Zniknięcie w tłumie spanikowanych ludzi nie należało do zadań wybitnie trudnych; pozostawiła po sobie raptem cień, aby należycie przygotować się do tego, co miało być nieuchronne, a które pojawiło się wraz z charakterystycznym pieczeniem przedramienia. Znak zajął się czernią, podobnie jak jej spowita szatą sylwetka. Maska dopełniła całości – plan był jasny i klarowny, a jej znalezienie się na samym brzegu polany, opodal dróg ewakuacyjnych, działo się zgodnie z wypełnieniem wytycznych, które otrzymała. Skinęła głową w kierunku towarzysza, miękki uśmiech rozlewając na wargach – uśmiech, który był niebywale okrutny i drapieżny w swej krasie, a niewidzialny za solidną barierą maski.
Oczekiwania wobec jej osoby były jasne; nie było miejsca na pomyłki, nie było miejsca na błędy żadnego rodzaju – przystąpiła do realizacji celów z umysłem świeżym, skalanym niejaką ekscytacją. Uniosła dłonie, w jednej trzymając różdżkę i machnęła nią. Urok, który niewerbalnie usiłowała stworzyć, miał wpłynąć na postrzeganie przez znajdujących się nieopodal przeciwników rzeczywistości – jeśli poszedł zgodnie z myślą, sylwetki jej i Sauriela miały migotać niepewnie w oczach, rozmywać się i na wszelki sposób oszukiwać zmysł wzroku, co miało na celu utrudnienie jakiejkolwiek ofensywy w ich kierunku.
Slaby sukces...
Drugi urok, który popłynął niewerbalnie z jej dłoni, miał skłonić przeciwników poprzez zabawę iluzją i meandrami ich umysłów ku zwróceniu się przeciwko sobie. Zasiewała drobne ziarno wątpliwości w myślach, które zaczynały przechodzić na różne tory – niekoniecznie słuszne, jednak dla nich, jeśli zaklęcie się udało, pewne podszepty obracały ich przeciwko sobie. Nagłe spostrzeżenie, iż to sojusznik jest faktycznym wrogiem – bawiła się ich umysłami.
Sukces!