To, że Danielle i Ulysses różnili się na każdej płaszczyźnie, nie podlegało żadnym wątpliwościom. Coś jednak sprawiło, że pomimo znaczących różnic, które najpewniej rozbiłyby niejedną parę znajomych i spowodowałyby ogrom konfliktów, im udawało się utrzymywać w miarę regularny kontakt. Co więcej, nie był to kontakt wymuszony, chociażby wspólnym miejscem pracy czy zamieszkiwaną okolicą, wszak zajmowali się zupełnie innymi rzeczami w życiu, mieszkali w całkowicie różnych częściach miejscach - na dobrą sprawę mogli kompletnie zapomnieć o swoim istnieniu (to znaczy ona, w końcu Rookwood o niczym nie zapominał). A jednak, nie miała większych oporów by regularnie wysyłać mu sowę - czy to z poważnym, długim listem opisującym jak spędziła ostatnie dni i zapytaniem czy jemu czas mija choć odrobinę lepiej, jak i durnym żarcikiem, zasłyszanym od jakiegoś znajomego w nadziei, że być może Ulli tego akurat nie zna i uda jej się go rozbawić. Niestety, nie miała bladego pojęcia, czy ostatnie wiadomości były w stanie wywołać uśmiech na jego wiecznie poważnej twarzy. Dowiedziała się jednak czegoś innego - tego, że Rookwood ma ochotę spędzić z nią wolny dzień, na co zresztą bez zastanowienia, ochoczo przystała.
W przeciwieństwie do Ulyssesa, nie roztrząsała tego zbytnio. Gdyby to ona otrzymała wiadomość od Rookwooda, że jednak nie mogą się spotkać i na pewno zgadają się w inny dzień, nie doszukiwałaby się w niej żadnego podstępu. Nie miała powodów, żeby nie wierzyć w szczerość Ulyssesa - jeżeli tak napisał, tak najpewniej było. A gdyby to jej faktycznie wypadło coś niecierpiącego zwłoki (byli dorośli, takie sytuacje niestety również się zdarzały)? Cóż... faktycznie, wysłałaby wiadomość z przeprosinami. I propozycją innego terminu, żeby nie stracić możliwości spędzenia czasu razem. Póki co, ani ona ani on nie zrezygnowali z umówionego spotkania, przez co pomimo wyjątkowo ciężkiego tygodnia, nie traciła pogody ducha i tak zwyczajnie cieszyła się na myśl, że się zobaczą.
Dzień zapowiadał się słonecznie. Mając świadomość, że wybierają się w miejsce, które aż roiło się od mugoli, założyła jasną, schludną sukienkę, która raczej nie wyróżniałaby jej z tłumu. Na umówione miejsce dotarła chwilę przez uzgodnioną godziną, co w jej wypadku było niezwykłym, godnym pochwały wyczynem - przeważnie spóźniała się kilka minut, niezależnie od tego, jak wcześnie wyszła z domu. Nietrudno było dostrzec Ulyssesa, który w idealnie skrojonym garniturze i lśniących, wypastowanych butach, wyróżniał się na tle mugoli, ubranych adekwatnie do panującej pogody. Ani przez moment nie uznała tego za dziwne - Rookwood był dokładnie taki, jak zawsze. Dużo bardziej abstrakcyjnym widokiem byłby Ulek w wydaniu wakacyjnym, ze słomkowym kapeluszem na głowie, we wzorzystej koszuli z krótkim rękawem - wtedy naprawdę zaczęłaby martwić i podejrzewać wystąpienie udaru słonecznego.
Na jej twarzy niemal od razu pojawił się uśmiech. Nadchodziła ze strony przeciwnej od tej, w którą wzrok miał skierowany, a w jej głowie pojawiła się szalona myśl, że aż szkoda byłoby zmarnować taką okazję - z jakiegoś powodu uznała, że przywitanie go poprzez zasłonięcie oczu to genialny pomysł, na który nie wpadł jeszcze nikt.
I już prawie to zrobiła, już miała stanąć na palcach, gdy w głowie pojawiła się druga, sprzeczna z poprzednią myśl. Chwila, stop. To jest Ulysses. Przecież on nie znosił wymuszonego dotyku. A zasłonięcie oczu było wymuszonym dotykiem, wszak nie można było ich odsłonić, dopóki druga osoba nie zgadnie, kto za nią stoi. Ograniczyła zatem się do delikatnego, dwukrotnego pacnięcia w ramię. Ot tak, żeby wrócił do rzeczywistości. Zdarzało mu się czasem odpłynąć myślami, co podobnie do eleganckiego stroju w wolne dni, nie wydawało jej się niczym dziwnym. Taki już był, co tu roztrząsać.
- Cześć Ulli.- odezwała się, posyłając mu dosyć typowy dla siebie uśmiech. - Przepraszam, że musiałeś czekać. Mam nadzieję, że nie stoisz tu bardzo długo? - dodała. Bo to, że był tu długo przed czasem, również było dla niej dosyć oczywiste. Pomimo, że nie posiadała tak imponującej pamięci jak Rookwood, przywiązywała szczególną uwagę do przyzwyczajeń ludzi, z którymi miała do czynienia. Wychodziła z założenia, że gdyby każdy nawet w niewielkim stopniu myślał o innych, świat mógłby być po stokroć lepszym miejscem. - To co, kawa? Nie chcę zabrzmieć jak uzależniona, ale kofeiny nigdy dosyć.