Marazm dnia codziennego niejednokrotnie dotykał ją zwolna, uświadamiając o nieuchronności przemijania, na ścianach umysłu pozostawały jaśniejsze plamy po obrazach, które niegdyś doń przylegały; nie mogła skarżyć się na nudę i banalność życia – to jednak czasami przyjmowało formę wtórną, swoimi faktorami dotykając spraw przeszłych, jak i przyszłych, które widziała w szklanej kuli pod postacią znaków i symboli. Lepka, słodka herbata – definitywnie przez nieuwagę posłodzona dwukrotnie – osiadała na kubkach smakowych, przechodząc swą słodyczą przez krtań aż do żołądka. Jedno, samotne westchnięcie opuściło jej wargi na palcach, gdy wbijała wzrok w mętną ciecz – zawartość naczynia, którego ścianki niepewnie obmywała.
Uśmiech, będący sztandarową flagą jej buńczucznej, acz bezkreśnie przyjaznej osobowości, wstąpił na wargi, przejmując tron po miękkim grymasie, który przetoczył się przez oblicze po kolejnym łyku herbaty. Zachybotała zawartością filiżanki raz jeszcze, aby w puencie odstawić ją na zagracony blat. Niewielkie, dosyć biedne mieszkanie nie stanowiło dla niej kłamu; tak długo, jak miała gdzie bytować, mościć swoją niszę i pracować – nie narzekała absolutnie na nic.
Jej kuzyn w końcu wykazał się dobrą wolą, przyjmując pod swoje skrzydła osierocone dziewczę, jeszcze niepewne świata i podwiązek znaczących drogę podboju. Jej niepokalana niewinność zamykała się w miękkiej, kowalnej osobowości, w której za wartość autoteliczną uchodziła ochrona najbliższych i lojalność sprawie. Prawdopodobnie dlatego widok Billy’ego tak dogłębnie ją poruszył, a jej percepcyjnie biegła osobowość dostrzegła, iż coś w jego zachowaniu jest nie tak.
Zlustrowała go od góry do dołu, marszcząc brwi, gdy zdjęła dłonie z jego policzków – nagłego paroksyzmu bliskości. Przez jej oblicze przemknęła lawina uczuć, niezbadanych emocji, jednak ostateczna uniosła wysoko brwi, mówiąc całą sobą – bujać to my, nie nas.
– Alastora nie ma w domu – rzekła, licząc, iż ta informacja poluzuje jego język od kłamstw. Skrzyżowała ręce na piersi, wagę przenosząc z nogi na nogę, nim przymknęła na moment oczy i westchnęła.
– Dlaczego mnie okłamujesz? Naprawdę myślisz, że ja – akcent postawiła na słowie „ja” – tego nie widzę? – zabrzmiała retoryką, odrobinę poirytowana takowym stanem rzeczy.
– Nie zmieniaj tematu. Co się stało? – nacisnęła raz jeszcze, wzruszając niepewnie ramionami.
Chwyciła go za nadgarstek i zaprowadziła do swojego wróżbiarskiego atelier – niemniej zagraconego, co całość mieszkania. Głośne trzaśnięcie drzwi potrząsnęło jego ryzami, a z uchylonego okna przemknął kwietniowy wiatr, podrywając ku górze przejrzystą firankę. Zajęła miejsce w miejscami obdartym ze skóry fotelu, skinięciem dłoni zapraszając Williama na drugie siedzisko.