• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja Horyzontalna v
1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[24.10.1972] Lost in translation | Rodolphus, Astoria

[24.10.1972] Lost in translation | Rodolphus, Astoria
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#1
04.10.2026, 22:36  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.10.2026, 20:45 przez Rodolphus Lestrange.)  
24 października 1972
Dom pani Alderley

Excuse me if I'm coming off wrong
Tell me, my love
If I should be b-b-biting my tongue
I know things can get so
Complicated, frustrated
Communication always gets so off
Excuse me if I'm coming off wrong
Are we lost in translation?


Południe na Alei horyzontalnej było głośne i tłoczne, ale dla Rodolphusa ten cały zgiełk pozostawał jedynie tłem. Szorstki, jesienny wiatr przemykał między kamienicami, mierzwiąc poły jego długiego, ciężkiego płaszcza z ciemnej wełny. Pod spodem, jak zwykle, miał na sobie nienaganny, dopasowany zestaw – proste czarne spodnie, idealnie wypolerowane wizytowe buty, nienagannie wyprasowaną białą koszulę oraz dopasowaną, czarną marynarkę. Wyglądał elegancko, powściągliwie i chłodno, zupełnie niepasująco do otaczającego go gwarzacego tłumu. Zawsze od niego odstawał, nigdy jakoś nie specjalnie - ot, to była jedna z tych drobnostek, które pozwalały mu na szybkie ubranie się bez spędzania bezsensownych minut przed szafą. I chociaż poszczególne spodnie i marynarki różniły się odcieniami, splotem czy mankietami, tak dla niewprawnego oka zawsze był ubrany w jeden i ten sam zestaw.

Szedł przed siebie z rękami wciśniętymi w kieszenie płaszcza, rozkojarzony jak nigdy. W jego głowie nieustannie krążyły myśli o zadaniu, które otrzymał bezpośrednio od Czarnego Pana. Ciężar tego rozkazu i samej wizyty ważył więcej niż mroźne powietrze wokół. Zastanawiał się intensywnie, jak się do tego wszystkiego przygotować – ile czasu będzie potrzebować, jakich środków ostrożności musiał użyć i jak rozegrać to taktycznie, by nie popełnić ani jednego błędu. Przełknięcie tej odpowiedzialności wymagało czystego umysłu, a to oznaczało, że musiał dzisiaj bezwzględnie wziąć w pracy kilka dni wolnego. Będzie musiał wymyślić wiarygodne usprawiedliwienie dla przełożonych, by nikt w Ministerstwie nie nabrał podejrzeń co do jego nagłej nieobecności. Na dodatek musiał odwiedzić panią Alderley, bo Astoria mu pisała, że ta chętnie by go zobaczyła. A jeżeli nie teraz, to za tydzień. Wolał to zrobić teraz. Za tydzień mogło go już nie być wśród żywych, skoro Voldemort miał tendencję do nawiedzania go w jego własnym lokum, obłożonym ochronnymi zaklęciami.

Tak bardzo zatopił się w wewnętrznym monologu, że niemal całkowicie o lewitującym krok za nim obiekcie. W powietrzu, tuż za jego prawym ramieniem, płynęła spokojnie niewielka paczuszka. Była starannie owinięta w prosty, szary papier i mocno przewiązana zwyczajnym, jutowym sznurkiem, kołysząc się łagodnie przy każdym jego kroku.

