27.03.2023, 09:30 ✶
Nie miała siły ani odpowiedniej dozy skupienia, by się teraz przyglądać Brennie. Wystarczyło jej że żyła i że najwyraźniej nic jej nie było po tym spektakularnym upadku, którego niestety nie mogła być świadkiem, bo spała. Gadała (może odrobinę mniej i wolniej niż normalnie) i ruszała się (chociaż obecnie statycznie zajmowała jedno miejsce), ale Lestrange oceniła, że z Gryfonką jest wszystko dobrze. Może oprócz kaca, który najwyraźniej męczył i ją.
Victoria akurat masowała sobie skronie, kiedy Brenna zadała swoje pytanie. No… pierwsze z nich. Sama zadarła nieco głowę do góry, żeby spojrzeć na te wysoką belkę ale jak normalnie miała milion myśli, tak jedyna jaka teraz kołatała jej się po głowie w związku z tą sytuacją, to to, że słońce trochę za głośno świeci przez okno. I musiała aż przymrużyć oczy. Może wyglądała przy tym jakby zwyczajowo się nad czymś zastanawiała, bo taki prawdę powiedziawszy był plan, tylko że był daleki od wykonania. Nie żeby nie próbowała – bo próbowała i po chwili aż sama spuściła wzrok żeby się rozejrzeć czy ma gdzieś obok siebie różdżkę, czy może jakimś cudem ją zgubiła, bo jeśli tak to po pierwsze: tragedia!, a po drugie: na pewno jej nie wylewitowała na górę. W żadnej kieszeni różdżki nie znalazła, od razu załączyła się lekka panika, kiedy Tori zaczęła nieco gwałtownie macać otoczenie wokół siebie i w końcu jej dłoń natrafiła na znajomy kształt. Różdżka była obok niej. Najwyraźniej musiała spać do niej w pewnym sensie przytulona. No dobrze, czyli nie było tragedii, ale to faktycznie mogła byc ona. Znowu zmrużyła oczy i zadarła wyżej głowę usiłując sobie przypomnieć najświeższe wydarzenia tej nocy. Chyba… chyba miała jakieś przebłyski. Coś jak…
- Chyba… – zaczęła niepewnie - chciałyśmy sprawdzić czy da się tak nadmuchać kogoś jak wiesz… tamtego mugola i – wysłowiła się w końcu i spojrzała na Brennę próbując jednak wie skupić na tym jak wyglądała. Jak nieszczęście, ale nie w tym rzecz. No nie wyglądała na nadmuchaną. Ani na opuchniętą. To był jakiś plus.
- Eeeee – był to ewidentnie odgłos wzmożonej aktywności mózgu, podczas której Victoria starała się sobie przypomnieć chronologiczny przebieg zdarzeń tej nocy odkąd opuścili Trzy Miotły w Hogsmeade, ale tak jej się chciało pić, tak bolała ją głową i tak wszystko było na nie, że nie szło jej to zbyt dobrze. Pewnie po prostu szła za Brenną tam gdzie prowadziła, a że się przed czymś albo kimś chowały… może przed gniewem Cynthii?
- Nigdy więcej nie będę łączyć rumu porzeczkowego z miodem i z whisky – mruknęła i jedyne z czego się cieszyła to to, że nie zbiera jej się na wymioty, bo z wieży astronomicznej to… Victoria jedyne z czego się cieszyła to to, że spala w miarę na środku pomieszczenia. I że nie musi patrzeć w dół. Ale nie była wcale taka pewna, czy po pijaku nie miała innych pomysłów odnośnie wieży, wysokości i spoglądania w dół. Albo w górę. - Też takie mam – mruknęła i pomachała swoją gałązką, która wyciągnęła z włosów. Sama ogólnie wyglądała nielepiej, ciuchy trochę potargane, ewidentnie się przedzierały przez jakieś krzaczory i chaszcze. - Obiecaj mi że jak się spotkamy za te dziesięć lat, to nie powtórzymy tej mieszanki alkoholi, co? – machnęła ręką na przeprosiny Brenny bo nie było za co przepraszać. Obie były tak samo winne. Obie – bo nikogo innego tutaj z nimi nie było. - Daj spokój.
