27.03.2023, 14:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.03.2023, 15:39 przez Mackenzie Greengrass.)
Mackenzie kompletnie zignorowała rozmowę toczącą się za jej plecami. Pojawił się jakiś nowy rycerz w lśniącej zbroi, niech więc on ściąga kota z parapetu, ona była bardzo zajęta, próbując zwymiotować chyba nie tylko zawartość swojego żołądka, ale też sam żołądek. W końcu wyprostowała się, wyciągnęła chusteczkę i otarła usta.
- Żartujesz? – spytała z niedowierzaniem, kiedy padła prośba o pomoc. Wyciągnęła różdżkę, ale nie wycelowała nią w Pana Mruczkensa. Zamiast tego machnęła ku ziemi, aby ją oczyścić. Wstyd nie pozwoliłby jej zostawić ulicy w takim stanie. Na szczęście zaklęcie usuwające takie rzeczy Greengrass miała nieźle opanowane. – Jak kot tam wlazł, to i sam nie zejdzie.
- On nie zejdzie!!! – wrzasnęła dziewczynka, głośno chlipiąc. – On zawsze wchodzi na górę, a potem nie umieeee zejść!
- Jak zawsze wchodzi na górę, to trzymaj go w mieszkaniu – poradziła Mackenzie, obracając się wreszcie. Może byłaby bardziej uprzejma, gdyby nie czuła się tak, jakby właśnie spędziła godzinę na szybkiej karuzeli. Teleportacja ze Szkocji do Londynu to było trochę za dużo. Dopiero teraz spojrzała na Ollivandera… i nie, od razu go nie rozpoznała. Greengrass miała absolutnie beznadziejną pamięć do twarzy i nawet jeśli miała z kimś sporo do czynienia w szkole, to pewne szczegóły ulatywały z jej wspomnień. (Chyba że grał w quidditcha. Wtedy pewnie pamiętała też wzrost, wagę i dokładne dane o technice latania.) Nawet to, że nie widział i pytał, czy się znają, nie od razu sprawiło, że wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Chyba dopiero widok Bella wreszcie sprawił, że Mackenzie połączyła kropki.
- Twój kot nie może namówić tego na górze, żeby zszedł, Ollivander? – spytała z pewną rezygnacją, kiedy dzieciak na jej deklarację wybuchł jeszcze głośniejszym szlochem. – Przestań ryczeć. Zdejmę go – zgodziła się niezbyt chętnie. Spojrzała na parapet, zastanawiając się, jakim cudem kot tam w ogóle wszedł. W końcu sięgnęła po swoją miotłę. Nie zamierzała się tam wspinać, skoro mogła po prostu podlecieć do zwierzaka.
- Żartujesz? – spytała z niedowierzaniem, kiedy padła prośba o pomoc. Wyciągnęła różdżkę, ale nie wycelowała nią w Pana Mruczkensa. Zamiast tego machnęła ku ziemi, aby ją oczyścić. Wstyd nie pozwoliłby jej zostawić ulicy w takim stanie. Na szczęście zaklęcie usuwające takie rzeczy Greengrass miała nieźle opanowane. – Jak kot tam wlazł, to i sam nie zejdzie.
- On nie zejdzie!!! – wrzasnęła dziewczynka, głośno chlipiąc. – On zawsze wchodzi na górę, a potem nie umieeee zejść!
- Jak zawsze wchodzi na górę, to trzymaj go w mieszkaniu – poradziła Mackenzie, obracając się wreszcie. Może byłaby bardziej uprzejma, gdyby nie czuła się tak, jakby właśnie spędziła godzinę na szybkiej karuzeli. Teleportacja ze Szkocji do Londynu to było trochę za dużo. Dopiero teraz spojrzała na Ollivandera… i nie, od razu go nie rozpoznała. Greengrass miała absolutnie beznadziejną pamięć do twarzy i nawet jeśli miała z kimś sporo do czynienia w szkole, to pewne szczegóły ulatywały z jej wspomnień. (Chyba że grał w quidditcha. Wtedy pewnie pamiętała też wzrost, wagę i dokładne dane o technice latania.) Nawet to, że nie widział i pytał, czy się znają, nie od razu sprawiło, że wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Chyba dopiero widok Bella wreszcie sprawił, że Mackenzie połączyła kropki.
- Twój kot nie może namówić tego na górze, żeby zszedł, Ollivander? – spytała z pewną rezygnacją, kiedy dzieciak na jej deklarację wybuchł jeszcze głośniejszym szlochem. – Przestań ryczeć. Zdejmę go – zgodziła się niezbyt chętnie. Spojrzała na parapet, zastanawiając się, jakim cudem kot tam w ogóle wszedł. W końcu sięgnęła po swoją miotłę. Nie zamierzała się tam wspinać, skoro mogła po prostu podlecieć do zwierzaka.