27.03.2023, 22:23 ✶
Obraz, przy którym Murtagh się zatrzymał, przedstawiał zmierzch zachodzący nad Hogsmeade, w majaczącym w oddali gmachem Hogwartu. Pomiędzy budynkami przemykały co jakiś czas niewyraźne, ciemne postacie, zaś okna zapalały się co jakiś czas i gasły. Widać było, że bohaterem obrazu nie była konkretna postać, budynek czy nawet miejsce, a raczej pora dnia – tak zwana złota godzina, kiedy słońce wszystko wokół okrasza ciepłym, migoczącym blaskiem – której piękno najlepiej można było dostrzec, kiedy zostało skontrastowane z cieniami zabudowań magicznego miasteczka.
Mężczyzna znał rodzinne opowieści o tym, że jeszcze sto lat temu, okolica Hogsmeade upstrzona była mniejszymi i większymi wioskami, zamieszkałymi w stu procentach przez czarodziejów. Wtedy widok czarownicy na miotle, sunącej płynnie po niebie, był czymś najzwyklejszym pod słońcem, a w każdym niemal miejscu można było zobaczyć czarodziejów, dumnie praktykujących swoje rzemiosło. W sercu czuł, że właśnie o to walczy u boku Czarnego Pana – o powrót czasów kiedy czarodzieje żyli zgodnie z rytmem Matki, nie niepokojeni przez mugoli, którzy za bardzo bali się magicznej mocy.
Z jego zamyślenia wyrwał go nikt inny jak Loretta.
– Murtagh! Niezmiernie miło mi cię widzieć, chociaż może powinnam powiedzieć – dziwnie? Nie spodziewałam się tu ciebie – powiedziała, wręczając mu kieliszek wina, który on bez oporów przyjął. Co prawda sam preferował mocniejsze, czystsze napoje alkoholowe, ale wolałby zostać spetryfikowany, niż okazać nieuprzejmość swojej gospodyni.
— Cóż, o ile wiem jest to lokal otwarty, ale jeśli należy się wcześniej zapowiedzieć i uzyskać zaproszenie, mogę wyjść. — odparł, zaś na jego ustach pojawił się, ledwie dostrzegalny przez zarost, kąśliwy uśmieszek.
— Cieszę się jednak, że cię widzę. — dodała Loretta, a w odpowiedzi na jej uśmiech i on uśmiechnął się nieco bardziej szczerze. Pociągnął łyk wina z kieliszka, zanim odpowiedział, uświadamiając sobie, że sprawa z którą do niej przyszedł, mogła być dość osobliwa.
— Chciałbym zakupić obraz do swojego biura. — oznajmił, lecz zanim kobieta mogła by coś wtrącić dodał pośpiesznie. — Chodzi mi o wywołanie w odwiedzających mnie petentach dość… Konkretnych emocji.
Wiedział, że właśnie w tym Loretta się specjalizowała. Oczywiście nie był to jedyny, ani nawet najważniejszy powód jego odwiedzin w galerii tego wieczoru, ale od czegoś trzeba było zacząć. Rzucanie się na kobietę nie było w jego stylu. Wolał raczej pozwolić, by sama się do niego przyczołgała, błagając o jego atencję.
Mężczyzna znał rodzinne opowieści o tym, że jeszcze sto lat temu, okolica Hogsmeade upstrzona była mniejszymi i większymi wioskami, zamieszkałymi w stu procentach przez czarodziejów. Wtedy widok czarownicy na miotle, sunącej płynnie po niebie, był czymś najzwyklejszym pod słońcem, a w każdym niemal miejscu można było zobaczyć czarodziejów, dumnie praktykujących swoje rzemiosło. W sercu czuł, że właśnie o to walczy u boku Czarnego Pana – o powrót czasów kiedy czarodzieje żyli zgodnie z rytmem Matki, nie niepokojeni przez mugoli, którzy za bardzo bali się magicznej mocy.
Z jego zamyślenia wyrwał go nikt inny jak Loretta.
– Murtagh! Niezmiernie miło mi cię widzieć, chociaż może powinnam powiedzieć – dziwnie? Nie spodziewałam się tu ciebie – powiedziała, wręczając mu kieliszek wina, który on bez oporów przyjął. Co prawda sam preferował mocniejsze, czystsze napoje alkoholowe, ale wolałby zostać spetryfikowany, niż okazać nieuprzejmość swojej gospodyni.
— Cóż, o ile wiem jest to lokal otwarty, ale jeśli należy się wcześniej zapowiedzieć i uzyskać zaproszenie, mogę wyjść. — odparł, zaś na jego ustach pojawił się, ledwie dostrzegalny przez zarost, kąśliwy uśmieszek.
— Cieszę się jednak, że cię widzę. — dodała Loretta, a w odpowiedzi na jej uśmiech i on uśmiechnął się nieco bardziej szczerze. Pociągnął łyk wina z kieliszka, zanim odpowiedział, uświadamiając sobie, że sprawa z którą do niej przyszedł, mogła być dość osobliwa.
— Chciałbym zakupić obraz do swojego biura. — oznajmił, lecz zanim kobieta mogła by coś wtrącić dodał pośpiesznie. — Chodzi mi o wywołanie w odwiedzających mnie petentach dość… Konkretnych emocji.
Wiedział, że właśnie w tym Loretta się specjalizowała. Oczywiście nie był to jedyny, ani nawet najważniejszy powód jego odwiedzin w galerii tego wieczoru, ale od czegoś trzeba było zacząć. Rzucanie się na kobietę nie było w jego stylu. Wolał raczej pozwolić, by sama się do niego przyczołgała, błagając o jego atencję.