27.03.2023, 19:38 ✶
Cathal, słysząc wybuch i patrząc na wylatującą w powietrze klapę, zamarł na chwilę, wciąż siedząc na ziemi. Jego umysł, obarczony chorobą, uległ chwilowemu zawieszeniu, pochłonięty analizowaniem, jak wysoko wyrzuciłoby go to zaklęcie, gdyby nie stoczył się z pokrywy dostatecznie szybko. Potem dźwignął się wreszcie i podszedł do kosza, by chwycić Alethę i unieść tak, aby mogła siąść na brzegu kubła i zeskoczył po właściwej stronie.
Nie podarował sobie jednak komentarza.
- Cuchniesz, Leta – poinformował, co zapewne byłoby bardzo niegrzeczne i niedopuszczalne, gdyby nie to, że znali się od dwudziestu lat i właśnie osobiście wygrzebywał ją z kosza na śmieci. Potem jego uszu dobiegł głos Jamila. W pierwszej chwili Cathal nie zarejestrował nawet, że coś nie jest nie tak. W jego krwi płynęła przedziwna magia rodu, który tak wiele czasu spędzał na podróżach, że jego potomkowie wypijali znajomość języków dosłownie z mlekiem matki. Rozumiał każdy język i usłyszenie obcego w Anglii nie stanowiło dla niego niczego nadzwyczajnego. Dlatego odpowiedział odruchowo również po francusku.
- Gdzie znowu wlazłeś? – rzucił we francuskim, po czym wyszedł z alejki, by zobaczyć Nell siedzącą przed wejściem i przypatrującą się czemuś na górze ze zdziwioną miną. Zadarł głowę, kiedy padło „proszę”, i chyba dopiero ten akcent, bardzo nie jamilowy, uświadomił mu, że…
…coś jest nie tak.
Nie mógł wiedzieć, jak długo duch tam siedzi. Ani czy Jamil się nie wygłupia (ale w papierach nie miał znajomości francuskiego). Ale przecież nie bez powodu nie chcieli, aby Anwar, niekiedy beztroski i nieprzyzwyczajony do magii sabatów na Polanie Ogni, nie kręcił się tam po zmierzchu w noc Beltaine. Paskudne podejrzenie zrodziło się w jego umyśle.
- Już cię ściągamy. Nic ci nie jest, Klaus? – zapytał bez mrugnięcia okiem, wypowiadając fałszywe imię. Jak pamiętał z przypadku Fadila, duch nie miał wtedy wiedzy swojego „rezydenta”. A potem opuścił głowę, spoglądając wymownie najpierw na Nell, a potem na Letę. Nim ta podeszła bliżej, szepnął ku niej, bardzo cicho, właściwie ledwo poruszając ustami. „Rozbrój go”.
Sam też sięgnął po różdżkę. Szykując się do skrępowania czarodzieja, tak na wszelki wypadek, gdyby zrobił cokolwiek podejrzanego, kiedy już zostanie sprowadzony na ziemię.
- Nell? Zdejmiesz go? Jesteś lepsza w translokacji.
- Ale… - zaczęła Nell, po czym urwała. Zebrała się z ziemi i w końcu wycelowała różdżkę w Jamila. Uniósł się nieco, ubranie pękło z głośnym trzaskiem, a potem zaczęła bardzo powoli opuszczać go ku ziemi…
Nie podarował sobie jednak komentarza.
- Cuchniesz, Leta – poinformował, co zapewne byłoby bardzo niegrzeczne i niedopuszczalne, gdyby nie to, że znali się od dwudziestu lat i właśnie osobiście wygrzebywał ją z kosza na śmieci. Potem jego uszu dobiegł głos Jamila. W pierwszej chwili Cathal nie zarejestrował nawet, że coś nie jest nie tak. W jego krwi płynęła przedziwna magia rodu, który tak wiele czasu spędzał na podróżach, że jego potomkowie wypijali znajomość języków dosłownie z mlekiem matki. Rozumiał każdy język i usłyszenie obcego w Anglii nie stanowiło dla niego niczego nadzwyczajnego. Dlatego odpowiedział odruchowo również po francusku.
- Gdzie znowu wlazłeś? – rzucił we francuskim, po czym wyszedł z alejki, by zobaczyć Nell siedzącą przed wejściem i przypatrującą się czemuś na górze ze zdziwioną miną. Zadarł głowę, kiedy padło „proszę”, i chyba dopiero ten akcent, bardzo nie jamilowy, uświadomił mu, że…
…coś jest nie tak.
Nie mógł wiedzieć, jak długo duch tam siedzi. Ani czy Jamil się nie wygłupia (ale w papierach nie miał znajomości francuskiego). Ale przecież nie bez powodu nie chcieli, aby Anwar, niekiedy beztroski i nieprzyzwyczajony do magii sabatów na Polanie Ogni, nie kręcił się tam po zmierzchu w noc Beltaine. Paskudne podejrzenie zrodziło się w jego umyśle.
- Już cię ściągamy. Nic ci nie jest, Klaus? – zapytał bez mrugnięcia okiem, wypowiadając fałszywe imię. Jak pamiętał z przypadku Fadila, duch nie miał wtedy wiedzy swojego „rezydenta”. A potem opuścił głowę, spoglądając wymownie najpierw na Nell, a potem na Letę. Nim ta podeszła bliżej, szepnął ku niej, bardzo cicho, właściwie ledwo poruszając ustami. „Rozbrój go”.
Sam też sięgnął po różdżkę. Szykując się do skrępowania czarodzieja, tak na wszelki wypadek, gdyby zrobił cokolwiek podejrzanego, kiedy już zostanie sprowadzony na ziemię.
- Nell? Zdejmiesz go? Jesteś lepsza w translokacji.
- Ale… - zaczęła Nell, po czym urwała. Zebrała się z ziemi i w końcu wycelowała różdżkę w Jamila. Uniósł się nieco, ubranie pękło z głośnym trzaskiem, a potem zaczęła bardzo powoli opuszczać go ku ziemi…