30.03.2023, 15:57 ✶
Rudowłosa dziewczyna wyjęła z szafki dwa kubki - jeden z nich miał uszczerbaną porcelanę na brzegu, drugi stracił bardzo dawno temu uszko. Teraz każde z nich mogło łatwo je naprawić, ale wtedy byli jeszcze dziećmi i magia wciąż była poza zasięgiem ich rąk. Zaś ojciec… No tak, pan Carrow raczej nie należał do osób, które zaprzątały sobie głowę takimi drobnostkami. Następnie Jackie zajrzała do paleniska kuchni, dorzuciła do środa dwie szczapy drewna z niewielkiej kupki leżącej pod kuchnią, i machnęła różdżką, rozpalając ogień. Do emaliowanego imbryka nalała zimnej wody i postawiła go na kuchni.
Cieszyła się z tych prostych rzeczy, którymi mogła zająć ręce, bo pozwalały jej uspokoić myśli, które jak zwykle, kiedy musiała wysłowić się w odpowiedni sposób, skakały po jej głowie niczym ogniki, które pełgały po szczapach drewna w palenisku.
Jak mogła powiedzieć bratu, że być może już niedługo będą musieli się rozstać? Jak mogła odbierać mu nadzieję na wyleczenie jej, którą Samuel wciąż uparcie żywił? Co więcej, do tej pory nie rozmawiała o tym z nikim - Jackie nie była przesądna, ale czuła, że ubranie w słowa jej myśli w jakiś sposób doda im realizmu, uczyni je nieodwracalnymi.
— Przemiany są coraz częstsze. — oznajmiła w końcu, wciąż stojąc tyłem do Sama. Zacisnęła dłonie na brzegu blatu kuchennego, aż zbielały jej kłykcie. — W ciągu ostatniego miesiąca zmieniłam się trzy razy. W poprzednim dwa. A jeszcze w zeszłym roku o tej porze nie miałam ani jednej wpadki przez dwa miesiące. — nie wiedziała, jak inaczej ubrać to w słowa, niż tylko przedstawić mu suche fakty. Bała się odwrócić i spojrzeć na niego. Bała się tego, co mogła zobaczyć w jego oczach. Czy się bał? Czy zobaczyłaby ból, zwątpienie, a może gniew? Problem polegał na tym, że jej choroba nie była jak Stanley Borgin, któremu Sam mógł przylać w mordę, kiedy ten za bardzo jej się napraszał. Klątwa maledictusa była jak morze, które z każdą falą przypływu podmywało cząstkę stałego lądu, odbierając Jackie to kim była i to kim mogłaby zostać w przyszłości.
— Chciałam się z tobą zobaczyć, bo… Nie wiem czy kolejne Beltane będę mogła spędzić z tobą. — dodała w końcu, lekko zdławionym głosem, odwracając się w końcu przodem do Sama, gotowa zmierzyć się z jego emocjami.
Cieszyła się z tych prostych rzeczy, którymi mogła zająć ręce, bo pozwalały jej uspokoić myśli, które jak zwykle, kiedy musiała wysłowić się w odpowiedni sposób, skakały po jej głowie niczym ogniki, które pełgały po szczapach drewna w palenisku.
Jak mogła powiedzieć bratu, że być może już niedługo będą musieli się rozstać? Jak mogła odbierać mu nadzieję na wyleczenie jej, którą Samuel wciąż uparcie żywił? Co więcej, do tej pory nie rozmawiała o tym z nikim - Jackie nie była przesądna, ale czuła, że ubranie w słowa jej myśli w jakiś sposób doda im realizmu, uczyni je nieodwracalnymi.
— Przemiany są coraz częstsze. — oznajmiła w końcu, wciąż stojąc tyłem do Sama. Zacisnęła dłonie na brzegu blatu kuchennego, aż zbielały jej kłykcie. — W ciągu ostatniego miesiąca zmieniłam się trzy razy. W poprzednim dwa. A jeszcze w zeszłym roku o tej porze nie miałam ani jednej wpadki przez dwa miesiące. — nie wiedziała, jak inaczej ubrać to w słowa, niż tylko przedstawić mu suche fakty. Bała się odwrócić i spojrzeć na niego. Bała się tego, co mogła zobaczyć w jego oczach. Czy się bał? Czy zobaczyłaby ból, zwątpienie, a może gniew? Problem polegał na tym, że jej choroba nie była jak Stanley Borgin, któremu Sam mógł przylać w mordę, kiedy ten za bardzo jej się napraszał. Klątwa maledictusa była jak morze, które z każdą falą przypływu podmywało cząstkę stałego lądu, odbierając Jackie to kim była i to kim mogłaby zostać w przyszłości.
— Chciałam się z tobą zobaczyć, bo… Nie wiem czy kolejne Beltane będę mogła spędzić z tobą. — dodała w końcu, lekko zdławionym głosem, odwracając się w końcu przodem do Sama, gotowa zmierzyć się z jego emocjami.