27.03.2023, 01:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.03.2023, 01:29 przez Elliott Malfoy.)
Charakterystyczne pyknięcie, z którym zniknęli spomiędzy drzew kniei Godryka odbijało się w jego głowie echem, powodowało, że fale dotychczas spokojnego morza wezbraly na sile.
Zanosiło się na sztorm.
Jasne oczy Elliotta pociemniały, gdy wsłuchiwał się w pozornie spokojny głos bliźniaczki, tak rozkazujący i apodyktyczny, że jemu samemu odechciało się gdziekolwiek iść, nawet jeżeli nie musiał.
Nie opadł na fotel, nie wykonał żadnego ruchu. Serce biło mu jak oszalałe, choć na zewnątrz był tylko marmurowym posągiem, o bladej cerze i równie jasnych włosach. Jedynym dowodem na jego człowieczeństwo były wciąż zaczerwienione od biegu policzki.
Ściągnął z palca pierścionek zakupiony na straganie, a jego szaty przestały posiadać na sobie gwiazdozbiory nocnego nieba, wróciły do normy, stały się idealną jednością z chłodnymi pomieszczeniami rodzinnej rezydencji.
Brakło mu słów.
Nie był pewien czy zawiódł się na ojcu. Od ponad dwudziestu lat ten mężczyzna nie był dla niego nikim innym jak katem i koniecznością. Mimo to, nawet w najgorszych koszmarach, nie odważyłby się myśleć, że głowa rodu postrada zmysły i wyruszy w bój u boku terrorysty. Fortinbras Malfoy był z natury osoba konserwatywną, ale też niesamowicie przebiegłą i praktyczną, posiadał umiejetność wykorzystania swojego zdrowego rozsądku, intelektu i zasobów pieniężnych tak, aby mimo wzbudzanej niechęci wciąż pozostać na fali. W ostatni latach, odkąd został zrzucony ze stołka Ministra Magii przez czarodzieja pochodzenia mugolskiego, poglądy ojca stawały się coraz bardziej eksternistyczne, radykalne i to, w niektórych momentach, nawet widocznie. Elliott to widział, ale dopóki, dopóty starszy Malfoy nie stawiał pewnych kroków w stronę, która zagrażała rodzinie, po prostu zrzucał to na naturalne sympatyzowanie ze stroną, która chce wyeliminować z areny politycznej i biznesowej wszystkich, którzy nie są czystokrwiści.
Chcesz coś z tym zrobić?
Oczywiście, że chciał. Pozbycie się ojca stało się dla niego w tym momencie kwestią na 'kiedy' a nie 'czy'. Chciał, aby emocje opadły, w końcu jeszcze chwilę temu trzymał twarz Erika w swoich dłoniach, był w stanie spojrzeć w zieleń jego oczu wiedząc, że to może być przecież ostatni raz, gdy to robi. Nie dziwił się Eden w wysłaniu skrzata po męża, sam, gdyby mógł zrobiłby to samo, ale Longbottom odesłałby stworzenie z kwitkiem.
Czuł jak opuszczają go siły, jak przykre emocje chcą wylać się na zewnątrz, musiał je powstrzymać, potrzebował się odezwać, kontynuować dialog, nie myśleć o krzykach, przepychaniu się, słupach światła i cieple dłoni... oh na litość Merlina.
Był w szoku, to na pewno. Działanie ojca strąciło go z pantałyku, ale nie w zwyczajny sposób, a ten niebezpieczny, który świadczył o tym, że równowaga została zachwiana, że najpewniejszy fundament w życiu zaczynał się kruszyć.
- Zagraża nam wszystkim swoim lekkomyślnym, podyktowanym skruszonym ego zachowaniem - jego głos był niesamowicie pewny i chłodny, biorąc pod uwagę to, jak czuł się wewnątrz, jakie ogromne wichury przetaczały się właśnie przez zielone stepy znanych mechanizmów.
Przyłożył palce do skroni i je rozmasował, bo zaczynał czuć, że schodzi z niego adrenalina. Wcześniej spożyte specyfiki zaczeły przysparzać go o ból głowy, przejechana na końskim grzbiecie odległość i przebiegnięcie z polany do kniei przypominały w lekkim bolu stóp.
