27.03.2023, 11:43 ✶
Musiała się teleportować.
Naprawdę, naprawdę tego nie znosiła. Ale z Melrose do Londynu było po prostu za daleko, aby Mackenzie mogła przelecieć cały dystans na miotle, jeśli chciała zdążyć odebrać dziś nową szatę do quidditcha od Rosierów, po tym, jak dokonano ostatnich poprawek.
Zamiast w punkcie aportacyjnym, Greengrass teleportowała się bezpośrednio w zaułku na Pokątnej. Doskonale wiedziała, że nie zniesie teleportacji dobrze, więc nie życzyła sobie zbyt wielu świadków. Pojawiła się w alejce, po czym czując, że w głowie się jej kręci, a żołądek, oczywiście, burzy się przeciwko tej formie podróży, odłożyła torbę ze sprzętem na ziemię, miotłę oparła o ścianę. Nie miała już na sobie szaty, w której niedawno ćwiczyła: pojawienie się w niej na Pokątnej zwróciłoby zbyt dużą uwagę.
- Poooomóóóóż mi!!! – rozległ się dziecięcy pisk w pobliżu. W porządku, świadek jednak był. Chyba jakiś dzieciak. Mackenzie, która podparła dłoń o mur i pochyliła się, zacisnęła powieki, bo krzyk dziecka zdawał się wręcz wwiercać w jej czaszkę. Otworzyła oczy i kontrolnie zerknęła, co się dzieje. Nie dostrzegła jednak żadnych potworów, zamaskowanych dorosłych, ani innego niebezpieczeństwa. Jedynie zapłakaną, opuchniętą dziewczynkę, wyciągającą ręce do kota, skaczącego po pobliskim parapecie. Na całe szczęście, nie musiała więc rzucać się ani do ucieczki, ani do potencjalnego ratowania komuś życia. Dobrze, bo była trochę zajęta umieraniem.
- No pomóż mi! – nalegało dziecko. Ktoś bardziej empatyczny od niej może natychmiast rzuciłby się ratować kotka, ale… Kenzie była po pierwsze, bardzo mało empatyczna, po drugie, było jej bardzo, bardzo niedobrze.
- Och, daj mi spokój – jęknęła Mackenzie, pozieleniała na twarzy, po czym pochyliła się i zwymiotowała pod ścianę. Rzecz jasna w odpowiedniej odległości od swojej miotły i od swojej torby. Kot z góry zamiauczał i Mackenzie przyszło przez myśl, że brzmi to prawie, jakby się z niej śmiał.
Dziewczyna nie dostrzegła oczywiście nadchodzącego Ollivandera. Usłyszała kroki i zaklęła tylko w duchu. Gdyby go rozpoznała, może ucieszyłaby się, że ze wszystkich ludzi to akurat on: w końcu przynajmniej nie mógł zobaczyć jej upokorzenia.
Naprawdę, naprawdę tego nie znosiła. Ale z Melrose do Londynu było po prostu za daleko, aby Mackenzie mogła przelecieć cały dystans na miotle, jeśli chciała zdążyć odebrać dziś nową szatę do quidditcha od Rosierów, po tym, jak dokonano ostatnich poprawek.
Zamiast w punkcie aportacyjnym, Greengrass teleportowała się bezpośrednio w zaułku na Pokątnej. Doskonale wiedziała, że nie zniesie teleportacji dobrze, więc nie życzyła sobie zbyt wielu świadków. Pojawiła się w alejce, po czym czując, że w głowie się jej kręci, a żołądek, oczywiście, burzy się przeciwko tej formie podróży, odłożyła torbę ze sprzętem na ziemię, miotłę oparła o ścianę. Nie miała już na sobie szaty, w której niedawno ćwiczyła: pojawienie się w niej na Pokątnej zwróciłoby zbyt dużą uwagę.
- Poooomóóóóż mi!!! – rozległ się dziecięcy pisk w pobliżu. W porządku, świadek jednak był. Chyba jakiś dzieciak. Mackenzie, która podparła dłoń o mur i pochyliła się, zacisnęła powieki, bo krzyk dziecka zdawał się wręcz wwiercać w jej czaszkę. Otworzyła oczy i kontrolnie zerknęła, co się dzieje. Nie dostrzegła jednak żadnych potworów, zamaskowanych dorosłych, ani innego niebezpieczeństwa. Jedynie zapłakaną, opuchniętą dziewczynkę, wyciągającą ręce do kota, skaczącego po pobliskim parapecie. Na całe szczęście, nie musiała więc rzucać się ani do ucieczki, ani do potencjalnego ratowania komuś życia. Dobrze, bo była trochę zajęta umieraniem.
- No pomóż mi! – nalegało dziecko. Ktoś bardziej empatyczny od niej może natychmiast rzuciłby się ratować kotka, ale… Kenzie była po pierwsze, bardzo mało empatyczna, po drugie, było jej bardzo, bardzo niedobrze.
- Och, daj mi spokój – jęknęła Mackenzie, pozieleniała na twarzy, po czym pochyliła się i zwymiotowała pod ścianę. Rzecz jasna w odpowiedniej odległości od swojej miotły i od swojej torby. Kot z góry zamiauczał i Mackenzie przyszło przez myśl, że brzmi to prawie, jakby się z niej śmiał.
Dziewczyna nie dostrzegła oczywiście nadchodzącego Ollivandera. Usłyszała kroki i zaklęła tylko w duchu. Gdyby go rozpoznała, może ucieszyłaby się, że ze wszystkich ludzi to akurat on: w końcu przynajmniej nie mógł zobaczyć jej upokorzenia.