28.03.2023, 00:14 ✶
Za każdym razem kiedy korzystała z kominka, dziękowała w duchu wszystkiemu co wyższe i sprawcze, że nie reagowała na niego z podobną manierą co na zwyczajną teleportację. Kiedy więc tylko razem z Ulą znalazły się w zaciszu jej domu, z dostępem do sieci Fiuu, Mulciber zrobiła dokładnie to, co zapowiedziała na skraju polany, kiedy zostawiały za sobą całe poruszenie i przedziwne światła - jak najszybciej wróciła do domu.
Fakt, że przebyły spory kawałek Kniei i że nikt, kto pojawił się na polanie, zdawał się nie pędzić za tymi, którzy umknęli między drzewa, uspokoił ją tylko trochę. Serce wciąż trzepało się niespokojnie w piersi, a niepokój czaił gdzieś z tyłu głowy, jakby przy obejrzeniu się przez ramię ziemia znowu miała rozbłysnąć niebezpiecznie i zacząć pękać pod stopami.
Kominek Dolohova zabłysnął zielonym, znajomym światłem, a w ślad za nim pojawiła się jego córka. Lyssa zrobiła krok, przy okazji potykając się o własne nogi i prawie kończąc całą przygodę na podłodze. Prawie, bo w ostatnim momencie złapała się za oparcie wolnego krzesła. Powiedzieć, że wyglądała inaczej niż w momencie, kiedy opuszczała dom, było lekkim niedopowiedzeniem. Sama nawet bała spojrzeć się teraz w lustro, podskórnie czując, że wyglądała absolutnie okropnie. Wcześniej ładnie ułożone włosy, teraz znajdowały się w nieładzie. Po tym jak w cieniu lasu jakaś gałąź przeczesała jej głowę, musiała wybrać parę liści, a i tak miała wrażenie, że to nie były wszystkie. Oczy wciąż miała nieco opuchnięte od płaczu i w myślach modliła się, by łzy przypadkiem nie zostawiły na jej policzkach zbyt wyraźnych śladów. Dłonie zwyczajnie miała brudne od leśnej przeprawy. W swojej głowie wyglądała dokładnie tak, jak nie powinna i wszystkie swoje ewentualne niedoskonałości wyolbrzymiała.
Przetoczyła niezadowolonym spojrzeniem po pokoju, omiatając nim książki, korkową tablicę i zapisane na niej kartki, a na koniec i dwoje mężczyzn. Spojrzenie to jednak, wyraźnie kryło w sobie coś jeszcze. Strach. Wciąż trochę żywy, przykrywający rozczarowanie złamanego serca. Widząc ten ich spokój, coś w niej zbuntowało się, wybierając dość nieprzyjemną ścieżkę dla upuszczenia emocji.
- To wasza wina - rzuciła oskarżycielsko, zaciskając mocniej palce na oparciu krzesła, które wciąż trzymała. - To wszystko wasza wina! - a potem się rozpłakała.
Fakt, że przebyły spory kawałek Kniei i że nikt, kto pojawił się na polanie, zdawał się nie pędzić za tymi, którzy umknęli między drzewa, uspokoił ją tylko trochę. Serce wciąż trzepało się niespokojnie w piersi, a niepokój czaił gdzieś z tyłu głowy, jakby przy obejrzeniu się przez ramię ziemia znowu miała rozbłysnąć niebezpiecznie i zacząć pękać pod stopami.
Kominek Dolohova zabłysnął zielonym, znajomym światłem, a w ślad za nim pojawiła się jego córka. Lyssa zrobiła krok, przy okazji potykając się o własne nogi i prawie kończąc całą przygodę na podłodze. Prawie, bo w ostatnim momencie złapała się za oparcie wolnego krzesła. Powiedzieć, że wyglądała inaczej niż w momencie, kiedy opuszczała dom, było lekkim niedopowiedzeniem. Sama nawet bała spojrzeć się teraz w lustro, podskórnie czując, że wyglądała absolutnie okropnie. Wcześniej ładnie ułożone włosy, teraz znajdowały się w nieładzie. Po tym jak w cieniu lasu jakaś gałąź przeczesała jej głowę, musiała wybrać parę liści, a i tak miała wrażenie, że to nie były wszystkie. Oczy wciąż miała nieco opuchnięte od płaczu i w myślach modliła się, by łzy przypadkiem nie zostawiły na jej policzkach zbyt wyraźnych śladów. Dłonie zwyczajnie miała brudne od leśnej przeprawy. W swojej głowie wyglądała dokładnie tak, jak nie powinna i wszystkie swoje ewentualne niedoskonałości wyolbrzymiała.
Przetoczyła niezadowolonym spojrzeniem po pokoju, omiatając nim książki, korkową tablicę i zapisane na niej kartki, a na koniec i dwoje mężczyzn. Spojrzenie to jednak, wyraźnie kryło w sobie coś jeszcze. Strach. Wciąż trochę żywy, przykrywający rozczarowanie złamanego serca. Widząc ten ich spokój, coś w niej zbuntowało się, wybierając dość nieprzyjemną ścieżkę dla upuszczenia emocji.
- To wasza wina - rzuciła oskarżycielsko, zaciskając mocniej palce na oparciu krzesła, które wciąż trzymała. - To wszystko wasza wina! - a potem się rozpłakała.
la douleur exquise
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.