Ciche westchnięcie ogarnęło jej wargi nieprzejednanie, gdy wirowała pośród rozmaitych osób – część była jej doskonale, wręcz sakramencko znana; ci jednak, którzy trafili tu czystym przypadkiem, wiedzionym rychłą zapowiedzią wernisażu, niemniej natrafiali na jej uśmiech, otulający miękko usta. Wczesna pora – jak na podboje tego typu – umilona kieliszkiem czerwonego wina, które obmywało szkliste ścianki naczyń obecnych na stoliku, stanowiła niemy wyjątek. Wiosenna pora doczekała się białych kwiatów wyściełających wejście do galerii – witały w progu, wyglądając nieśmiało, umieszczone na fasadzie budynku. Rozmowy przędzone pośród dusznej obecności ludzkiej nie zawierały w sobie niczego ponad standardową emfazę – bo choć była rozemocjonowana i witała każdego miękkim uśmiechem, nie było w tym nic ponadto.
Czerwona, obcisła sukienka otulała miękko jej sylwetkę, ukazując wydatne obojczyki – kreślące posturę drobną i o wyrazistej niedowadze. Jej wargi uchyliły się ku górze niepewnie, na samo wspomnienie, iż nikt już nie mógł jej powiedzieć, że ubiera się niestosownie; że Leander odszedł w samo zapomnienie. Wyglądała więc okrutnie, parszywie wręcz wyzywająco, nie chybocząc się ani trochę na wysokich obcasach, na których lawirowanie wpisało się w jej codzienną uwerturę.
Czerwieni sukienki dorównywała barwa ust, soczysta i nęcąca, rozlewająca wargi w przyjemnym dla oka uśmiechu, który w gargantuiczny sposób czynił ją przystępną – owianą pogodą ducha, niepodobną do tej bestii, którą więziła w klatce żeber. Bo przecież zdolna była do czynów okrutnych i bestialskich, a gdy wpadała w szał, wszystko się zmieniało; wszystko się rozlewało.
Wtem dostrzegła znane oblicze – zupełnie wybijał się wzrostem, jednak wobec jej miernej miary nie było to niczym zaskakującym i osobliwym. Chwyciła więc jeden z kieliszków wypełnionych rdzawą cieczą i podchodząc do mężczyzny wręczyła mu go w dłoń.
– Murtagh! Niezmiernie miło mi cię widzieć, chociaż może powinnam powiedzieć – dziwnie? Nie spodziewałam się tu ciebie – rzekła, a jej kąciki ust wygięły się ponownie tego wieczoru w urokliwym, filuternym uśmiechu.
– Cieszę się jednak, że cię widzę – zreflektowała się po chwili. Jego obecność nie od dzisiaj ją peszyła; zamilkła na moment, zatapiając się w jego wzroku, aby dopiero po dłużących się sekundach ocknąć się i przenieść ten na jeden z obrazów.