28.03.2023, 10:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.03.2023, 10:34 przez Cathal Shafiq.)
Ślad wiódł poza posiadłość. Na całe szczęście, nie ku wiosce, pełnej czarodziei, ale w której też tu i ówdzie zamieszkiwali przecież (przynajmniej kiedyś: teraz Cathal nie mógł być tego pewny) mugole, a ku lasom, okalającym miejscowość. Dobrze, bo łowienie olbrzymiego gada pomiędzy zabudowaniami na pewno nie byłoby łatwe.
Gady to chyba twoja specjalność, szepnął w myślach ku Slytherinowi, chociaż zwykle tak mocno unikał zwracania się ku niemu. To Salazar przemawiał pierwszy: najczęściej ganiąc go albo podszeptując, nawołując, najchętniej w tych chwilach, gdy wyczuwał słabość, doszukiwał się jakiejś uchylonej furtki, wywołanej zmęczeniem, żałobą, czy wściekłością…
I teraz w jego głowie w odpowiedzi rozbrzmiał nie głos, a syk. Syczenie, które umysł Cathala, oczywiście, od razu zapamiętał, a cichy szept Salazara niósł ze sobą też jego znaczenie.
„Do domu, już”.
Doskonale, wiedział, jak przekonać gada do powrotu. Jego struny głosowe niejako otrzymywały możliwość syczenia w pakiecie. Bardzo szkoda, że nie miał pojęcia, jak węża znaleźć.
Cathal zszedł ze wzgórza. Zbliżał się już do lasu, rośliny sięgały mu za kostki, i nie potrafił już znaleźć tropu węża – nie był w końcu łowczym. Ale w oddali dostrzegł kobietę, bardzo trudną do przegapienia ze względu na swój wzrost.
Sama Geraldine zaś…
Tak, mogła dostrzec, co doprowadziło do szału jej psa. Pośród trawy i chwastów, które wraz z wiosną zaczęły się plenić po okolicy, raz, drugi, trzeci, mignęło jej srebrzyste cielsko. Nie mogło należeć do zwykłego węża, ani nawet do żadnego gatunku, który naturalnie występował w Wielkiej Brytanii. Był na to zbyt duży. Gad znikł jej z oczu, ale rośliny poruszyły się, zwiastując, że wciąż jest w pobliżu… może uznał psa za łatwą ofiarę? Uszu kobiety dobiegł syk, ledwo słyszalny – gdyby Pierdoła nie szczekał, pewnie jako łowczyni łatwo na podstawie dźwięków namierzyłaby, gdzie jest stworzenie, ale hałas czyniony przez psa to utrudniał – a chwilę później kroki kogoś, na tyle ciężkiego, że raczej nie skradał się najlepiej.
Po prawdzie Cathal nawet nie próbował tego robić.
(rzut na charyzmę, gadanie ze Slytherinem w sprawie węża)
Gady to chyba twoja specjalność, szepnął w myślach ku Slytherinowi, chociaż zwykle tak mocno unikał zwracania się ku niemu. To Salazar przemawiał pierwszy: najczęściej ganiąc go albo podszeptując, nawołując, najchętniej w tych chwilach, gdy wyczuwał słabość, doszukiwał się jakiejś uchylonej furtki, wywołanej zmęczeniem, żałobą, czy wściekłością…
I teraz w jego głowie w odpowiedzi rozbrzmiał nie głos, a syk. Syczenie, które umysł Cathala, oczywiście, od razu zapamiętał, a cichy szept Salazara niósł ze sobą też jego znaczenie.
„Do domu, już”.
Doskonale, wiedział, jak przekonać gada do powrotu. Jego struny głosowe niejako otrzymywały możliwość syczenia w pakiecie. Bardzo szkoda, że nie miał pojęcia, jak węża znaleźć.
Cathal zszedł ze wzgórza. Zbliżał się już do lasu, rośliny sięgały mu za kostki, i nie potrafił już znaleźć tropu węża – nie był w końcu łowczym. Ale w oddali dostrzegł kobietę, bardzo trudną do przegapienia ze względu na swój wzrost.
Sama Geraldine zaś…
Tak, mogła dostrzec, co doprowadziło do szału jej psa. Pośród trawy i chwastów, które wraz z wiosną zaczęły się plenić po okolicy, raz, drugi, trzeci, mignęło jej srebrzyste cielsko. Nie mogło należeć do zwykłego węża, ani nawet do żadnego gatunku, który naturalnie występował w Wielkiej Brytanii. Był na to zbyt duży. Gad znikł jej z oczu, ale rośliny poruszyły się, zwiastując, że wciąż jest w pobliżu… może uznał psa za łatwą ofiarę? Uszu kobiety dobiegł syk, ledwo słyszalny – gdyby Pierdoła nie szczekał, pewnie jako łowczyni łatwo na podstawie dźwięków namierzyłaby, gdzie jest stworzenie, ale hałas czyniony przez psa to utrudniał – a chwilę później kroki kogoś, na tyle ciężkiego, że raczej nie skradał się najlepiej.
Po prawdzie Cathal nawet nie próbował tego robić.
(rzut na charyzmę, gadanie ze Slytherinem w sprawie węża)
Rzut N 1d100 - 73
Sukces!
Sukces!