31.03.2023, 18:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.03.2023, 21:09 przez Florence Bulstrode.)
Florence nie przepadała za wezwaniami poza Munga. Po pierwsze, wolała unikać teleportacji, w której nigdy nie była asem – rozszczepienie na VII roku w Hogwarcie skutecznie ją zniechęciło. Po drugie, w czasie potrzebnym na transport, mogła zająć się większą ilością pacjentów. Po trzecie wreszcie, preferowała pracę w sterylnych warunkach szpitala niż gdzieś na ulicy czy w środku lasu.
Skoro jednak przyszło pilne wezwanie i padły hasła takie jak „czarna magia”, „aurorzy na służbie” i „Bulstrode, twoja kolej”, Florence nie mogła protestować (i nawet nie przyszło jej to do głowy). Zabrała torbę uzdrowiciela i za pomocą Sieci Fiuu dostała się na Pokątną. Już wędrując w stronę, w której spodziewała się znaleźć rannych, machnęła różdżką, oczyszczając szatę magomedyczki z sadzy.
Przystanęła, kiedy dotarła na miejsce. Baczne spojrzenie jasnych oczu przesunęło się najpierw po Dawlishu, potem po Chesterze. Zmarszczyła lekko brwi, bo spodziewała się, że znajdzie kogoś w znacznie gorszym stanie, uniemożliwiającym transport do Munga, skoro już kazano się jej fatygować osobiście.
- Żadnych oderwanych kończyn? Cóż za rozczarowanie – powiedziała, ruszając ku Dawlishowi, który zdawał się być w gorszym stanie, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Jednego, bo drugie mu chyba nie działało. Nie była stu procentowo pewna, widziała je tylko przez moment, kiedy przestał przyciskać dłoń do twarzy. – Florence Bulstrode, uzdrowicielka. Proszę opuścić ręce.
Przedstawiła się raczej pro forma z prawdziwej potrzeby. Wciąż miała na sobie paskudną, uzdrowicielską szatę – żółto – zieloną, z emblematem munga, skrzyżowanymi różdżką i kością. Na ulicy Pokątnej wyróżniała się przez to już z daleka. Raczej łatwo było się domyśleć, że ma się do czynienia z magomedykiem. Od innych uzdrowicieli odróżniało ją co najwyżej to, że szata była idealnie czysta, idealnie wyprasowana, buty wystające spod niej wręcz błyszczały, a z ciasnego kucyka nie ośmielił się wydostać choćby jeden kosmyk.
Przykucnęła przy Dawlishu, który uparcie przyciskał dłonie do oka i skroni, nawet po jej instrukcjach. Zamiotła przy tym szatą ziemię, co wcale jej nie cieszyło, ale praca medyka wymagała czasem poświęceń. Torbę jednak zawiesiła za pomocą zaklęcia pół metra nad glebą, ani myśląc kłaść jej na bruku.
- Będzie pan łaskaw pozwolić się zbadać? Chyba że marzy pan o noszeniu gustownej, pirackiej opaski? Jeśli tak, nie trzeba było mnie fatygować – mruknęła, wyciągając dłoń, w próbie odciągnięcia ręki od oka. Nie tylko nie mogła go obejrzeć, ale też zaleczyć krwawienia, kiedy przyciskał do rany chusteczkę. – Piękny przypadek czarnej magii. Boli panów coś poza tym, co od razu widać po tych plamach krwi? – dopytywała. Machnęła różdżką, używając na Davlishu zaklęcia skanującego. Chciała się upewnić, czy jakieś paskudne zaklęcie nie zostawiło niewidocznych śladów, i właśnie go nie zabijało, oraz czy utrata wzroku jest skutkiem tej klątwy, która przyszła jej na myśl jako pierwsza.
Skoro jednak przyszło pilne wezwanie i padły hasła takie jak „czarna magia”, „aurorzy na służbie” i „Bulstrode, twoja kolej”, Florence nie mogła protestować (i nawet nie przyszło jej to do głowy). Zabrała torbę uzdrowiciela i za pomocą Sieci Fiuu dostała się na Pokątną. Już wędrując w stronę, w której spodziewała się znaleźć rannych, machnęła różdżką, oczyszczając szatę magomedyczki z sadzy.
Przystanęła, kiedy dotarła na miejsce. Baczne spojrzenie jasnych oczu przesunęło się najpierw po Dawlishu, potem po Chesterze. Zmarszczyła lekko brwi, bo spodziewała się, że znajdzie kogoś w znacznie gorszym stanie, uniemożliwiającym transport do Munga, skoro już kazano się jej fatygować osobiście.
- Żadnych oderwanych kończyn? Cóż za rozczarowanie – powiedziała, ruszając ku Dawlishowi, który zdawał się być w gorszym stanie, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Jednego, bo drugie mu chyba nie działało. Nie była stu procentowo pewna, widziała je tylko przez moment, kiedy przestał przyciskać dłoń do twarzy. – Florence Bulstrode, uzdrowicielka. Proszę opuścić ręce.
Przedstawiła się raczej pro forma z prawdziwej potrzeby. Wciąż miała na sobie paskudną, uzdrowicielską szatę – żółto – zieloną, z emblematem munga, skrzyżowanymi różdżką i kością. Na ulicy Pokątnej wyróżniała się przez to już z daleka. Raczej łatwo było się domyśleć, że ma się do czynienia z magomedykiem. Od innych uzdrowicieli odróżniało ją co najwyżej to, że szata była idealnie czysta, idealnie wyprasowana, buty wystające spod niej wręcz błyszczały, a z ciasnego kucyka nie ośmielił się wydostać choćby jeden kosmyk.
Przykucnęła przy Dawlishu, który uparcie przyciskał dłonie do oka i skroni, nawet po jej instrukcjach. Zamiotła przy tym szatą ziemię, co wcale jej nie cieszyło, ale praca medyka wymagała czasem poświęceń. Torbę jednak zawiesiła za pomocą zaklęcia pół metra nad glebą, ani myśląc kłaść jej na bruku.
- Będzie pan łaskaw pozwolić się zbadać? Chyba że marzy pan o noszeniu gustownej, pirackiej opaski? Jeśli tak, nie trzeba było mnie fatygować – mruknęła, wyciągając dłoń, w próbie odciągnięcia ręki od oka. Nie tylko nie mogła go obejrzeć, ale też zaleczyć krwawienia, kiedy przyciskał do rany chusteczkę. – Piękny przypadek czarnej magii. Boli panów coś poza tym, co od razu widać po tych plamach krwi? – dopytywała. Machnęła różdżką, używając na Davlishu zaklęcia skanującego. Chciała się upewnić, czy jakieś paskudne zaklęcie nie zostawiło niewidocznych śladów, i właśnie go nie zabijało, oraz czy utrata wzroku jest skutkiem tej klątwy, która przyszła jej na myśl jako pierwsza.