Walka z duchami nigdy nie należała do łatwych. Bądź co bądź, skoro te już zjawiły się w tym świecie, to raczej rzadko kiedy pragnęły go opuścić wbrew własnej woli. Trzymały się tego świata; zapierały samą esencją swojego nieżycia, aby utrzymać się tu jak najdłużej. Nie inaczej było w przypadku istot, które stwierdzały, że świetnym pomysłem będzie wkroczenie w czyjeś ciało i poznanie doczesnych uciech w butach kogoś bardziej... współczesnego. Chociaż Sebastian zdążył już przywyknąć do tego, że rytuały odegnania do najłatwiejszych nie należały i nieraz odciskały piętno na egzorcystach, tak tutaj musiał przyznać, że było ponadprzeciętne trudne.
Gdyby miał wskazać najważniejszy czynnik, byłyby to różnice kulturowe. Dużo niewiadomych, mało czasu, przez co rytuał mógł przebiec nieco agresywniej, niż powinien. W idealnych warunkach miałby kilka dni, może nawet tygodni na przebadanie pacjenta, zapoznanie się z jego historią, sprawdzenie miejsca, w którym oryginalnie doszło do opętania. Dużo roboty, której efekty same w sobie nie należały do wyjątkowo przełomowych, ale razem dawały pełniejszy obraz sytuacji. Tutaj tego zabrakło, toteż Macmillan musiał polegać przede wszystkim na swojej wiedzy, umiejętnościach, a przede wszystkim wierze.
Nie był ekspertem w dziedzinie duchów egipskich, a tym bardziej nie tych, które przesiadywały w grobowcach od starożytnych czasów. Z nowożytnymi istotami pracowało się o wiele prościej. I jeszcze ta bariera językowa... Już zaczynam tęsknić za Anglią, żachnął się czarodziej, wycierając zaśliniony kącik ust mankietem koszuli. Wzdrygnął się. Miał ochotę przytulić się do ściany chłodnej jaskini i po prostu odpłynąć do krainy Morfeusza.
— Tak — wymamrotał, drapiąc się po karku, a następnie mierzwiąc sobie włosy. Spojrzał półprzytomnie na Cathala, wskazując mu leniwie dłonią, aby zajął się Fadilem. Zanim jednak zebrał siły, aby unieść rękę, mężczyzna już był przy swoim koledze. Och, jak dobrze, że wiedział, co trzeba robić!
Gdy Shafiq sprawdzał stan przyjaciela, Sebastian poczołgał się po piasku ku pudełku, w którym uwięziony został duch. Zmrużył oczy, gdy znalazł się bliżej światła pochodni. Zdecydowanie zasługiwał na długą drzemkę po tym przedstawieniu. I cały dzbanek herbaty z mlekiem. Och tak. Kilkugodzinna sesja regeneracyjna na hamaku, a potem spora dawka angielskiego napitku. Może wieczorem będzie nawet zdatny do tego, żeby poprowadzić w miarę rozwiniętą konwersację z innymi uczestnikami wyprawy?
— Trzeba będzie cię wypędzić w któreś święto — burknął pod nosem, mrucząc pod nosem kilka dodatkowych inkantacji zabezpieczających. Rozejrzał się dookoła. Przydałby mu się w sumie jakiś asystent, żeby zajmował się takimi szczegółami jak transport „więźniów”. Kiedy wróci już do ziemi ojczystej, wysłanie duszka na tamten świat nie powinno stanowić wielkiego problemu.
Podniósł się na nogi, z trudem łapiąc równowagę i podreptał niespiesznie do dwójki mężczyzn.
— Tak. Oboje potrzebujemy zastrzyku energii... leczniczej. Czy coś — powiedział, zniesmaczony tym, że egzorcyzmy tak na niego wpłynęły. — Zabiłbym jeszcze za filiżankę herbaty. — Spojrzał na Fadila. — Cześć. Uratowaliśmy cię. — Uśmiechnął się niemrawo, nie podając mu jednak ręki na przywitanie, zamiast tego unosząc ją tylko mniej więcej na wysokość ramion.