Byli tutaj, by zaprowadzić porządek i Victoria z pewnością nie zamierzała się patyczkować z nikim, kto ten spokój, wątpliwy bo wątpliwy, bo dopiero osiągany, zakłóca. Czy to był facet w kajdankach, w większości już spacyfikowany, czy wielki facet, który się rzucił na kogoś, kto nie mógł się nawet bronić. A może przede wszystkim ktoś taki…?
- Gdyby nie ja, to smarkacz już by nie żył, dupku – warknął ten drugi, ewidentnie niezadowolony, że atakują go i zakuwają w kajdany, a przecież… och jest na pewno niewinny. Ale za niewinność nikogo przecież nie zakuwano. Dla Victorii to było kilka słów za dużo i na moment, ta różdżka, którą celowała w Cathala (który zdążył już opuścić swoją), przesunęła się – i to całkiem szybko – na facecika, który zdążył już jej zadziałać na nerwy. Wystarczyło zgrabne i wprawne machniecie różdżką, a jego kolejne słowa, najpewniej wyzwiska w kierunku Shafiqa, utonęły w jego gardle, bo jego usta… po prostu zniknęły.
- No. Tak lepiej. Jack, odprowadzisz pana na bok? Załatwię to sama – zwróciła się do kolegi i Cathal miał jej pełną uwagę. Coś w niej drgnęło nieco wcześniej, kiedy w ogóle usłyszała coś o dzieciaku, teraz zaś dochodziło to, że pewnie mężczyzna szukał swojego syna. Jego zachowanie było więc całkowicie zrozumiałe. - Przy panu… - Victoria zawahała się na moment i zmarszczyła brwi, po czym po prostu kiwnęła głową w kierunku odciąganego na bok typka. - Nie było żadnego dzieciaka. Wdał się w bójkę z kim innym. Ale z pewnością nie było tam nikogo pasującego do pańskiego opisu… - skoro Cathal opuścił różdżkę to i ta jej nie była w niego wycelowana, ale miała ją ciągle w gotowości. - Kiedy dokładnie został pan rozdzielony z synem? Ile minut temu? – zapytała, chcąc znać ramy czasowe, by wiedzieć o jak dawnej sytuacji w ogóle rozmawiają. Bo tak, zamierzała pomóc. Przecież nie zostawi tak sprawy dziecka, prawda? Mogła się wydawać zimna, może nawet sukowata, ale nie zamierzała odmówić pomocy ojcu w potrzebie. Ojcu… No opis nie przypominał Cathala, ale to przecież o niczym nie świadczyło. Chłopiec mógł się przecież wdać w matkę. - Proszę za mną. Jaka jest pańska godność? – Victoria planowała podejść do stacjonujących nieopodal medyków, może oni będą wiedzieli nieco więcej, ale sama też już od tego momentu zaczęła się rozglądać za dzieciakiem pasującym do opisu. Swoją drogą opis ten został przez mężczyznę wyrecytowany bardzo… skrupulatnie. Książkowo wręcz. Spanikowani rodzice rzadko kiedy byli przy tym tak skupieni i dokładni, często trzeba było zadawać im pomocnicze pytania, a tutaj Victoria nie musiała pytać zupełnie o nic.