Na jakiekolwiek oskarżenia było jeszcze za wcześnie, chociaż kłębiło mu się w głowie pare.
'Mogliśmy tam zginąć, a jego by to nie obchodziło' - zbyt dobrze jednak znal swoją bliźniaczkę i podejrzewał, że jej odpowiedź jedynie by go w aktualnym stanie zirytowała. Czy próbowałaby bronić ojca, jak zwykle to robiła? usprawiedliwiać jego czyny? Spojrzał jej w oczy, starając się znaleźć w głębi brązu chociaż odrobinę zrozumienia, iskry, która Świadczyłoby, że mają na ten temat to samo zdanie.
- To nie może wyjść na jaw. - rzucił oczywistością, chociaż dość enigmatycznie, jakby chciał coś dopowiedzieć, zrobić kolejny krok, ale powstrzymał się w ostatnim momencie słysząc znajome szuranie dochodzące z holu, odbijające się echem od wysokich sklepień i kamieni szlachetnych żyrandolu.
- Fortinbrasie? - głos matki był szorstki i przepełniony wyrzutem, jak zwykle w przeciągu ostatnich paru lat - Mówiłeś, że nie pojawisz się... - zaczęła, ale gdy weszła do pomieszczenia w szlafroku, włosami zaplecionymi do góry i z maseczką na twarzy, jej jasne, idealnie wyskubane brwi uniosły się do góry, sprawiając że warstwa specyfiku na jej policzkach popękała.
Kobieta zirytowała się, choć ten wyraz przeszedł przez jej twarz raczej blado, jakby ona sama nie potrafiła mocniej okazywać żadnych emocji.
- Ah to wy, myślałam, że to wasz ojciec, powiedział, ze wybiera się na Beltane, wiecie, że ja nie z tych, co lubi babrać się w tych wszystkich wiankach i ... krzakach - odparła z odrazą, ale Merlin jeden wie, czy w kontekście swojego partnera, czy całego święta.
- To już jutro niedziela? Czy co wy tu właściwie robicie? - dopytała, z podobną pretensją, co wcześniej.
Zanosiło się na sztorm.
Jasne oczy Elliotta pociemniały, gdy wsłuchiwał się w pozornie spokojny głos bliźniaczki, tak rozkazujący i apodyktyczny, że jemu samemu odechciało się gdziekolwiek iść, nawet jeżeli nie musiał.
Nie opadł na fotel, nie wykonał żadnego ruchu. Serce biło mu jak oszalałe, choć na zewnątrz był tylko marmurowym posągiem, o bladej cerze i równie jasnych włosach. Jedynym dowodem na jego człowieczeństwo były wciąż zaczerwienione od biegu policzki.
Ściągnął z palca pierścionek zakupiony na straganie, a jego szaty przestały posiadać na sobie gwiazdozbiory nocnego nieba, wróciły do normy, stały się idealną jednością z chłodnymi pomieszczeniami rodzinnej rezydencji.
Brakło mu słów.
Nie był pewien czy zawiódł się na ojcu. Od ponad dwudziestu lat ten mężczyzna nie był dla niego nikim innym jak katem i koniecznością. Mimo to, nawet w najgorszych koszmarach, nie odważyłby się myśleć, że głowa rodu postrada zmysły i wyruszy w bój u boku terrorysty. Fortinbras Malfoy był z natury osoba konserwatywną, ale też niesamowicie przebiegłą i praktyczną, posiadał umiejetność wykorzystania swojego zdrowego rozsądku, intelektu i zasobów pieniężnych tak, aby mimo wzbudzanej niechęci wciąż pozostać na fali. W ostatni latach, odkąd został zrzucony ze stołka Ministra Magii przez czarodzieja pochodzenia mugolskiego, poglądy ojca stawały się coraz bardziej eksternistyczne, radykalne i to, w niektórych momentach, nawet widocznie. Elliott to widział, ale dopóki, dopóty starszy Malfoy nie stawiał pewnych kroków w stronę, która zagrażała rodzinie, po prostu zrzucał to na naturalne sympatyzowanie ze stroną, która chce wyeliminować z areny politycznej i biznesowej wszystkich, którzy nie są czystokrwiści.