W końcu skręcił w cichszą uliczkę i zatrzymał się przed urokliwym, niewielkim domkiem pani Alderley – starszej czarownicy, której niedawno wraz z Astorią udzielili pomocy. Południowe słońce leniwie przebijało się przez chmury, oświetlając odnowione okiennice i niewielki ganek. Rodolphus przystanął na moment, biorąc głęboki oddech i odsuwając na chwilę mroczne myśli o Lordzie Voldemorcie. Dopiero gdy upewnił się, że jego twarz przybrała maskę spokoju i nienagannych manier, machnął delikatnie różdżką, obniżając lewitującą paczkę, i zapukał do drzwi.
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#2
12.10.2026, 12:40  ✶  
Ostatnie dni upływały Astorii w takim natłoku zajęć, że niekiedy dopiero późnym wieczorem, kiedy odkładała pióro i gasiła ostatnią lampę w gabinecie, uświadamiała sobie, że od świtu nie znalazła nawet chwili na porządny odpoczynek. Obowiązki piętrzyły się przed nią niczym stosy ksiąg w bibliotece zaniedbanej przez nazbyt ambitnego uczonego; ledwie uporała się z jednym, już następny domagał się jej niepodzielnej uwagi. A przecież nie należała do kobiet, które zwykły uskarżać się na nadmiar pracy. Przeciwnie, w zajęciu odnajdywała szczególny rodzaj ukojenia. Tym razem jednak nawet jej godna podziwu zaradność wystawiona została na niemałą próbę.
Zbliżający się Samhain wymagał przygotowań zakrojonych na szeroką skalę. Galeria OdNowa, zwykle poddana rygorom artystycznego ładu, przeobraziła się w istne królestwo skrzyń, opakowań, spisów inwentarzowych i niedokończonych jeszcze drobiazgów. Astoria osobiście doglądała przygotowania stoiska, troszcząc się zarówno o należyte wyeksponowanie ikon świętych, jak i o te wszystkie pozornie błahe szczegóły, od których zależało powodzenie przedsięwzięcia. Nie zamierzała bowiem pozwolić, by jej nazwisko firmowało coś urządzonego niedbale, choćby rzecz dotyczyła jedynie niewielkiego straganu. Na tym jednak nie kończyły się jej powinności.
Istniało jeszcze zadanie powierzone jej osobiście przez Czarnego Pana - sprawa nieporównanie donioślejsza, której nie sposób było odłożyć na później ani powierzyć cudzym rękom. Sam fakt, że Voldemort zwrócił się bezpośrednio do niej, stanowił wyróżnienie, ale i zobowiązanie, którego ciężaru czarownica absolutnie nie lekceważyła.
Jak gdyby i tego było mało, pozostawała jeszcze pani Alderley. Zdrowie staruszki, chociaż od owej pamiętnej nocy nieco się ustabilizowało, wciąż budziło uzasadniony niepokój. Astoria nie żywiła względem niej uczucia tak głębokiego, jakie łączy człowieka z najbliższymi krewnymi, lecz wieloletnia znajomość pani Alderley z jej babką nakładała na nią pewien obowiązek, którego nie zamierzała zaniedbać. Tym bardziej że starsza kobieta nie miała przy sobie nikogo, kto mógłby z należytą troskliwością dopilnować jej potrzeb. Zorganizowała więc całodobową opiekę, powierzając pieczę nad chorą wykwalifikowanej opiekunce, zaznajomionej zarówno z pielęgnacją osób starszych, jak i z podawaniem leków.
Tego dnia, korzystając z krótkiej przerwy między jednym zajęciem a drugim, postanowiła osobiście odwiedzić panią Alderley i przekonać się, czy zapewnienia o poprawie jej zdrowia znajdują potwierdzenie w rzeczywistości. Zdołała już zamienić kilka słów z opiekunką, przejrzeć rozpiskę leków i zajrzeć do sypialni, gdzie pani Alderley spoczywała pogrążona we śnie, gdy usłyszała pukanie do drzwi.
- Rodolphusie - powitała go, odsuwając się od progu. - Proszę, wejdź.
Przytrzymała drzwi, pozwalając mu przekroczyć próg, po czym zerknęła przelotnie na niewielką paczuszkę, którą miał ze sobą. Nie zapytała jednak o jej zawartość.
- Obawiam się, że nie zastałeś naszej gospodyni w najbardziej towarzyskim usposobieniu - oznajmiła, zamykając za nim drzwi. - Pani Alderley śpi. Byłam u niej przed chwilą i wygląda na to, że ma się odrobinę lepiej. Przynajmniej tak twierdzi opiekunka. - Poprawiła rękaw sukni, po czym wskazała mu drogę do saloniku. - Nie chciałabym jej budzić. Sen zdaje się służyć jej teraz bardziej niż jakiekolwiek odwiedziny, choć jestem przekonana, że ucieszy ją wiadomość o twoim przybyciu.
Nie uszło jej uwagi, że wyglądał równie nienagannie jak zwykle. Jednakże pod tą starannie utrzymaną powierzchownością dostrzegała pewne roztargnienie, którego nie zamierzała wytykać. Zwłaszcza, gdy pod jej oczami widać było nikłe cienie, świadczące o niedostatku snu.


