Marcowy dzień malował się kwitnącymi, świeżymi baziami i wychylającymi się z zasp śnieżnych główkami przebiśniegów; mróz wzierał do kości, informując wszem i wobec, iż zima jeszcze nie ściągnęła swojego welonu z londyńskiego bruku. Słońce wciąż chyliło się ku zachodowi wcześnie, obmywając błękit nieba czernią poprzetykanej gwiazdami nocy. Coś w niej drgnęło, gdy przyglądała się z zagraconego gabinetu wróżbiarskiego przez okno, obserwując, jak czarodzieje śpieszą Pokątną – każdy z nich obierając za cel różny faktor; wszyscy jednak posiadali wspólny mianownik – ważną sprawę do załatwienia; a może nawet i tę mniej autoteliczną i lukratywną? Pierwsze krople deszczu obiły się o szklistą powierzchnię okna niespodziewanie, zwiastując solidną ulewę; wata cukrowa zbudowana z chmur przemieszczała się burawą barwą po nieboskłonie, zupełnie jakby chciała przysłonić widok Perseidów.
Uniosła ponownie ku wargom filiżankę wypełnioną odrobinę za słodką herbatą; musiała nieopatrznie uczynić to dwukrotnie, gdyż lepka ciecz zamierała w krtani, mówiąc o solidnej dozie cukru, która została umieszczona w mikrej pojemności. Zachybotała cieczą, obmywając ścianki naczynia, nim po raz kolejny jego krawędź skierowała ku pełni różanych warg. Dzień był niespokojny od poranka – Alastor jak zwykle opuścił mieszkanie zmierzając ku pracy o wczesnej porze; ona zaś tego dnia miała paru klientów – głównie zainteresowanych wróżbami na najbliższą przyszłość. Nie wiedziała nawet, iż to przecież ona warunkowała ich wybory życiowe.
Usiadła w skórzanym, obdartym fotelu; ułożyła łokcie na blacie stołu, na którym gościły także karty tarota i szklana kula, aby po chwili na splecionych palcach oprzeć podbródek. Pasma rozwichrzonych, gęstych loków, które w świetle zachodzącego słońca mieniły się złociście, opadły na policzki, nim ostatecznie założyła niepokorne kosmyki za ucho.
Może gdyby była odrobinę zbyt ostrożna; odrobinę mniej igrała z losem – zamknęłaby drzwi na zamek. Zwłaszcza, że w obecnych czasach ogólnego niepokoju i grozy, różne rzeczy były w stanie się zdarzyć. Ona jednak, prędzej o świadomości podlotki, aniżeli pełnokrwistej kobiety, nie rozważała w ten sposób rzeczywistości.
Wtem usłyszała pukanie, za którym zadźwięczał nacisk na klamkę i wsunięcie się do środka niespodziewanego gościa. Wzięła głęboki oddech i policzyła w umyśle do trzech; choć nie była biegła w czarach ofensywnych, chwyciła różdżkę i poczęła powoli wysuwać się z zacienionego gabinetu.
Nie spodziewała się tu zobaczyć akurat jego.
– Billy! – zawołała, opuszczając prędko różdżkę. Podeszła doń zdecydowanie za blisko, a jej dłonie powędrowały na jego policzki, ujmując delikatnie. – Nic ci nie jest? Co się dzieje? – zabrzmiała falą pytań, spojrzenie umykające z morskich ocząt umieszczając gdzieś w głębi jego tęczówek.