- Nie chcę Cię rozczarować, ale mam wrażenie, że to nie do końca są rzeczy, których w ogóle można się nauczyć. Może wiolonczela tak, ale malowanie, jeśli nie masz daru, to i tak by Ci średnio szło, znaczy technicznie pewnie tak, ale no wiesz, o co mi chodzi. - Nie chciała się specjalnie na tym rozwodzić, bo jeszcze by go dodatkowo dobiła, czy coś.
- Dlaczego jesteś wobec siebie taki krytyczny? - Nie do końca jej się to podobało. Oczywiste było, że każdy ma inne predyzpozycje, jedne rzeczy przychodzą im łatwiej, inne trudniej. Miała wrażenie, że coś podobnego już słyszała z ust Anne, kiedy wypowiadała się na temat Stanleya nie do końca pozytywnie. Może to przez to, że matka nie do końca go doceniała? Stella próbowała zrozumieć takie podejście. - Nie wszyscy musieli mieć dobre oceny ze wszystkiego, grunt to znaleźć sobie jakąś ścieżkę i nią podążać. Uwierz mi, że ja bym się nie mogła odnaleźć w ministerstwie, więc to nie jest do końca tak, że kończą tam wszyscy, którzy nie mają na siebie pomysłu, nie przyjmują tam każdego jak leci. - Starała się go w jakiś sposób uświadomić, że nie do końca jest tak, jak mu się wydaje. Miała nadzieję, że to, jak ona to widzi - pomoże. - To, co chciała Twoja matka nie jest istotne, przecież ona nie przeżyje za Ciebie życia, nie musimy powielać tego, co robią nasi rodzice. - Stella akurat poszła śladami ojca, ale sama chciała to robić i nie widziała innej drogi dla siebie.
- Można się przyzwyczaić, ale warto się zastanowić, czy jest sens i czy przyniesie to jakąkolwiek satysfakcję, jeśli nie, to po co to robić? - Avery uważała, że warto się trzymać tego, co przynosi nam jakąkolwiek radość, spełnienie, a nie bezsensownie, na siłę szukać czegoś innego, powód nie był aż taki słuszny, nie uważała, że warto było przez to zmieniać całe swoje życie.
Miała wrażenie, że jej pomysł przyniósł oczekiwane efekty. Borgin najwyraźniej nieco się uspokoił, nie był już tak rozemocjonowany i dobrze, bo nie miało większego sensu planowanie czegokolwiek z takim podejściem. Spokój był najważniejszy i tylko on mógł ich uratować. Takie było zdanie Avery.
Kiedy powiedziała o swoim jakże bystrym pomyśle na głos zrobiło jej się gorąco. Czuła, jak krew w jej żyłach zaczyna pulsować szybciej, dotarło do niej co powiedziała, dopiero kiedy usłyszała te słowa. Było jej głupio, jak właściwie mogła zaproponować coś takiego? No, ale z drugiej stronu już to zrobiła, musiała więc przeżyć jego reakcję. Tej bała się najbardziej.
Odetchnęła głęboko, najwyraźniej dla Stanleya było to również mocno szokujące, bo dosyć szybko się podniósł. Zauważyła, że nastrój mu się zmienił. Nie było to dziwne, w końcu jej pomysł był dosyć kontrowersyjny, na pewno nie aż tak jak te jego, jednak niósł ze sobą spore konsekwencje.
- Może mniejsza o to? Nie powinnam o tym wspominać, zapomnij, że w ogóle to powiedziałam. - Miała wrażenie, że jest przerażony tym, co do niego powiedziała. Mogła faktycznie to przemilczeć, przesadziła chyba z tym pomysłem. Zaczerwieniła się odruchowo, było jej naprawdę wstyd, że w ogóle pomyślała o czymś takim. Najchętniej zapadłaby się pod ziemię, niestety nie posiadała takiej umiejętności.
Stella nie żartowała, była zupełnie poważna w tym co mówiła. Może powinna się zaśmiać na koniec i udać, że wcale nie to miała na myśli? Na to było jednak już za późno. Przyglądała się mężczyźnie i widziała jego rozbicie. Zresztą powinna się tego spodziewać, pomysł którym się z nim podzieliła, był dosyć wymagający, wobec obu stron. Gdyby zdecydowali się na jego realizację, to nie byłoby odwrotu, czy byli pewni tego wszystkiego, aż tak bardzo?
- To nie ma sensu, to chciałeś powiedzieć? - Może ona powinna odpowiedzieć za niego, skoro on nie do końca potrafił. - Najmniejszego, prawda? - Spojrzała na niego, jakby oczekując odpowiedzi. Musiał jej potwierdzić, że ten pomysł jest głupi, tak jak ona dzielnie odrzucała wszystkie jego.
Rodzice pewnie by się na nią obrazili na samym początku, jednak z czasem może i by jej wybaczyli, jakoś by sobie z tym poradziła, było to mniej drastyczne rozwiązanie niż porwanie, sfingowanie śmierci i inne takie.
Jednak złapał ją za dłoń, nie uciekł, gdy powiedziała to na głos. - W tajemnicy, czyli taki, że nikt by o tym nie wiedział. - Wyjaśniła o co jej chodzi. - Można by było im o tym wspomnieć z czasem, kiedy zaczęliby mi szukać kandydata, że sprawa nie jest do końca aktualna. - Na pewno nie byliby zachwyceni, jednak nie musiałaby łączyć swojego życia z kimś kogo nie znała, szczególnie, że wydawało jej się, że znalazła już dla siebie odpowiedniego kandydata. Czy była pewna, że mogłaby spędzić ze Stanleyem całe życie? Najprawodopodbniej, w końcu inaczej nie wspomniałaby o tym wszystkim na głos, tylko, czy on był na to gotowy?