Chcesz coś z tym zrobić?
Oczywiście, że chciał. Pozbycie się ojca stało się dla niego w tym momencie kwestią na 'kiedy' a nie 'czy'. Chciał, aby emocje opadły, w końcu jeszcze chwilę temu trzymał twarz Erika w swoich dłoniach, był w stanie spojrzeć w zieleń jego oczu wiedząc, że to może być przecież ostatni raz, gdy to robi. Nie dziwił się Eden w wysłaniu skrzata po męża, sam, gdyby mógł zrobiłby to samo, ale Longbottom odesłałby stworzenie z kwitkiem.
Czuł jak opuszczają go siły, jak przykre emocje chcą wylać się na zewnątrz, musiał je powstrzymać, potrzebował się odezwać, kontynuować dialog, nie myśleć o krzykach, przepychaniu się, słupach światła i cieple dłoni... oh na litość Merlina.
Był w szoku, to na pewno. Działanie ojca strąciło go z pantałyku, ale nie w zwyczajny sposób, a ten niebezpieczny, który świadczył o tym, że równowaga została zachwiana, że najpewniejszy fundament w życiu zaczynał się kruszyć.
- Zagraża nam wszystkim swoim lekkomyślnym, podyktowanym skruszonym ego zachowaniem - jego głos był niesamowicie pewny i chłodny, biorąc pod uwagę to, jak czuł się wewnątrz, jakie ogromne wichury przetaczały się właśnie przez zielone stepy znanych mechanizmów.
Przyłożył palce do skroni i je rozmasował, bo zaczynał czuć, że schodzi z niego adrenalina. Wcześniej spożyte specyfiki zaczeły przysparzać go o ból głowy, przejechana na końskim grzbiecie odległość i przebiegnięcie z polany do kniei przypominały w lekkim bolu stóp.
Na jakiekolwiek oskarżenia było jeszcze za wcześnie, chociaż kłębiło mu się w głowie pare.
'Mogliśmy tam zginąć, a jego by to nie obchodziło' - zbyt dobrze jednak znal swoją bliźniaczkę i podejrzewał, że jej odpowiedź jedynie by go w aktualnym stanie zirytowała. Czy próbowałaby bronić ojca, jak zwykle to robiła? usprawiedliwiać jego czyny? Spojrzał jej w oczy, starając się znaleźć w głębi brązu chociaż odrobinę zrozumienia, iskry, która Świadczyłoby, że mają na ten temat to samo zdanie.
- To nie może wyjść na jaw. - rzucił oczywistością, chociaż dość enigmatycznie, jakby chciał coś dopowiedzieć, zrobić kolejny krok, ale powstrzymał się w ostatnim momencie słysząc znajome szuranie dochodzące z holu, odbijające się echem od wysokich sklepień i kamieni szlachetnych żyrandolu.
- Fortinbrasie? - głos matki był szorstki i przepełniony wyrzutem, jak zwykle w przeciągu ostatnich paru lat - Mówiłeś, że nie pojawisz się... - zaczęła, ale gdy weszła do pomieszczenia w szlafroku, włosami zaplecionymi do góry i z maseczką na twarzy, jej jasne, idealnie wyskubane brwi uniosły się do góry, sprawiając że warstwa specyfiku na jej policzkach popękała.
Kobieta zirytowała się, choć ten wyraz przeszedł przez jej twarz raczej blado, jakby ona sama nie potrafiła mocniej okazywać żadnych emocji.
- Ah to wy, myślałam, że to wasz ojciec, powiedział, ze wybiera się na Beltane, wiecie, że ja nie z tych, co lubi babrać się w tych wszystkich wiankach i ... krzakach - odparła z odrazą, ale Merlin jeden wie, czy w kontekście swojego partnera, czy całego święta.
- To już jutro niedziela? Czy co wy tu właściwie robicie? - dopytała, z podobną pretensją, co wcześniej.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