29.03.2023, 19:19 ✶
Dziecko ciągle płakało, a gdzieś przez głowę Mackenzie przeszła nieładna myśl, że gdyby nie trzymała kota – bardzo z faktu trzymania niezadowolonego i wyrywającego się jej z wielkim zapałem – to chyba wyciągnęłaby różdżkę i spróbowała rzucić na małą silenco. Hałas zwykle jej nie przeszkadzał. Krzyki na stadionach, świst powietrza w uszach, muzyka w barach, to wszystko nie było obce Mackenzie. A jednak, z jakichś powodów, wrzaski małej zdawały się dużo bardziej irytujące.
- To na pewno twój kot? – spytała podejrzliwie, kiedy dziecko, teraz już nie zapłakane, a roześmiane, podbiegło do niej i wyciągnęło ręce, a kot zaczął walczyć z uściskiem Mackenzie jeszcze intensywniej i w dodatku miauczeć w niebogłosy. Wyglądało na to, że ramiona małej są ostatnim miejscem, w którym miałby ochotę się znaleźć.
- Pan Mruczkens jest móóój! – zapewniło dziecko, na co Greengrass wzruszyła ramionami i podała kota dziewczynce. Ten, oczywiście, zaczął się wyrywać bardzo intensywnie. Dzieciak miał już chyba pewną wprawę w trzymaniu tego kota, bo próby unieruchamiania szły małej całkiem nieźle… ale nie była też dorosła, więc dość szybko zapiszczała, kiedy pazury przeorały ją po policzku. Z kotem w ramionach prędko ruszyła do wyjścia z zaułka, może chcąc skorzystać z ich rady i zabrać zwierzaka do domu.
Greengrass odprowadziła małą spojrzeniem. Sądząc po tym, że kot wyglądał na kłębek wściekłości, zdecydowany odzyskać wolność, Mackenzie obstawiała, że najdalej za pięć minut dziecko będzie prosić kolejnych, nieszczęsnych dorosłych, aby złapali jej pupila, który ucieknie na dużą wysokość.
Wciąż siedziała na miotle, unoszącej się teraz tuż nad ziemią, tak, że czubki butów dziewczyny muskały bruk. Wzrok przeniosła na Delliana dopiero, gdy się do niej odezwał.
- Nie brzmiałam dobrze. A kazałeś mi łapać kota – mruknęła, chociaż przytyk tak naprawdę nie był wywołany urazą o to, a tym że zwyczajnie – było jej wstyd, że została przyłapana na wymiotowaniu pod ścianą. Wolałaby, aby udawał, że nic nie zauważył. Przez moment nawet miała nadzieję, że to faktycznie umknęło jego uwadze. Właśnie dlatego tak nienawidziła się teleportować. Nawet w ciemnym zaułku nie mogłeś być pewny, że ktoś się nie napatoczy. – Nic mi nie jest – powiedziała i chciała nawet dodać, żeby udawać, że nic nie widział. Na całe szczęście, w ostatniej chwili sobie przypomniała, że w gruncie rzeczy naprawdę nic nie widział. – Nie wiedziałam, że Brygadziści naprawdę łapią zagubione koty.
- To na pewno twój kot? – spytała podejrzliwie, kiedy dziecko, teraz już nie zapłakane, a roześmiane, podbiegło do niej i wyciągnęło ręce, a kot zaczął walczyć z uściskiem Mackenzie jeszcze intensywniej i w dodatku miauczeć w niebogłosy. Wyglądało na to, że ramiona małej są ostatnim miejscem, w którym miałby ochotę się znaleźć.
- Pan Mruczkens jest móóój! – zapewniło dziecko, na co Greengrass wzruszyła ramionami i podała kota dziewczynce. Ten, oczywiście, zaczął się wyrywać bardzo intensywnie. Dzieciak miał już chyba pewną wprawę w trzymaniu tego kota, bo próby unieruchamiania szły małej całkiem nieźle… ale nie była też dorosła, więc dość szybko zapiszczała, kiedy pazury przeorały ją po policzku. Z kotem w ramionach prędko ruszyła do wyjścia z zaułka, może chcąc skorzystać z ich rady i zabrać zwierzaka do domu.
Greengrass odprowadziła małą spojrzeniem. Sądząc po tym, że kot wyglądał na kłębek wściekłości, zdecydowany odzyskać wolność, Mackenzie obstawiała, że najdalej za pięć minut dziecko będzie prosić kolejnych, nieszczęsnych dorosłych, aby złapali jej pupila, który ucieknie na dużą wysokość.
Wciąż siedziała na miotle, unoszącej się teraz tuż nad ziemią, tak, że czubki butów dziewczyny muskały bruk. Wzrok przeniosła na Delliana dopiero, gdy się do niej odezwał.
- Nie brzmiałam dobrze. A kazałeś mi łapać kota – mruknęła, chociaż przytyk tak naprawdę nie był wywołany urazą o to, a tym że zwyczajnie – było jej wstyd, że została przyłapana na wymiotowaniu pod ścianą. Wolałaby, aby udawał, że nic nie zauważył. Przez moment nawet miała nadzieję, że to faktycznie umknęło jego uwadze. Właśnie dlatego tak nienawidziła się teleportować. Nawet w ciemnym zaułku nie mogłeś być pewny, że ktoś się nie napatoczy. – Nic mi nie jest – powiedziała i chciała nawet dodać, żeby udawać, że nic nie widział. Na całe szczęście, w ostatniej chwili sobie przypomniała, że w gruncie rzeczy naprawdę nic nie widział. – Nie wiedziałam, że Brygadziści naprawdę łapią zagubione koty.