26.03.2023, 01:09 ✶
Kiedy ojciec pojawił się z nią przy Whitecroft, Sarah momentalnie zwymiotowała. Kręciło jej się w głowie tak mocno, że nawet nie walczyła, kiedy jej żołądek postanowił zwrócić swoją treść na samym środku chodnika. Nienawidziła się teleportować, wszędzie podróżowała w inny sposób, ale wcale nie to było dla niej teraz najważniejsze, o nie...
- Tato...! - Ryknęła wręcz, nie mogąc uwierzyć, że jej własny ojciec mógł zrobić coś takiego - jak gdyby nigdy nic porzucić chłopaka, którego córka kochała, który był jej od wielu lat przyjacielem i kompanem niedoli, jaką było noszenie brzemienia ciemności zapisanej w genach. To nie miało sensu, to było okropne, to była ostatnia rzecz, jaką chciała przeżyć i przez jej słowa, przez spojrzenie, gesty - każdy ruch i każda myśl, jaka wzbierała się w niej od chwili, kiedy puściła rękę Rookwooda napawała ją olbrzymim gniewem, podsyconym przez rzucony na nich, miłosny czar. - Nienawidzę cię, jak mogłeś zostawić tam tych wszystkich ludzi, jak mogłeś zostawić tam jego! - Delikatne dłonie ściśnięte nieporadnie w małe piąstki uderzały starszego Macmillana w klatkę piersiową, tak samo jak poprzednio - nie robiąc mu absolutnie nic.
Obie dziewczyny trafiły do salonu. Tam, zamknięte, odizolowane od reszty rodziny, miały tkwić do końca dnia dla własnego bezpieczeństwa. Sarah, podobnie jak Effimery, była tym zirytowana tak mocno, że coraz mocniej to czuła - jego głos, jego świadomość zbliżającą się do jej. Czy to tak czuły się dwudusze?
- Effime'y - zaszlochała, padając na kolana przed zamkniętymi drzwiami. Szarpała już za klamkę, bezskutecznie. Pozbawione różdżek nie mogły rozwiązać tego żadnym zaklęciem. Przez dobrą minutę drapała w drewno niczym kot, jakby irytujący dźwięk miał wywołać tutaj kogokolwiek, kto im je otworzy. Wreszcie, poddawszy się i z tym, stuknęła o nie głową kompletnie załamana. - Effime'y, naplawdę plóbuję wieshyć, że Pani Księżyca ma ich w swojej opiece, ale serce mnie tak kłuje, jakbym zaraz miała zemdleć. - Zgadzała się z nią w pełni - musiały im pomóc, musiały się stąd wydostać. Oczywiście nie przeszkadzał jej w tych myślach fakt, że po piętnastu minutach płakania była już tak zmęczona, że chętnie położyłaby się spać. Ta dwójka dżentelmenów wymagała ratunku. - A, a gdybyśmy... - zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu - po plostu wybiły okno? - Z nadzieją spojrzała na drzwi balkonowe, również zamknięte. Podniosła się z ziemi i zaczęła szukać czegokolwiek, czym mogłaby w nie rzucić. Antyczne wazy mamy... raczej nie...
- Tato...! - Ryknęła wręcz, nie mogąc uwierzyć, że jej własny ojciec mógł zrobić coś takiego - jak gdyby nigdy nic porzucić chłopaka, którego córka kochała, który był jej od wielu lat przyjacielem i kompanem niedoli, jaką było noszenie brzemienia ciemności zapisanej w genach. To nie miało sensu, to było okropne, to była ostatnia rzecz, jaką chciała przeżyć i przez jej słowa, przez spojrzenie, gesty - każdy ruch i każda myśl, jaka wzbierała się w niej od chwili, kiedy puściła rękę Rookwooda napawała ją olbrzymim gniewem, podsyconym przez rzucony na nich, miłosny czar. - Nienawidzę cię, jak mogłeś zostawić tam tych wszystkich ludzi, jak mogłeś zostawić tam jego! - Delikatne dłonie ściśnięte nieporadnie w małe piąstki uderzały starszego Macmillana w klatkę piersiową, tak samo jak poprzednio - nie robiąc mu absolutnie nic.
Obie dziewczyny trafiły do salonu. Tam, zamknięte, odizolowane od reszty rodziny, miały tkwić do końca dnia dla własnego bezpieczeństwa. Sarah, podobnie jak Effimery, była tym zirytowana tak mocno, że coraz mocniej to czuła - jego głos, jego świadomość zbliżającą się do jej. Czy to tak czuły się dwudusze?
- Effime'y - zaszlochała, padając na kolana przed zamkniętymi drzwiami. Szarpała już za klamkę, bezskutecznie. Pozbawione różdżek nie mogły rozwiązać tego żadnym zaklęciem. Przez dobrą minutę drapała w drewno niczym kot, jakby irytujący dźwięk miał wywołać tutaj kogokolwiek, kto im je otworzy. Wreszcie, poddawszy się i z tym, stuknęła o nie głową kompletnie załamana. - Effime'y, naplawdę plóbuję wieshyć, że Pani Księżyca ma ich w swojej opiece, ale serce mnie tak kłuje, jakbym zaraz miała zemdleć. - Zgadzała się z nią w pełni - musiały im pomóc, musiały się stąd wydostać. Oczywiście nie przeszkadzał jej w tych myślach fakt, że po piętnastu minutach płakania była już tak zmęczona, że chętnie położyłaby się spać. Ta dwójka dżentelmenów wymagała ratunku. - A, a gdybyśmy... - zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu - po plostu wybiły okno? - Z nadzieją spojrzała na drzwi balkonowe, również zamknięte. Podniosła się z ziemi i zaczęła szukać czegokolwiek, czym mogłaby w nie rzucić. Antyczne wazy mamy... raczej nie...
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.