learn the rules
then
break some
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#3
14.10.2026, 13:19  ✶  
Rodolphus przestąpił próg z właściwym sobie, powolnym i dumnym wdziękiem. Stalowoszare, uważne oczy Lestrange’a natychmiast omiotły przestrzeń przed nim, rejestrując każdy detal – od panującego w domu spokoju, przez opadający na sprzęty półcień, aż po obecność samej Astorii. O odwiedzinach u pani Alderley myślał dzisiejszego dnia jak o kolejnym nudnym, obyczajowym obowiazku, który należało odhaczyć z zimną precyzją. Zastanie w progu panny Avery było jednak niespodziewanym, choć bez wątpienia satysfakcjonującym akcentem.
– Astorio – odpowiedział zniżonym głosem, skinąwszy głową na powitanie, gdy mijał ją w progu. Wszedł do saloniku, pozwalając, by czarny płaszcz ułożył się ciężko wokół jego sylwetki. Choć jego powierzchowność, jak zawsze, charakteryzowała chłodna elegancja starodawnej arystokracji, w ruchach Rodolphusa kryła się ledwie zauważalna, drapieżna rezerwa. Złożył przyniesioną paczuszkę na niewielkim, polerowanym stoliku przy oparciu fotela. – Jeśli sen przynosi jej ulgę, byłoby głupotą budzić ją dla zwykłej etykiety.
Odwrócił się w stronę Astorii. Jego spojrzenie zatrzymało się na jej twarzy dłużej, niż wymagały tego zasady dobrego wychowania. Z łatwością dostrzegł nikły dym cieni pod jej oczami, dowód na to, że nawet czarownica o tak żelaznej dyscyplinie płaci cenę za własną ambitność i powierzone jej ciężary. Nie powiedział jednak nic na ten temat. To nie była jego sprawa.
– Przyniosłem jedynie drobiazg, który, miejmy nadzieję, przyspieszy jej powrót do pełni sił – dodał, wskazując podbródkiem pakunek, po czym postąpił krok w jej stronę. – Postąpiłaś niezwykle rozważnie, organizując dla niej stałą opiekę. Niewielu postarałoby się o podobny komfort dla kogoś, kto nie należy do ich ścisłej rodziny, zwłaszcza w czasie, gdy nadchodzący Samhain wymaga tak wielu przygotowań… i gdy inne, znaczniejsze sprawy domagają się uwagi.
Uśmiechnął się lekko, chociaż jego wzrok, zwykle tak ostry jak brzytwa, teraz wydawał się być odrobinę zamglony, a oczy - rozedrgane.
- Nie wiem, ile będę mógł zostać, dlatego jeżeli przekażesz jej, że przyszedłem… Bardzo nalegała na odwiedziny, jednak ten jak i inne dni są dla mnie wyjątkowo wypełnione pracą - pracą… Cóż, trochę tak, chociaż nie powiedział do końca o którą pracę chodziło. - Wyglądasz na zmęczoną. Czy mogę zaoferować ci swoją pomoc, zanim powrócisz do swoich obowiązków?
Nie było w jej obecności nic dziwnego, to w końcu była przyjaciółka jej mamy, a nie jego. Nie chciał się tu także panoszyć, ale widział że Avery jest zmęczona - może chociaż szum wrzącej w czajniki wody wypełniłby ciszę, która owijała się wokół nich?
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#4
20.10.2026, 01:02  ✶  
Czarownica odprowadziła wzrokiem niewielki pakunek, który Rodolphus pozostawił na stoliku, i uśmiechnęła się z dyskretnym uznaniem.Sam fakt, iż znalazł czas na odwiedziny pośród własnych obowiązków, zasługiwał na pewną wdzięczność. Zwłaszcza że pani Alderley, choć daleka od odzyskania dawnej żywotności, zdążyła już kilkakrotnie upomnieć się o swojego dobroczyńcę.
- To miłe z twojej strony. Dopilnuję, żeby otrzymała podarunek, kiedy się obudzi - zapewniła. - I oczywiście przekażę, że byłeś. Choć nie ręczę, czy oszczędzi mi wyrzutów, że pozwoliłam ci odejść, bez obudzenia jej uprzednio. - byłoby to zresztą pocieszające, bo oznaczałoby, że staruszka odzyskała przynajmniej część dawnego temperamentu. Na pochwałę dotyczącą zorganizowanej opieki odpowiedziała jedynie nieznacznym ruchem ramion.
- Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Pani Alderley jest od lat bliska mojej rodzinie, a pozostawienie jej bez należytej pomocy byłoby zwyczajnie nieprzyzwoite. Poza tym, mając do dyspozycji odpowiednie środki, znacznie łatwiej zapewnić komuś opiekę niż samemu ją sprawować.
Nie usiłowała przedstawiać własnego postępowania w świetle szczególnej szlachetności. Uważała je za naturalną konsekwencję wychowania, które od najmłodszych lat wpajało jej, że przywileje rodowe niosą ze sobą również pewne powinności. Dopiero wzmianka o jej zmęczeniu sprawiła, że spojrzała na Rodolphusa z wyraźniejszym zainteresowaniem.
- Aż tak źle wyglądam? - zapytała, unosząc lekko brwi. Stłumiła poczucie urażonej próżności na tę uwagę; tego ranka poświęciła przecież niemało uwagi własnej prezencji, starannie upinając włosy i dobierając strój, który miał skutecznie odwracać uwagę od cieni pod oczami. Najwyraźniej nawet najbieglejsze zabiegi nie potrafiły całkowicie oszukać człowieka, który miał już sposobność oglądać ją w stanie daleko odbiegającym od zwyczajnej nienaganności. Na samo wspomnienie tamtej nocy poczuła zakłopotanie.
Nie chodziło nawet o łzy, choć i te najchętniej wymazałaby z pamięci. Znacznie bardziej kłopotliwa pozostawała świadomość, że zasnęła w jego ramionach z beztroską, na którą nie pozwalała sobie nawet w obecności większości krewnych. Doceniała jego dyskrecję. Nie uczynił z niej przedmiotu żartów ani nie próbował nadać wydarzeniu znaczenia, którego Astoria nie była gotowa rozważać. To sprawiło, że teraz czuła się przy nim swobodniej, niż jeszcze niedawno uznałaby za rozsąnde.
- Faktycznie… ostatnio doba wydaje mi się stanowczo zbyt krótka - przyznała, opierając dłoń na oparciu fotelu. - Samhain pochłania mi niemal każdą wolną chwilę. Nie przypuszczałam, że urządzenie jednego straganu będzie wymagało niemal tyle zachodu, co zorganizowanie całej wystawy. A przecież to zaledwie ułamek moich obowiązków.
O pozostałych mówić nie mogła. Powierzone jej osobiście przez Czarnego Pana zadanie wymagało bowiem nie tylko szczególnej staranności, lecz również bezwzględnej dyskrecji.
- Obawiam się, że w najbliższym czasie pozostanie mi się żywić głównie ambicją i mocną kawą - zażartowała, jakby chodziło o błahą niedogodność. Przyjrzała się Rodolphusowi uważniej. - Wygląda na to, że oboje mamy ostatnio więcej obowiązków niż rozsądku, by z nich zrezygnować - zauważyła z lekkim rozbawieniem. - Chociaż, przyznaję, nieczęsto słyszy się od ciebie, że brakuje ci czasu. Czyżby Ministerstwo postanowiło wreszcie sprawdzić, ile pracy można powierzyć jednemu człowiekowi, zanim zacznie żałować wyboru kariery?
Na jego propozycję chwilowego odciążenia, czarownica uniosła lekko brwi w rozbawieniu, a na jej ustach zagościł drobny, nieco przekorny uśmiech.
- A w czymże pragnąłbyś mi pomóc, Rodolphusie?


