24.03.2023, 11:18 ✶
Kenny miał rację, Florence przejęzyczyła się. Chodziło o tego, kto listy przesyłał.
Adresatem była w końcu ona.
- Nie, pierwszą wyrzuciłam. Ale wyglądała identycznie. To samo pismo pozbawione… hm, jak to ująć? Cech charakterystycznych? Jest aż nazbyt idealne – powiedziała Florence. Równiutkie literki, jeśli dwie się powtarzały, wyglądały tak samo. Ona, wbrew opiniom o uzdrowicielom, pisała wyjątkowo ładnie, a nie było szans, aby jakaś jej wiadomość wyglądała równie dobrze, jak te.
- Jeśli ja mam jakichś wrogów, nic mi o tym nie wiadomo. Są bez wątpienia ludzie, którzy za mną nie przepadają, ale nikt nie wygrażał mi nigdy różdżką przed twarzą. Może raz, czy dwa, jakiś znajomy, który trafił do mnie na oddział, nazwał mnie suką, ale wątpliwe, by chowali do mnie jakąś szczególną urazę.
Sytuacja może byłaby prostsza, gdyby Florence wiedziała, kto to robił. Obecnie nie mogła podejrzewać nikogo konkretnego albo – odwracając sytuację – mogła podejrzewać każdego.
- Jeżeli chodzi o moich bliskich… moja rodzina jest znana. Nie ze wszystkimi rodami czystej krwi mają dobre układy. Zwłaszcza od strony matki. To Prewettowie. – Jeżeli Kenny choć trochę orientował się w zawiłościach brytyjskich i irlandzkich rodzin, to nazwisko mógł skojarzyć od razu z dwiema rzeczami. Ogromnym bogactwem i dużą ilością hazardu. Prewettowie słynęli z tego, że nie grali zgodnie z regułami. – Rzecz w tym, że nie mieszam się w interesy Prewettów. Nigdy się w nie nie mieszałam. Bywałam w kasynie, ale od dobrego roku nie miałam na to czasu ani razu. Nigdy nie grałam o duże sumy, więc ani nie jestem winna nikomu pieniędzy, ani nikt nie przegrał takich na rzecz mnie. Jeśli chodzi o innych…
Westchnęła, bo myśl o tym, że to może być związane z braćmi, dotąd nie przyszło jej do głowy. Chyba wtedy grożono by im?
- Mieszkam z braćmi. Są aurorami. Na pewno mają wrogów z pracy. Ale według wiadomości, to ja coś zrobiłam, nie oni – podkreśliła.
Koperty były białe, niczym się nie wyróżniały. Za to przy papierze Mulloy mógł stwierdzić, że był dość dobrej jakości. Raczej ktoś kupił go w dobrym sklepie papierniczym, nie na poczcie przy okienku.
- Zgadzam się, ale proszę o regularne raporty godzinowe – stwierdziła Florence. Po pierwsze, nie korzystała z zasobów Prewettów. Było ją stać na usługi detektywa, ale nie zamierzała finansować godzin popijana kawy i wpatrywania się w okna jego gabinetu, bo to przekraczało jej budżet. Po drugie, wymagając perfekcji od siebie, zazwyczaj oczekiwała odpowiednich starań i od innych wokół. I wreszcie… lubiła mieć wszystko pod kontrolą.
Adresatem była w końcu ona.
- Nie, pierwszą wyrzuciłam. Ale wyglądała identycznie. To samo pismo pozbawione… hm, jak to ująć? Cech charakterystycznych? Jest aż nazbyt idealne – powiedziała Florence. Równiutkie literki, jeśli dwie się powtarzały, wyglądały tak samo. Ona, wbrew opiniom o uzdrowicielom, pisała wyjątkowo ładnie, a nie było szans, aby jakaś jej wiadomość wyglądała równie dobrze, jak te.
- Jeśli ja mam jakichś wrogów, nic mi o tym nie wiadomo. Są bez wątpienia ludzie, którzy za mną nie przepadają, ale nikt nie wygrażał mi nigdy różdżką przed twarzą. Może raz, czy dwa, jakiś znajomy, który trafił do mnie na oddział, nazwał mnie suką, ale wątpliwe, by chowali do mnie jakąś szczególną urazę.
Sytuacja może byłaby prostsza, gdyby Florence wiedziała, kto to robił. Obecnie nie mogła podejrzewać nikogo konkretnego albo – odwracając sytuację – mogła podejrzewać każdego.
- Jeżeli chodzi o moich bliskich… moja rodzina jest znana. Nie ze wszystkimi rodami czystej krwi mają dobre układy. Zwłaszcza od strony matki. To Prewettowie. – Jeżeli Kenny choć trochę orientował się w zawiłościach brytyjskich i irlandzkich rodzin, to nazwisko mógł skojarzyć od razu z dwiema rzeczami. Ogromnym bogactwem i dużą ilością hazardu. Prewettowie słynęli z tego, że nie grali zgodnie z regułami. – Rzecz w tym, że nie mieszam się w interesy Prewettów. Nigdy się w nie nie mieszałam. Bywałam w kasynie, ale od dobrego roku nie miałam na to czasu ani razu. Nigdy nie grałam o duże sumy, więc ani nie jestem winna nikomu pieniędzy, ani nikt nie przegrał takich na rzecz mnie. Jeśli chodzi o innych…
Westchnęła, bo myśl o tym, że to może być związane z braćmi, dotąd nie przyszło jej do głowy. Chyba wtedy grożono by im?
- Mieszkam z braćmi. Są aurorami. Na pewno mają wrogów z pracy. Ale według wiadomości, to ja coś zrobiłam, nie oni – podkreśliła.
Koperty były białe, niczym się nie wyróżniały. Za to przy papierze Mulloy mógł stwierdzić, że był dość dobrej jakości. Raczej ktoś kupił go w dobrym sklepie papierniczym, nie na poczcie przy okienku.
- Zgadzam się, ale proszę o regularne raporty godzinowe – stwierdziła Florence. Po pierwsze, nie korzystała z zasobów Prewettów. Było ją stać na usługi detektywa, ale nie zamierzała finansować godzin popijana kawy i wpatrywania się w okna jego gabinetu, bo to przekraczało jej budżet. Po drugie, wymagając perfekcji od siebie, zazwyczaj oczekiwała odpowiednich starań i od innych wokół. I wreszcie… lubiła mieć wszystko pod kontrolą.