— Tak, tak, będziesz mogła — odpowiedziałam. Ariel, jak każdy czarodziej miał kominek podłączony do sieci Fiuu. Lyssa będzie mogła komfortowo wrócić do bezpiecznego domu i do swojej rodziny... czy tam kogokolwiek, z kim mieszkała...
Nie oglądałam się za siebie, nie mogłam. Czasem potknęłam się o mech czy wystający korzeń, ale nie na tyle, by upaść. Nie mogłam być przy polanie, absolutnie nie. Znałam drogę do domu, chociaż panika i mrok wydłużyły ją najprawdopodobniej. Ale udało się.
Wbiegłam do sieni wraz Lyssą, zakluczyłam za sobą drzwi i zasłoniłam firanki.
— Ariel!? — krzyknęłam w głąb chaty, ale odpowiedziała mi głucha cisza. — Jesteśmy same... Herbaty? Coś do jedzenia? Mam jakieś ciastka, zaraz ci dam ciastka, zapraszam, usiądź sobie...
Zaprowadziłam Lyssę do przytulnego saloniku, po czym wykonałam obchód zasłaniania okien. Mało prawdopodobne, żeby ktoś nas gonił, nawet gdyby to moje działania niczego nie wskórają, ale uspokajało mnie to. Dawało poczucie ochrony. Zabezpieczało przed widokiem z zewnątrz. Przed ewentualnymi widokami...
Wstawiłam wodę na herbatę. I zerknęłam pod firankę. Mimo wszystko, trzeba obserwować sytuację.
Chodziłam od kuchni do salonu bardziej nerwowo niż sądziłam. Nie odczułam też łez zaschniętych na mojej twarzy, których strumyki rozmyły malunek liści pozostawiając brzydkie smugi z prześwitującą czerwienią policzków.