learn the rules
then
break some
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#5
23.10.2026, 14:33  ✶  
Rodolphus przyglądał się czarownicy przez krótką, niespieszną chwilę, nim na jego twarzy pojawił się ten ledwo dostrzegalny, chłodny, lecz na swój sposób wyrozumiały uśmiech, który zachowywał wyłącznie dla nielicznych. Znał ciężar konwenansów, doskonałej prezencji i masek, które nakładało się na twarz z taką samą precyzją, z jaką dobierało się najdroższe szaty. Doskonale widział, jak starannie Astoria próbowała ukryć wyczerpanie pod nienagannie upiętymi włosami i dopracowanym krojem sukni, i doceniał ten trud – nawet jeśli prawda i tak przebijała przez zmęczone spojrzenie.
– Nie wyglądasz źle, Astorio. Nigdy nie wyglądasz źle – odparł powoli, a w jego niskim, aksamitnym głosie zabrzmiała nuta wyważonego, absolutnie naturalnego komplementu, wyzbytego jednak wszelkiej taniej filuterności. – Po prostu widać w twoich oczach znużenie. A to różnica. Choć muszę przyznać, że twoje starania, by ten fakt zamaskować, są godne podziwu. Większość osób w twoim stanie dawno poddałaby się i uznała wyższość odpoczynku nad etykietą.
Przesunął dłonie do przodu, poprawiając mankiety ciemnego płaszcza, po czym postąpił krok w stronę wnętrza pokoju, lekko przechylając głowę, gdy padły jej pytania dotyczące Ministerstwa i opieki nad sprawami.
– Ministerstwo ma w sobie wyjątkową cechę wydobywania z ludzi reakcji, na które normalnie by sobie nie pozwolili, to prawda. Ale tym razem to nie urzędnicy stanowią źródło mojego pośpiechu – odpowiedział, a w jego wzroku mignął cień gęstszego, trudniejszego do odczytania cienia, który zniknął jednak równie szybko, jak się pojawił. – Nałożyło się u mnie w ostatnich dniach kilka prywatnych spraw. Wymagają nie tylko uwagi, ale i sporej dozy cierpliwości, której, jak zapewne wiesz, nie mam w nieograniczonych zapasach. Stąd też moje drobne zaległości w sprawach towarzyskich.

