A więc taniec! Uwielbiana przeze mnie czynność, a tak rzadko jest okazja, by dzielić radość wyginania ciała z kimś innym. Nie dlatego, że nie miałam znajomych. Po prostu w mojej szkole (szkołach) nie było dyskotek. Nuty Beltane stanowiły zupełnie nowe tło. Musiałam wyczuć rytm, poczuć tempo, a co najważniejsze — odgapić jakieś szałowe ruchy od tańczących dziewcząt. Cóż. Jakiekolwiek ruchy. Zdaję sobie sprawę, że moje pląsy do Trubadurów nie nadawały się do naturalnych pieśni święta miłości (chociaż tematyka podobna).
Wraz z Lyssą, moją nową (i jedyną) koleżanką dołączyłam do tańczących. Parkiet uginał się od bosych stóp (na które sama nie miałam odwagi sobie pozwolić), wilgotna trawa lepiła się do podeszw, żar ognia... Cóż, starałam się trzymać jak najdalej od tego dziadostwa. Skupiłam się na muzyce. Jedną ręką trzymałam Lyssę, drugą chwyciłam za wstążkę przypiętą do pala. Jakże pięknie wyglądał cały tańczący tłum! Obserwowałam go cały czas, nie tracąc z oczu wszelkich płomieni, dlatego też dość szybko zauważyłam, że coś jest nie tak.
Słysząc krzyk pomyślałam o ogniu. Ktoś wpadł do ogniska. Czyjaś lniana szata z radosnym haftem zajęła się ogniem. Iskra z paleniska upadła na wianek pochłaniając go niszczycielską siłą. Wypatrywałam wzrokiem zagrożenia. Nawet, gdyby to było nic znaczącego. Nawet, gdybym miała zostać uznaną za paranoika. Nie chciałam widzieć ognia. Nie chciałam.
A zobaczyłam coś jeszcze dziwniejszego. Jakieś nieznane mi moce zaczęły oplatać teren festynu. Już wtedy mój taniec ustał, ale dopiero gdy przerwano grę i rozpoczęła się panika, zrozumiałam, że to nie były efekty specjalne Beltane.
Ścisnęłam dłoń Lyssy mocniej. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Po prostu pociągnęłam ją na brzeg lasu w najkrótszej możliwej linii prostej. Nie była to dobra trasa, musiałyśmy przebić się przez spanikowany tłum, który najwyraźniej miał inne pomysły na ucieczkę. Nie słyszałam nic. Biegłam do lasu, jak gdyby od tego zależało nasze życie. Bo może zależało?
— Jesteś cała? — spytałam Lyssy, gdy znalazłyśmy się na skraju lasu. — Schowajmy się u mnie, to jest na brzegu Doliny, nie jest daleko stąd i powinno być bezpiecznie... Czy... — urwałam na chwilę. Chciałam spytać o wezwanie policji, ale obecni tu funkcjonariusze chyba wiedzieli jak wezwać wsparcie. Rzuciłam okiem na teren festiwalu. Mój stragan! No trudno. — Na zakręcony ogonek... Chodźmy stąd!
Nie puszczając dłoni koleżanki (chyba, że się chciała wyrwać lub miała inne plany) pobiegłam w stronę chaty Ariela.