24.03.2023, 20:38 ✶
Bylo kilka sposobów na to, jak uciszyć człowieka, ale w obecnej sytuacji Victoria bardzo się nie zastanawiała nad tym, która była jej lepsza. Adrenalina wciąż działała, a facet ją wkurzał. Nie było to też nic, czego nie dało się prosto odwrócić. Nie było tu zresztą od tego, żeby klepać ludzi po główkach, a żeby zapanować nad chaosem, który się wywiązał. Płacili im za skuteczność, a Lestrange zamierzała być właśnie taka: skuteczna.
Teraz to i Victoria już się zastanawiała, w którą stronę musiał udać się chłopak. Z powrotem? Albo głębiej w tłum? Wiedziała już że koło Ollivanderów rozdzielił ich tamten mężczyzna, a według jego słów, ochronił chłopca przed jakimś zaklęciem. Ciemnowłosa wyobrażała sobie tę scenę w głowie; chaos, hałas, chłopiec idący z ojcem, przeciskanie się przez tłum, unikanie stratowania. Ale w twoich warunkach nietrudno o rozdzielenie się. Błyski. Huki. Ktoś kogoś pociąga, ktoś kogoś popycha i nagle nie wiesz gdzie jest osobą, z którą idziesz obok siebie. Może gdyby Cathal niósł go na rękach… ale najwyraźniej nie niósł. Chłopiec był na to zbyt duży? Czy nie pomyślał? Czy powód był jeszcze inny?
Kiwnęła głową, przyjmując do wiadomości to nader konkretne sprecyzowanie czasu, które też dawało do myślenia, ale nic nie powiedziała. Tak samo uniosła tylko wyżej jedną brew, znowu słysząc określenie "chłopak". Teraz już pomyślała, że to nie jest ojciec i syn. Za dużo w tym było "chlopakowania". Tak samo… nie musiał przecież podawać nazwiska zaginionego chłopca, wystarczyło imię. Za to nazwisko właśnie… znała rzecz jasna Shafiqów. To była czystokrwista rodzina i choć samego Cathala nie znała, to jakoś poczuła się bardziej swojsko. Niezależnie od statusu krwi pomogłaby szukać dzieciaka, ale jakoś z rodzinami czystej krwi łatwiej było sympatyzować.
- Brygadzistka Victoria Lestrange – rzuciła do grupki czarodziejów, do których ich prowadziła – dokładniej to do dwójki medyków i dwójki ich obecnych pacjentów. Tych mniej rannych leczono na miejscu, nie wysyłając od razu do Munga. Kobieta wyciągnęła też swoją odznakę, by pokazać ją, ale szybko ją schowała. - Nie było tu przypadkiem samotnego chłopca? Dziesięć lat, ciemna karnacja, oczy i włosy. W zielonej szacie. Został rozdzielony ze swoim opiekunem – jakoś wydawało jej się, że to określenie jest jednak bardziej bliskie prawdy.
- Chłopiec? Hmm.. nie, nie było tu żadnego. Nie widziałem też nikogo – odpowiedział mężczyzna w szacie medyka, w pierwszej kolejności wpatrując się jak jastrząb w odznakę Victorii, a następnie w zamyśleniu głaszcząc po brodzie.
- Ja widziałem jakiegoś chłopca – odparł facet około czterdziestki, który siedział, a nad którym nachylała się druga medyczka, nim syknął, najwyraźniej z bólu.
- Proszę się przestać wiercić!- upomniała go uzdrowicielka, a Victoria w tym momencie westchnęła ze zniecierpliwieniem.
- Pasował do opisu? I gdzie? – zwróciła się do mężczyzny.
- Ta, pasował. Ale nie nazwałbym go samotnym. Myślałem, że schował się ze swoją matką do cukierni, tej najbliżej pracowni z szatami.
Teraz to i Victoria już się zastanawiała, w którą stronę musiał udać się chłopak. Z powrotem? Albo głębiej w tłum? Wiedziała już że koło Ollivanderów rozdzielił ich tamten mężczyzna, a według jego słów, ochronił chłopca przed jakimś zaklęciem. Ciemnowłosa wyobrażała sobie tę scenę w głowie; chaos, hałas, chłopiec idący z ojcem, przeciskanie się przez tłum, unikanie stratowania. Ale w twoich warunkach nietrudno o rozdzielenie się. Błyski. Huki. Ktoś kogoś pociąga, ktoś kogoś popycha i nagle nie wiesz gdzie jest osobą, z którą idziesz obok siebie. Może gdyby Cathal niósł go na rękach… ale najwyraźniej nie niósł. Chłopiec był na to zbyt duży? Czy nie pomyślał? Czy powód był jeszcze inny?
Kiwnęła głową, przyjmując do wiadomości to nader konkretne sprecyzowanie czasu, które też dawało do myślenia, ale nic nie powiedziała. Tak samo uniosła tylko wyżej jedną brew, znowu słysząc określenie "chłopak". Teraz już pomyślała, że to nie jest ojciec i syn. Za dużo w tym było "chlopakowania". Tak samo… nie musiał przecież podawać nazwiska zaginionego chłopca, wystarczyło imię. Za to nazwisko właśnie… znała rzecz jasna Shafiqów. To była czystokrwista rodzina i choć samego Cathala nie znała, to jakoś poczuła się bardziej swojsko. Niezależnie od statusu krwi pomogłaby szukać dzieciaka, ale jakoś z rodzinami czystej krwi łatwiej było sympatyzować.
- Brygadzistka Victoria Lestrange – rzuciła do grupki czarodziejów, do których ich prowadziła – dokładniej to do dwójki medyków i dwójki ich obecnych pacjentów. Tych mniej rannych leczono na miejscu, nie wysyłając od razu do Munga. Kobieta wyciągnęła też swoją odznakę, by pokazać ją, ale szybko ją schowała. - Nie było tu przypadkiem samotnego chłopca? Dziesięć lat, ciemna karnacja, oczy i włosy. W zielonej szacie. Został rozdzielony ze swoim opiekunem – jakoś wydawało jej się, że to określenie jest jednak bardziej bliskie prawdy.
- Chłopiec? Hmm.. nie, nie było tu żadnego. Nie widziałem też nikogo – odpowiedział mężczyzna w szacie medyka, w pierwszej kolejności wpatrując się jak jastrząb w odznakę Victorii, a następnie w zamyśleniu głaszcząc po brodzie.
- Ja widziałem jakiegoś chłopca – odparł facet około czterdziestki, który siedział, a nad którym nachylała się druga medyczka, nim syknął, najwyraźniej z bólu.
- Proszę się przestać wiercić!- upomniała go uzdrowicielka, a Victoria w tym momencie westchnęła ze zniecierpliwieniem.
- Pasował do opisu? I gdzie? – zwróciła się do mężczyzny.
- Ta, pasował. Ale nie nazwałbym go samotnym. Myślałem, że schował się ze swoją matką do cukierni, tej najbliżej pracowni z szatami.