Kiedy zadała swoje przekorne pytanie – pytając, w czym właściwie chciałby jej pomóc – Rodolphus uniósł nieznacznie kącik ust. Przez moment milczał, zawieszając wzrok na jej smukłej sylwetce wspartej o oparcie fotela. Znał ten stan: nadmiar obowiązków, rosnąca presja i poczucie, że świat nie zatrzyma się ani na sekundę, by dać człowiekowi złapać oddech. A jednak Astoria stała tu, sztywna i dumna, próbując żartować o kawie i ambicji.
– W czym mógłbym ci pomóc? – powtórzył cicho jej słowa, rozważając je na głos z cieniem rozbawienia. – Cóż, obawiam się, że w kwestii organizacji straganów na Samhain czy sekretnych wizji artystycznych nie byłbym najlepszym doradcą. Moje estetyczne wyczucie bywa zbyt pragmatyczne i raczej surowe jak na standardy eleganckiej wystawy. Ale nie pytam bez powodu, Astorio. Pytam, bo widzę, że zrzucasz na swoje barki więcej, niż musisz, nawet jeśli twoja duma nie pozwala ci się do tego przyznać.
Zrobił jeszcze jeden, spokojny krok w jej stronę, zatrzymując się w bezpiecznej, choć intymnej odległości, po czym wskazał dłonią w stronę niewielkiego stolika i drzwi prowadzących w głąb domostwa.
– Żywiąc się samą ambicją i mocną kawą, wpędzisz się jedynie w migrenę. Jeśli więc nie masz dla mnie żadnego konkretnego zadania, do którego mogłabyś wykorzystać moje nazwisko lub różdżkę… zaproponuję najprostszą rzecz. Może po prostu zaparzę ci herbatę? Naprawdę dobrą. To jedna z niewielu sztuk, w których doszedłem do perfekcji bez użycia magii. Zrobisz sobie dziesięciominutową przerwę, usiądziesz i na chwilę przestaniesz myśleć o całym świecie. Zgoda?
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#6
29.10.2026, 14:29  ✶  
Przyjęła komplement z powściągliwością, choć w jej spojrzeniu zamigotało coś na kształt rozbawienia. Gdyby nie była tak zmęczona, prawdopodobnie zatrzepotałaby zalotnie rzęsami i wymruczała podziękowanie. Doskonale znała zalety swojej powierzchowności i nie widziała szczególnego powodu, by udawać nieświadomość w tej materii. A jego słowa o dziwo nie brzmiało, jak jeden z wświechtanych frazesów, którymi mężczyźni zwykli obdarzać damy, kiedy brakowało im ciekawszego tematu do rozmowy.
- Jakże pocieszające, że przynajmniej moje starania nie uchodzą twojej uwagi - odparła z subtelną przekorą. - Niestety wciąż posiadasz tę irytującą zdolność dostrzegania wszystkiego, co usiłuję ukryć.
Ich relacja w ostatnim czasie zyskała na intensywności. Widział jej strach, bezradność i łzy, a ostatnio był świadkiem tego rodzaju wyczerpania, które pozbawiło ją nawet przytomności potrzebnej do zachowania pozorów. Nie potrafiła jeszcze zdecydować, czy to dobry kierunek. Zdecydowanie za dużo się ostatnio działo w jej życiu.
Kiedy wspomniał o prywatnych sprawach, jej twarz przybrała wyraz uważniejszy, niemal badawczy. Nie uszła jej uwagi ta osobliwa zmiana w jego spojrzeniu, ledwie dostrzegalne zachmurzenie oblicza, które pojawiło się i zniknęło, nim zdążyła należycie je rozpoznać. Rodolphus nie należał do ludzi łatwo zdradzających własne troski, a już samo przyznanie, iż coś pochłania jego uwagę w stopniu większym niż służbowe obowiązki, wydawało się znamienne. Nie odezwała się. Nie chciała domagać się zwierzeń, chciała, żeby sam jej opowiedział, jeśli w ogóle poczuje taką potrzebę.
- Gdybym za każdym razem otrzymywała galeona, ilekroć ktoś radzi mi odpocząć, musielibyśmy dwukrotnie powiększyć rodowy skarbiec - z jednej strony ciągle słyszała, że się przepracowuje, głównie z ust najbliższych, z drugiej nieustannie czuła na sobie badawczy wzrok ojca, który wymagał od niej więcej. Była kobietą, musiała udowodnić swoją wartość. Ambicja nie pozwalała jej się zatrzymać. Owszem, część obowiązków mogłaby przekazać innym, zrezygnować z osobistego doglądania najdrobniejszych szczegółów lub odłożyć mniej pilne przedsięwzięcia. Istniały jednak sprawy, których powodzenie zależało wyłącznie od niej, i zobowiązania, od których nie sposób było się uchylić bez narażenia własnego nazwiska, pozycji, a niekiedy znacznie więcej.
Przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu, a kiedy zaproponował przygotowanie herbaty, na jej twarzy odmalowało się szczere zdziwienie. Sama myśl, że mógłby stanąć przy kuchennym blacie i z całą powagą oddać się sztuce parzenia herbaty, wydała jej się na tyle osobliwa, iż nie zdołała ukryć rozbawienia.
- Przyznaję, że nie podejrzewałam cię o podobne talenty - oznajmiła, spoglądając na niego z ukosa. - A skoro utrzymujesz, że osiągnąłeś w tej dziedzinie perfekcję, byłoby z mojej strony wręcz niegrzecznością odmówić sobie sposobności do jej zweryfikowania.
Uśmiechnęła się zadziornie, a w jej oczach błysnęło żywsze zainteresowanie.
- Ale uprzedzam, że skoro tak śmiało zachwalasz własne umiejętności, będę wyjątkowo wymagającą sędzią.
Podążyła za nim, obserwując każdy ruch - częściowo z ciekawości, ale może kryła się w tym jakaś wrodzona ostrożność, by nic jej przypadkiem nie dosypał. Nie podejrzewała go o truciznę, na tym etapie już nie, ale jakiś środek nasenny byłby prawdopodobny.


