25.03.2023, 15:03 ✶
Konkretyzowanie było czymś, co Cathalowi zdawało się naturalne, a niekoniecznie było takie dla innych. Choć nazwisko podkreślił też z dwóch innych powodów – po pierwsze, Victoria o to pytała, po drugie, nawet jeśli nie uczestniczył w gierkach czystokrwistych, zbyt zajęty siedzeniem w jakimś dole albo grobowcu poza granicami, doskonale wiedział, jak działały. Niejeden Brygadzista czy auror będzie bardziej skłonny szukać jednego z dzieciaków Shafiqów niż chłopca mugolskiej krwi albo małego charłaka.
Drgnął, kiedy usłyszał, że ktoś widział chłopca. Oczywiście: ciemnowłosych, śniadych chłopców, którzy nosili zielone szaty, mogło być w czarodziejskim świecie przynajmniej paru. Ale… starsi od Lorena byli w tej chwili pewnie w szkole, a zapewne niewielu młodszych zabrano w tłum marszu.
- Nie było tu jego matki – powiedział krótko, spoglądając na siedzącego mężczyznę, by zapamiętać jego twarz na później. Na wszelki wypadek. – Dziękuję – rzucił, może do niego, może do Lestrange, może do obojga, a potem obrócił się i ruszył pośpiesznie do cukierni. Może i nie był w kraju od długiego czasu, ale rozkład Pokątnej znał doskonale. Nie oglądał się: nie miał pojęcia, czy Brygadzistka idzie za nim, czy zdecydowała się zająć innymi obowiązkami i w tej chwili nie miało to dla niego znaczenia: liczyło się tylko dostanie się na miejsce.
Istniała całkiem spora szansa, że jakaś przypadkowa czarownica, widząc samotnego chłopca, zabrała go ze sobą do jednego z pobliskich budynków. Jak szacował, prawdopodobieństwo takie stanu rzeczy wynosiło trzy do jednego. Problem właśnie w tym, że pozostawało jeszcze to „jeden”. Marsz został w końcu zaatakowany i kto wie, czy ktoś z atakujących, gdy pojawiła się Brygada, nie złapał chłopca, aby wydać się mniej podejrzanym? Poza tym na ulicach było mnóstwo charłaków, czarodziejów krwi mugolskiej, a często też osób, które przyszły tu nie dlatego, że popierały prawa charłaków, a bo nie podobał się im świat, w którym niektórzy byli uprzywilejowany przez sam fakt swojej czystej krwi. I ci ostatni niekoniecznie byli miłymi ludźmi. A przecież gdy sytuacja się uspokoiła, jeżeli Lorenowi nic nie było, powinien ruszyć ku Horyzontalnej… nie znajdowali się aż tak daleko, aby chłopak tam nie trafił. (Chociaż Cathal mógł go przeceniać. Nie miał w końcu pewności, czy babka i matka nie trzymały go pod kloszem do tego stopnia, że nie wystawiał nosa za drzwi).
Shafiq szarpnął klamkę. Drzwi okazały się zamknięte, pewnie ze względu na całe niedawne zamieszanie, bo właściciele nie chcieli, by wpadło tu za wiele osób, ale nie przeszkodziło to Cathalowi, bo pośpiesznie wypowiedział „alohomora”, pchnął wejście i wszedł do środka.
Drgnął, kiedy usłyszał, że ktoś widział chłopca. Oczywiście: ciemnowłosych, śniadych chłopców, którzy nosili zielone szaty, mogło być w czarodziejskim świecie przynajmniej paru. Ale… starsi od Lorena byli w tej chwili pewnie w szkole, a zapewne niewielu młodszych zabrano w tłum marszu.
- Nie było tu jego matki – powiedział krótko, spoglądając na siedzącego mężczyznę, by zapamiętać jego twarz na później. Na wszelki wypadek. – Dziękuję – rzucił, może do niego, może do Lestrange, może do obojga, a potem obrócił się i ruszył pośpiesznie do cukierni. Może i nie był w kraju od długiego czasu, ale rozkład Pokątnej znał doskonale. Nie oglądał się: nie miał pojęcia, czy Brygadzistka idzie za nim, czy zdecydowała się zająć innymi obowiązkami i w tej chwili nie miało to dla niego znaczenia: liczyło się tylko dostanie się na miejsce.
Istniała całkiem spora szansa, że jakaś przypadkowa czarownica, widząc samotnego chłopca, zabrała go ze sobą do jednego z pobliskich budynków. Jak szacował, prawdopodobieństwo takie stanu rzeczy wynosiło trzy do jednego. Problem właśnie w tym, że pozostawało jeszcze to „jeden”. Marsz został w końcu zaatakowany i kto wie, czy ktoś z atakujących, gdy pojawiła się Brygada, nie złapał chłopca, aby wydać się mniej podejrzanym? Poza tym na ulicach było mnóstwo charłaków, czarodziejów krwi mugolskiej, a często też osób, które przyszły tu nie dlatego, że popierały prawa charłaków, a bo nie podobał się im świat, w którym niektórzy byli uprzywilejowany przez sam fakt swojej czystej krwi. I ci ostatni niekoniecznie byli miłymi ludźmi. A przecież gdy sytuacja się uspokoiła, jeżeli Lorenowi nic nie było, powinien ruszyć ku Horyzontalnej… nie znajdowali się aż tak daleko, aby chłopak tam nie trafił. (Chociaż Cathal mógł go przeceniać. Nie miał w końcu pewności, czy babka i matka nie trzymały go pod kloszem do tego stopnia, że nie wystawiał nosa za drzwi).
Shafiq szarpnął klamkę. Drzwi okazały się zamknięte, pewnie ze względu na całe niedawne zamieszanie, bo właściciele nie chcieli, by wpadło tu za wiele osób, ale nie przeszkodziło to Cathalowi, bo pośpiesznie wypowiedział „alohomora”, pchnął wejście i wszedł do środka.