26.03.2023, 00:51 ✶
Dobrze było móc znów kontrolować swoje ciało. Jeszcze trochę szumiało mu w głowie - efekt uboczny, ale to zaraz minie - niewiele już stojącym przed nią Vakelu pozostało człowieka, który czołgał się po podłodze. Jego oczy były znów żywe, jego postawa - wyniosła, z charakterystycznie zadartym podbródkiem - wszystko budowało obraz Dolohova, jakiego znała i z jakim się zaprzyjaźniła po staniu się rodziną.
Dolohov wycofał się, znów się omal nie potknął o te perły rozsypane nieopodal biurka, następnie zajął swoje ulubione miejsce - skórzany fotel, którego podłokietniki wsunął pod blat dębowego biurka. Dopiero wtedy odetchnął, nie omieszkał też przeczesać palcami roztrzepanych włosów. Wyglądał na spoconego - wizje, jakich doświadczał, musiały wiązać się z wysiłkiem, bo nawet mimo wykonywania gwałtownych ruchów, nie powinien zmęczyć się aż tak bardzo. Wysłuchał jej. I dobrze, nie miał zamiaru się jej tłumaczyć z czegoś tak oczywistego, jak nie oczywistość wizji. Zamiast tego wyciągnął z biurka swoją papierośnicę i podał wpierw jej, a później... Później się załamał.
- Zdecyduj się - parsknął, świdrując ją niezadowolonym spojrzeniem. Teatralna niechęć nie była jednak do końca szczera - Vakel darzył Lorettę sympatią, bo należała do osób, przy których nie musiał udawać. Nie musiał udawać miłego, nie musiał udawać, że obchodziło go cokolwiek poza czubkiem własnego nosa i względnym zadowoleniem swojej żony, którą ukochał pomimo dzielących ich różnic.
Loretta była jędzą. Loretta była tym, przed czym się uciekało - była jadem i toksyną, posiadała w sobie ciemność wyższą nawet niż Dolohov, a niewielu w swoim życiu poznał takich ludzi. Śmiał podejrzewać, że przyszłość niosła jej jeszcze większy upadek - Lestrange jeszcze tego nie wiedziała, ale jego zdaniem, o ile przepowiednia się sprawdzi, stała na zgliszczach dawnej siebie, ludzkiej siebie.
- Twoja kuzynka - wyjaśnił, odpowiadając na pytanie sprzed kilku minut, uświadamiając przy okazji Lorettę w tym, że znał treść własnej przepowiedni. - Kimkolwiek jest ten, za którym zamierzasz iść, ściągnie cię w mrok, przez które nie przedrą się nawet moje wizje. Zabawne, bo gdyby ktoś mi powiedział, że ktokolwiek zechce kroczyć taką ścieżką, byłabyś jedną z pierwszych osób, o których bym pomyślał.
Dolohov wycofał się, znów się omal nie potknął o te perły rozsypane nieopodal biurka, następnie zajął swoje ulubione miejsce - skórzany fotel, którego podłokietniki wsunął pod blat dębowego biurka. Dopiero wtedy odetchnął, nie omieszkał też przeczesać palcami roztrzepanych włosów. Wyglądał na spoconego - wizje, jakich doświadczał, musiały wiązać się z wysiłkiem, bo nawet mimo wykonywania gwałtownych ruchów, nie powinien zmęczyć się aż tak bardzo. Wysłuchał jej. I dobrze, nie miał zamiaru się jej tłumaczyć z czegoś tak oczywistego, jak nie oczywistość wizji. Zamiast tego wyciągnął z biurka swoją papierośnicę i podał wpierw jej, a później... Później się załamał.
- Zdecyduj się - parsknął, świdrując ją niezadowolonym spojrzeniem. Teatralna niechęć nie była jednak do końca szczera - Vakel darzył Lorettę sympatią, bo należała do osób, przy których nie musiał udawać. Nie musiał udawać miłego, nie musiał udawać, że obchodziło go cokolwiek poza czubkiem własnego nosa i względnym zadowoleniem swojej żony, którą ukochał pomimo dzielących ich różnic.
Loretta była jędzą. Loretta była tym, przed czym się uciekało - była jadem i toksyną, posiadała w sobie ciemność wyższą nawet niż Dolohov, a niewielu w swoim życiu poznał takich ludzi. Śmiał podejrzewać, że przyszłość niosła jej jeszcze większy upadek - Lestrange jeszcze tego nie wiedziała, ale jego zdaniem, o ile przepowiednia się sprawdzi, stała na zgliszczach dawnej siebie, ludzkiej siebie.
- Twoja kuzynka - wyjaśnił, odpowiadając na pytanie sprzed kilku minut, uświadamiając przy okazji Lorettę w tym, że znał treść własnej przepowiedni. - Kimkolwiek jest ten, za którym zamierzasz iść, ściągnie cię w mrok, przez które nie przedrą się nawet moje wizje. Zabawne, bo gdyby ktoś mi powiedział, że ktokolwiek zechce kroczyć taką ścieżką, byłabyś jedną z pierwszych osób, o których bym pomyślał.
with all due respect, which is none