learn the rules
then
break some
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#7
29.10.2026, 20:44  ✶  
Rodolphus przyjął wymówkę i lekką przekorę Astorii ze spokojem, choć w jego spojrzeniu wciąż przemykało to ciche, ledwie dostrzegalne rozkojarzenie. Mimo że w powietrzu wciąż gęstniały mroczne cienie niecierpiącego zwłoki rozkazu Czarnego Pana i wizja nadchodzących wizyt w Ministerstwie, męska twarz pozostała niewzruszona, spowita chłodną, nienaganną elegancją. Tylko kącik jego ust uniósł się niezauważalnie w odpowiedzi na jej zadziorną uwagę, stając się ledwo czytelnym dowodem na to, że jej słowa dotarły do niego poprzez gęstwinę trawiących go myśli. Zdecydowanie nie był dzisiaj sobą.

Nie skomentował jej wyzwania powrotną ciętą ripostą. Zamiast tego odwrócił się powoli, pozwalając, by ciężki, ciemny płaszcz zaszumiał cicho wokół jego ciała, po czym niespiesznym, miękkim krokiem przeszedł do spowitej w południowym półcieniu kuchni. Po drodze zdążył zsunąć płaszcz, który z zadziwiającą gracją przesunął się z ramion na dłonie, tak jakby Lestrange był stworzony do tego, by chodzić po wybiegach i jednym ruchem rozpinać kościane guziki. Patrząc na jego matkę, ojca, brata, kuzynostwo… Wszyscy byli jakby wyciosani z jednego bloku kamienia. Wysocy, piękni, a jednocześnie zimni niczym lód. Ot, weźmy chociażby taką Victorię. Płaszcz uniósł się w powietrzu, gdy nie wiedząc kiedy różdżka pojawiła się w dłoni Rodolphusa. Odpłynął na wieszak, przesuwając się obok Astorii i muskając jej dłoń rękawem. Był mięciutki. Kto by pomyślał.

Wewnątrz kuchni panowała kojąca cisza. Rodolphus zaczął przygotowania w skupieniu, które miało w sobie coś z misternego rytuału. Najpierw napełnił czajnik czystą wodą i ustawił je nad niewielkim płomieniem. Kiedy pomarańczowy ogień zaczął leniwie ogrzewać dno, sięgnął po niewielką, ciemną puszkę ze sproszkowanym suszem, którą wyciągnął z szafki. Wiedział, że tam była - sam ją przyniósł. Cieszył się, że została napoczęta, nie przepadał przecież gdy prezenty były marnowane. Mimo okoliczności każdy jego gest był pozbawiony jakiejkolwiek gwałtowności. Unosząc wąską, srebrną łyżeczkę, zaczął odmierzać ciemne, zwinięte ciaśniej niż igły igliwia liście czarnej herbaty. Robił to z aptekarską, niemal laboratoryjną dokładnością, a zarazem z uderzającą, naturalną lekkością. Drobiny suszu opadały na dno pękatego, porcelanowego imbryczka z cichym, szeleszczącym dźwiękiem, przypominającym krople deszczu uderzające o wysuszone liście.