Victoria akurat masowała sobie skronie, kiedy Brenna zadała swoje pytanie. No… pierwsze z nich. Sama zadarła nieco głowę do góry, żeby spojrzeć na te wysoką belkę ale jak normalnie miała milion myśli, tak jedyna jaka teraz kołatała jej się po głowie w związku z tą sytuacją, to to, że słońce trochę za głośno świeci przez okno. I musiała aż przymrużyć oczy. Może wyglądała przy tym jakby zwyczajowo się nad czymś zastanawiała, bo taki prawdę powiedziawszy był plan, tylko że był daleki od wykonania. Nie żeby nie próbowała – bo próbowała i po chwili aż sama spuściła wzrok żeby się rozejrzeć czy ma gdzieś obok siebie różdżkę, czy może jakimś cudem ją zgubiła, bo jeśli tak to po pierwsze: tragedia!, a po drugie: na pewno jej nie wylewitowała na górę. W żadnej kieszeni różdżki nie znalazła, od razu załączyła się lekka panika, kiedy Tori zaczęła nieco gwałtownie macać otoczenie wokół siebie i w końcu jej dłoń natrafiła na znajomy kształt. Różdżka była obok niej. Najwyraźniej musiała spać do niej w pewnym sensie przytulona. No dobrze, czyli nie było tragedii, ale to faktycznie mogła byc ona. Znowu zmrużyła oczy i zadarła wyżej głowę usiłując sobie przypomnieć najświeższe wydarzenia tej nocy. Chyba… chyba miała jakieś przebłyski. Coś jak…
- Chyba… – zaczęła niepewnie - chciałyśmy sprawdzić czy da się tak nadmuchać kogoś jak wiesz… tamtego mugola i – wysłowiła się w końcu i spojrzała na Brennę próbując jednak wie skupić na tym jak wyglądała. Jak nieszczęście, ale nie w tym rzecz. No nie wyglądała na nadmuchaną. Ani na opuchniętą. To był jakiś plus.
- Eeeee – był to ewidentnie odgłos wzmożonej aktywności mózgu, podczas której Victoria starała się sobie przypomnieć chronologiczny przebieg zdarzeń tej nocy odkąd opuścili Trzy Miotły w Hogsmeade, ale tak jej się chciało pić, tak bolała ją głową i tak wszystko było na nie, że nie szło jej to zbyt dobrze. Pewnie po prostu szła za Brenną tam gdzie prowadziła, a że się przed czymś albo kimś chowały… może przed gniewem Cynthii?
- Nigdy więcej nie będę łączyć rumu porzeczkowego z miodem i z whisky – mruknęła i jedyne z czego się cieszyła to to, że nie zbiera jej się na wymioty, bo z wieży astronomicznej to… Victoria jedyne z czego się cieszyła to to, że spala w miarę na środku pomieszczenia. I że nie musi patrzeć w dół. Ale nie była wcale taka pewna, czy po pijaku nie miała innych pomysłów odnośnie wieży, wysokości i spoglądania w dół. Albo w górę. - Też takie mam – mruknęła i pomachała swoją gałązką, która wyciągnęła z włosów. Sama ogólnie wyglądała nielepiej, ciuchy trochę potargane, ewidentnie się przedzierały przez jakieś krzaczory i chaszcze. - Obiecaj mi że jak się spotkamy za te dziesięć lat, to nie powtórzymy tej mieszanki alkoholi, co? – machnęła ręką na przeprosiny Brenny bo nie było za co przepraszać. Obie były tak samo winne. Obie – bo nikogo innego tutaj z nimi nie było. - Daj spokój.