24.03.2023, 19:07 ✶
Polana Ognisk tętniła życiem. Słońce, które chyliło się ku zachodowi już od dłuższej chwili, teraz już całkowicie zniknęło za linią drzew. Zrobiło się ciemno. Tę ciemność przecinał co prawda blask ognisk i rozwieszonych lampionów, ale mrok okalał już niemal całkowicie przestrzeń pomiędzy drzewami i bardziej oddalone polany, na których czarodzieje świętowali z dala od wścibskich spojrzeń. Z nieba, odbitym światłem mrugała do nich Matka, zwana nie bez powodu Panią Księżyca. Było spokojnie. Ten spokój był zmącony wyłącznie przez sporadyczne powiewy chłodnego wiatru, ale i one ustały wraz z nadejściem nocy.
Las nie wydawał żadnych dźwięków. Noce takie jak ta były niepokojące, ale nie dla was - szum liści i tak byłby jedynie tłem dla śmiechów, muzyki i płonącego drewna. Wręcz przeciwnie - upojeni kadzidłami i magią coraz mocniej czuliście wybijany przez Macmillanów na bębnach rytm. Jedno uderzenie - krok, a później dwa. I znowu jeden. Coraz więcej czarownic kołysało się do melodii granej ku czci Matki i w pierwszej chwili niewielu dostrzegło pierwszy znak mówiący: coś jest nie tak.
Pięć katalizatorów - pięć żywiołów - cztery z nich rozmieszczone w dobrych miejscach rozbłysły jasnym światłem, które przebiło się przez ziemię i krzewy tak, jakby były złożone z kompletnie innej materii, jakby to było normalne, że prześwituje przez nie czerwony, tętniący blask. Piąty, ułożony nieco zbyt krzywo, narobił nieco więcej widowiska - wokół podłoża zatańczyło kilka niebezpiecznych smug, które uderzyły pijącą nieopodal wino wiedźmę. Kobieta pisnęła, kiedy struga czystej magii otarła się o jej ciało, zostawiając na nim silne rozcięcie, a jeden z Macmillanów zgubił rytm uderzania w bębny. Jeszcze przez chwilę chciał do niego wrócić, rozglądał się po swojej rodzinie, po innych muzykach, ale coraz więcej osób zaprzestawało gry, a wy wychodziliście z transu.
Pięć katalizatorów - pięć linii łączących je w koło. Zebrani powoli zaczynali rozumieć to, w co się wpakowali - wpadali właśnie w jakąś zasadzkę. Kiedy Macmillan uderzył w bęben ostatni raz, niemal każdy o zdrowych zmysłach zerwał się do panicznej ucieczki. Kilku osobom udało się jeszcze teleportować, ale większość, aby to zrobić, musiała uciec głębiej w knieję, pomiędzy stare dęby. Części nie udało się teleportować nigdy - zagubili się gdzieś w gęstwinie, nie dotarli nawet do Doliny Godryka. Znaleźli się tacy, których odnajdą jutro. Znaleźli się jednak i tacy, po których słuch już na zawsze zaginął.
Do sesji „w ogniu widzieli koniec” zostanie utworzony nowy temat ze wstępem Mistrza Gry. Osoby, które nie są zapisane na ten event, ale wciąż znajdują się w temacie, mogą opuścić go teraz. Osoby zapisane na event nie odpisują tutaj, napiszą posta w nowym wątku. W niedzielę wrzucę tutaj koniec sesji. Zgodnie z zapowiedzią, każda z postaci niezapisanych na „w ogniu widzieli koniec” opuściła te tereny spokojnie i dokładnie tak jak gracz sobie tego życzy. Jeżeli nie jesteście czegoś pewni, możecie się ze mną skonsultować tutaj. W ostatnim poście możecie rozpisać się tak jak chcecie - nie obowiązuje was limit 250 słów (nie będę też na te posty reagować).
Las nie wydawał żadnych dźwięków. Noce takie jak ta były niepokojące, ale nie dla was - szum liści i tak byłby jedynie tłem dla śmiechów, muzyki i płonącego drewna. Wręcz przeciwnie - upojeni kadzidłami i magią coraz mocniej czuliście wybijany przez Macmillanów na bębnach rytm. Jedno uderzenie - krok, a później dwa. I znowu jeden. Coraz więcej czarownic kołysało się do melodii granej ku czci Matki i w pierwszej chwili niewielu dostrzegło pierwszy znak mówiący: coś jest nie tak.
Pięć katalizatorów - pięć żywiołów - cztery z nich rozmieszczone w dobrych miejscach rozbłysły jasnym światłem, które przebiło się przez ziemię i krzewy tak, jakby były złożone z kompletnie innej materii, jakby to było normalne, że prześwituje przez nie czerwony, tętniący blask. Piąty, ułożony nieco zbyt krzywo, narobił nieco więcej widowiska - wokół podłoża zatańczyło kilka niebezpiecznych smug, które uderzyły pijącą nieopodal wino wiedźmę. Kobieta pisnęła, kiedy struga czystej magii otarła się o jej ciało, zostawiając na nim silne rozcięcie, a jeden z Macmillanów zgubił rytm uderzania w bębny. Jeszcze przez chwilę chciał do niego wrócić, rozglądał się po swojej rodzinie, po innych muzykach, ale coraz więcej osób zaprzestawało gry, a wy wychodziliście z transu.
Pięć katalizatorów - pięć linii łączących je w koło. Zebrani powoli zaczynali rozumieć to, w co się wpakowali - wpadali właśnie w jakąś zasadzkę. Kiedy Macmillan uderzył w bęben ostatni raz, niemal każdy o zdrowych zmysłach zerwał się do panicznej ucieczki. Kilku osobom udało się jeszcze teleportować, ale większość, aby to zrobić, musiała uciec głębiej w knieję, pomiędzy stare dęby. Części nie udało się teleportować nigdy - zagubili się gdzieś w gęstwinie, nie dotarli nawet do Doliny Godryka. Znaleźli się tacy, których odnajdą jutro. Znaleźli się jednak i tacy, po których słuch już na zawsze zaginął.
„Uciekajcie! To On!”
Do sesji „w ogniu widzieli koniec” zostanie utworzony nowy temat ze wstępem Mistrza Gry. Osoby, które nie są zapisane na ten event, ale wciąż znajdują się w temacie, mogą opuścić go teraz. Osoby zapisane na event nie odpisują tutaj, napiszą posta w nowym wątku. W niedzielę wrzucę tutaj koniec sesji. Zgodnie z zapowiedzią, każda z postaci niezapisanych na „w ogniu widzieli koniec” opuściła te tereny spokojnie i dokładnie tak jak gracz sobie tego życzy. Jeżeli nie jesteście czegoś pewni, możecie się ze mną skonsultować tutaj. W ostatnim poście możecie rozpisać się tak jak chcecie - nie obowiązuje was limit 250 słów (nie będę też na te posty reagować).