Aura, jaką wokół siebie roztaczał, była teraz dziwnie przyjemna. Kosmyk włosów, którego nie złapała ulizanna Potterów, opadł mu na blade czoło, gdy pochylał się nad koszykiem, do którego wsypywał herbatę. Przez cały ten czas milczał, pozwalając, by jedynie szum podgrzewanej wody i głęboki, wyrazisty aromat uwalniającego się suszu wypełniały przestrzeń między nimi. Dymne nuty, sprzęgnięte z jego własną wonią palonego drewna, powoli przenikały powietrze. Dopiero gdy woda zaczęła cicho szemrać, obrócił się ku Astorii o cal, omiatając jej postać krótkim, stalowoszarym spojrzeniem.
– Doskonałość nie wymaga pośpiechu, Astorio – powiedział nisko, chłodno, a mimo to z nutą nieuchwytnego ciepła. – Wymaga jedynie cierpliwości.
Gestem dłoni wskazał na krzesło, odsunięte nieco od kuchennego stołu. Musieli poczekać - wszak doskonałość wymagała cierpliwości, czyż nie?

Do jego myśli wdarł się jednak inny obraz. Obraz, gdy jako dzieciaki siedzieli w Wielkiej Sali - przy tym samym stole, lecz w innych jego końcach. On z Trix i Rabastanem, ona z przyjaciółkami. Czy to wtedy Bellatrix sprawiła, że sok dyniowy wybuchł prosto w twarz Astorii, czy to on sam to spowodował? Nie pamiętał. Ale pamiętał, jak się złościła na to, że pomarańcz nie chciał zejść z jej białej bluzki. Pamiętał wtedy, jak Astoria wstała i wyszła, nie zaszczycając ich spojrzeniem. Odprowadzały ją wtedy śmiechy. Lestrange westchnął i odruchowo zaczesał włosy z powrotem na swoje miejsce. Drugą dłoń włożył w kieszeń spodni, a sam przesunął wzrok na okno. Było szaro i ponuro. Jesień nadeszła, a mgły i chmury przypominały popiół z felernego, wrześniowego piątku.
- Naprawdę byłem dupkiem, prawda? - zapytał chociaż w zasadzie było to bardziej stwierdzenie niż pytanie. Czy gdyby zapytał teraz Astorii, z czym najbardziej jej się kojarzy, co by odpowiedziała - z rozlanym na koszuli sokiem dyniowym, czy może podstawioną nogą na zielarstwie? A może z tą śnieżką, którą wrzucił jej za kołnierz pewnej zimy przed Yule? Rodolphus przesunął spojrzeniem z powrotem w stronę Astorii. Było… zmęczone. Ale zadziwiająco spokojne. Bez tego wyzywającego, chłodnego blasku, który zwykle czaił się gdzieś w rogu. - Gdybym poprosił, żebyś zamknęła oczy i powiedziała jedno wspomnienie, z którym ci się kojarzę, co to by było?
Nie naciskał - wyciągnął ostrożnie koszyczek z rozwiniętymi, mokrymi liśćmi. Włożył go do zlewu. Ciekawila go jej odpowiedź. Mógł nie przeżyć kolejnego miesiąca, chciał więc wiedzieć.
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#8
Wczoraj, 03:25  ✶  
Przyglądała się poczynaniom Rodolphusa z zainteresowaniem, którego nie zamierzała nawet szczególnie ukrywać. Było bowiem coś nieodparcie osobliwego w widoku Lestranga, człowieka przywykłego do ministerialnych korytarzy, arystokratycznych salonów i wszelkich wygód, jakie zapewniało mu nazwisko, pochylonego nad kuchennym blatem z powagą godną alchemika przystępującego do sporządzenia eliksiru o nader kapryśnych właściwościach. Skrzyżowała ręce na piersi, opierając lekko ramię o drewniane obramowanie, i obserwowała, jak odmierza susz z drobiazgowością, której nie powstydziłby się najbardziej pedantyczny aptekarz.
Po chwili zorientowała się, że odnajduje pewną przyjemność w możliwości przyglądania się czynnościom, za które tym razem nie ponosiła najmniejszej odpowiedzialności. Nie musiała niczego nadzorować, poprawiać ani sprawdzać. Mogła po prostu stać, wsłuchując się w cichy szmer podgrzewanej wody.
- Doprawdy? A ja sądziłam, że przede wszystkim talentu - odparła przekornie. - Choć przyznaję, że cierpliwość bywa nieoceniona, zwłaszcza kiedy ma się do czynienia z ludźmi przekonanymi o własnej doskonałości - uśmiechnęła się pod nosem, wygładzając materiał sukni na kolanach. Oparła łokieć o blat, a podbródek wsparła na zgiętych palcach, pozwalając sobie na swobodę, której w bardziej oficjalnych okolicznościach zapewne by sobie odmówiła.
