegaliśmy, spodziewałem się, że prędzej czy później zobaczę za nami jakąś wyjątkowo zawziętą jabłoń próbującą dosięgnąć nas gałęziami albo przynajmniej kilka owoców toczących się w naszą stronę z zamiarem dopilnowania, żebyśmy nie zapomnieli o tym spotkaniu.
Na szczęście nic takiego się nie stało, horyzont również pozostawała pusty - żadnych ciekawskich przechodniów, żadnych właścicieli posesji wychylających się zza płotów, żadnych patroli, które mogłyby zainteresować się źródłem tego całego hałasu, nikt nie pojawił się w zasięgu mojego wzroku, co przy naszym szczęściu należało chyba uznać za wyjątkowo pomyślny obrót spraw. Nie musiałem więc tłumaczyć nikomu, dlaczego biegliśmy w takim pośpiechu, ani wymyślać naprędce historii, która pozwoliłaby nam wyjść z tej sytuacji z resztkami godności, doskonale, nie potrzebowałem świadków, a już szczególnie nie takich, którzy mogliby później opowiadać znajomym, że widzieli dwójkę dorosłych czarodziejów uciekających przed czerwonymi jabłuszkami.
Dopiero kiedy oddaliliśmy się na bezpieczną odległość, pozwoliłem sobie zwolnić i porządnie zaczerpnąć powietrza, wtedy też pierwszy raz dłużej zerknąłem na towarzyszącą mi Prue, której naprawdę musiałem oddać sprawiedliwość, uśmiechnąwszy się przy tym pod nosem - naprawdę nieźle biegała pod wpływem stresu - właściwie nic się w tej kwestii nie zmieniło, potrafiła rzucić się w długą, nabrać sporej prędkości spierdalającej i całkiem nieźle pokonywać przeszkody stojące na jej drodze, co ponownie przypomniało mi tamtą jedną sytuację z dawnych lat, wtedy również potrafiła nabrać imponującego tempa, gdy okoliczności dostatecznie ją do tego zmusiły.
Spojrzałem jeszcze w stronę sadu, skąd wciąż dochodziły pojedyncze wrzaski, obejrzałem się za siebie, próbując ocenić, czy hałas wciąż dochodził z tego samego miejsca, czy może któreś z jabłek postanowiło kontynuować akcję obronną poza terenem swojego naturalnego występowania, po czym pokręciłem głową.
- Muszę pszyznaś, Pluey, nadal potlafisz pszebielaś nogami, kiedy sytuacja tego wymaga. - Rzuciłem, próbując odzyskać nieco powagi. Nic się pod tym względem nie zmieniło.
Na szczęście nic takiego się nie stało, horyzont również pozostawała pusty - żadnych ciekawskich przechodniów, żadnych właścicieli posesji wychylających się zza płotów, żadnych patroli, które mogłyby zainteresować się źródłem tego całego hałasu, nikt nie pojawił się w zasięgu mojego wzroku, co przy naszym szczęściu należało chyba uznać za wyjątkowo pomyślny obrót spraw. Nie musiałem więc tłumaczyć nikomu, dlaczego biegliśmy w takim pośpiechu, ani wymyślać naprędce historii, która pozwoliłaby nam wyjść z tej sytuacji z resztkami godności, doskonale, nie potrzebowałem świadków, a już szczególnie nie takich, którzy mogliby później opowiadać znajomym, że widzieli dwójkę dorosłych czarodziejów uciekających przed czerwonymi jabłuszkami.
Dopiero kiedy oddaliliśmy się na bezpieczną odległość, pozwoliłem sobie zwolnić i porządnie zaczerpnąć powietrza, wtedy też pierwszy raz dłużej zerknąłem na towarzyszącą mi Prue, której naprawdę musiałem oddać sprawiedliwość, uśmiechnąwszy się przy tym pod nosem - naprawdę nieźle biegała pod wpływem stresu - właściwie nic się w tej kwestii nie zmieniło, potrafiła rzucić się w długą, nabrać sporej prędkości spierdalającej i całkiem nieźle pokonywać przeszkody stojące na jej drodze, co ponownie przypomniało mi tamtą jedną sytuację z dawnych lat, wtedy również potrafiła nabrać imponującego tempa, gdy okoliczności dostatecznie ją do tego zmusiły.
Spojrzałem jeszcze w stronę sadu, skąd wciąż dochodziły pojedyncze wrzaski, obejrzałem się za siebie, próbując ocenić, czy hałas wciąż dochodził z tego samego miejsca, czy może któreś z jabłek postanowiło kontynuować akcję obronną poza terenem swojego naturalnego występowania, po czym pokręciłem głową.
- Muszę pszyznaś, Pluey, nadal potlafisz pszebielaś nogami, kiedy sytuacja tego wymaga. - Rzuciłem, próbując odzyskać nieco powagi. Nic się pod tym względem nie zmieniło.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)