Dla niektórych oczywiste, dla innych mniej. Avery nie spodziewała się, że faktycznie jest tak, jak mówi. Nie dawał po sobie tego znać, jednak docierały do niego jej słowa. Najwyraźniej rzeczywiście słuchał, co do niego mówi. Wprowadziło ją to w całkiem dobry nastrój. Nie popsuło go nawet to, że do tej wizyty doszło w środku nocy, kiedy już słodko spała.
- No, mogłeś, ale zwracam honor, zaimponowałeś mi tym trochę teraz nawet. - Nie powstrzymała się od komentarza. Niech wie, że sobie u niej zapunktował. Gdyby wiedziała, ile go kosztowało szukanie tych kwiatów pewnie jeszcze bardziej by go za to pochwaliła, nie miała w końcu świadomości, że książka przez to wszystko ucierpiała.
Trzymała w ręku te kwiaty we flakonie - nie skomentowała tego ciekawego sposobu na ich dostarczenie, zbliżyła swój nos do roślin, aby odetchnąć ich zapachem, był całkiem przyjemny. Odstawiła je na stole, w salonie, nie musiała nawet szukać wazonu, w końcu zostały dostarczone w flakonie, co ułatwiało sprawę.
Staney najwyraźniej czuł się tutaj jak u siebie, bo ruszył w kierunku jej kanapy bez najmniejszego zawahania. Avery obserwowała go przez chwilę, kiedy szedł do wnętrza mieszkania. Miała nadzieję, że dzisiaj nie zamierza tutaj nic popsuć. Jego ostatnia nocna wizyta była bowiem dosyć burzliwa, ale to już za nimi, miała wrażenie, że Borgin nie ma też powodu do takiego dramatyzowania.
- To tak, czy nie? - Stella jeszcze nie usiadła tylko spoglądała na niego zza stołu. - Zdecyduj się. - Sama nie wiedziała bowiem nadal, jaki jest cel tej wizyty. Kwiatki pewnie mogłyby poczekać do rana. - Jakie badyle, przecież są śliczne. - Musiała coś dodać od siebie, ale to jej tylko potwierdziło, że kwiaty nie są powodem jego wizyty, musiało być coś jeszcze.
- To idę. - Powiedziała jeszcze i udała się do kuchni. Sięgnęła po dwie szklanki i nalała do nich wody, wróciła ze szkłem do pokoju. Wręczyła jedną z nich Borginowi, drugą zaś trzymała w ręku. Mam kilka planów, które moglibyśmy zrealizować. Brzmiało to dosyć poważnie. Zastanawiała się na jaki pomysł wpadł, na szczęście zaraz będzie jej dane to usłyszeć.
Usiadła więc, tym razem jednak nie wybrała fotela na przeciwko kanapy, a zajęła miejsce obok Stanleya. W końcu nie musiała już się trzymać na dystans, zdecydowanie wolała być bliżej. Podciągnęła nogi i skrzyżowała je, najbardziej lubiła siedzieć po turecku. Odwróciła się w stronę mężczyzny - gotowa go wysłuchać.
- Zamieszkać na odludziu? - Powtórzyła. Tak właściwie, to nie byłoby nawet złe, tyle, że do czasu. Avery nie należała do osób, które przywykły do siedzenia w domu. Bywała na przyjęciach, miała wielu przyjaciół, czy wymagał od niej tego, żeby z tego wszystkiego zrezygnowała? - Coś byśmy wymyślili, grałabym koncerty dla zwierząt w lesie? - To było jedyne, co przychodziło jej na myśl. - Tak, Ty byś spędzał całe dnie, a ja trafiłabym do kolejnej klatki, nie ma co, wyśmienity pomysł. - Nie, żeby chciała jakoś specjalnie zwrócić mu uwagę, że jest on dość głupi, no ale nie miał szans zadziałać. - To chyba nie jest moje spełnienie marzeń, wiesz? - Wolała być szczera i od razu powiedzieć, że jej się nie podoba taka wizja. Jeszcze tego brakowało, żeby zamknął ją gdzieś w jakimś domku na wsi. - - Ale cieszę się, że próbowałeś. - Uśmiechnęła się jeszcze do niego całkiem przyjaźnie.
Upiła łyk wody ze szklanki. - Jakiś jeszcze pomysł Ci się nasunął, czy to ten jeden tylko? - Miała wrażenie, że raczej nie znajdą żadnego rozwiązania, jednak zawsze warto próbować.