Przez chwilę panowało między nimi milczenie, ale nie z rodzaju tych niezręcznych. Po ostatnich dniach, podczas których nieustannie czegoś od niej wymagano, możliwość przebywania w czyimś towarzystwie bez konieczności prowadzenia uprzejmej konwersacji wydawała się czarownicy luksusem. A potem poruszył temat, którego sie kompletnie nie spodziewała. W jego głosie nie dosłyszała zwyczajnej przekory ani owej chłodnej ironii, którą tak chętnie posługiwał się w rozmowie. Zabrzmiało to niemal jak prośba o wydanie sądu nad przeszłością.
- Byłeś - odpowiedziała spokojnie. - I nie zamierzam cię pocieszać, twierdząc, że zapamiętałam to inaczej. Nienawidziłam cię w Hogwarcie. - nie było w jej głosie rozbawienia. Dawny Rodolphus Lestrange był dla niej nieznośnym, zarozumiałym chłopakiem, któremu pochodzenie, popularność i towarzystwo równie skorych do wybryków przyjaciół dawały, jak sądził, nieograniczone prawo do zabawiania się cudzym kosztem. Niektóre jego żarty były zwyczajnie okrutne. Czy na pewno chciał usłyszeć prawdę? Jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie musiałaby namyślać się ani chwili. Istniało bowiem pewne wspomnienie, które przez długie lata powracało do niej z zadziwiającą wyrazistością.
- Jeszcze do niedawna… bez wahania przywołałabym pewne popołudnie na wieży astronomicznej - zaczęła, przyglądając mu się uważnie. Pamiętała tamten dzień z przykrą dokładnością. Było chłodno, choć nie na tyle, by zniechęcić ją do spędzenia popołudnia na otwartej galerii. Siedziała przy kamiennej balustradzie z podręcznikiem transmutacji rozłożonym na kolanach, usiłując zapamiętać kolejne zagadnienia przed zbliżającym się zaliczeniem. Na nadgarstku miała delikatną, złotą bransoletkę z niewielką zawieszką w kształcie gwiazdy. Dostała ją od babki na jedenaste urodziny, tuż przed wyjazdem do Hogwartu, wraz z zapewnieniem, że będzie jej przypominała o domu, ilekroć zatęskni za rodziną. Astoria nosiła ją niemal codziennie, choć zapięcie zdążyło się już nieco poluzować.
- Wyczarowałeś tuż za moimi plecami ogromnego pająka. Nie zdążyłam zorientować się, że to tylko iluzja. Zerwałam się z miejsca tak gwałtownie, że przewróciłam krzesło, a kiedy próbowałam odsunąć się od tego paskudztwa, potknęłam się i upadłam przy samej balustradzie.
Na moment zacisnęła usta.
- Bransoletka, podarowana przez moją babkę, zahaczyła o wystający fragment kamienia. Łańcuszek pękł, a ja zobaczyłam tylko, jak zsuwa się z mojego nadgarstka i przelatuje przez krawędź wieży.
Najdotkliwiej zapamiętała nie sam przestrach ani nawet bolesne uderzenie kolanami o kamienną posadzkę, lecz tę krótką, bezradną chwilę, w której obserwowała błysk złota znikający daleko poniżej.
- Nigdy jej nie odzyskałam - powiedziała ciszej. Szukała jej, pytała o pomoc woźnego, ale przepadła bez śladu. - I nigdy ci nie wybaczyłam.
Umilkła, pozwalając, by słowa wybrzmiały. Nie zamierzała go upokarzać ani wymuszać przeprosin za przewinienia sprzed lat. Zapytał jednak o prawdę, a Astoria nie uważała, by należało zastępować ją uprzejmym kłamstwem. Dopiero po chwili jej wyraz twarzy złagodniał.
- Ale teraz… dominującym wspomnieniem jest twoja pomoc podczas Spalonej Nocy - niełatwo przychodziło jej mówienie o tamtych wydarzeniach, ale swoim pytaniem zdawał się uchylić jakieś drzwi, przez które teraz wymykała się szczerość. - Ruszyłeś mi na ratunek, chociaż nie miałeś żadnego obowiązku tego robić. Pomogłeś mi wydostać się z tamtego koszmaru i wrócić do domu. Nie wiem, co stałoby się ze mną, gdybyś się wtedy nie pojawił.
Nie uśmiechnęła się tym razem. Pozwoliła jedynie, by jej spojrzenie spoczęło na jego twarzy, spokojne i pozbawione wszelkiej kokieterii.
- Od tamtej pory pokazałeś mi się od innej strony, takiej, przez którą zaczęłam… - urwała, speszona tym przypływem otwartości.


learn the rules
then
break some
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Astoria Avery (2202), Rodolphus Lestrange (2058)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa