Rozstanie się z panią Longbottom było bolesne. Przez moment na wyciągnięcie ręki - taka gwiazda, taki ideał, taka elokwencja, gracja i dusza artystki - a później... już nie! Faye wyślizgnęła jej się z rąk tak szybko, że poza pięknym wspomnieniem jej idealnej twarzy, poza rozszalałym sercem i wypiekami na twarzy, nie pozostawiła Macmillan nic. Wszystko musiało mieć swój koniec, nawet takie spotkania, a jednak w Sarze coś zadrżało i nie potrafiła się z tym pogodzić. Takie okazje zdarzają się tak rzadko, dlaczego więc ich kres przychodził tak szybko? Nigdy jej już pewnie nie spotka. To było dziwne, że pojawiła się tutaj sama, bez nikogo. Zabierający ją stąd Longbottom sprawił, że kapłanka poczuła ulgę - krewny zapewniał jej w końcu bezpieczeństwo, ale...
Chciała z nią porozmawiać. Tak po prostu. Zamienić z nią więcej słów, pochwalić ją za ostatni występ, napawać się każdym jej ruchem i przyznać, że kiedy tylko widzi ją na scenie, w brzuchu zaczynają tańczyć motyle.
Była piękna...
Jeszcze piękniejsza niż zawsze, kiedy widziała ją na scenie.
Zapiszę to sobie w sercu już na zawsze... Ten ślepy los, który ją tu przywiał, jest dla mnie niczym mrugająca z nieba gwiazda...
Może to i dar od samej Matki, żeby rozweselić moją buzię?
Ale nie rozweselił jej do końca. Macmillan zwróciła bowiem smętnym wyrazem twarzy uwagę jednego z bawiących się tutaj czarodziejów. Szybko i chaotycznie otarła czoło, a potem splotła dłonie z tyłu, za swoimi plecami. Faktycznie dało się w niej wyczuć pewien smutek, żal, ale nie było to wrażenie głębokie. Uznała więc, że Trevor musiał być uważnym obserwatorem. Jednym z tych, przed którymi nie wypada kłamać. Ona się jednak na to odważyła.
- Bo zajmuję się stoiskiem - rzekła, obdarowując go niewinnym uśmiechem. Niewinnym, ale nie dziecinnym. Widać było od razu, że nie była już dzieckiem. Pewna eteryczność zawarta w jej wyglądzie i gestach niejako zakazywała myśleć o niej tak, jakby była po prostu człowiekiem. Macmillan była trochę jak duch, jak inny byt - przez szarość tęczówek, przez postępującą chorobę, przez brak barwnika w skórze i włosach. - Ploszę się częstować, szlachetny panie. Jakże pan spostszegawczy... Pszygotowałam te dania w myśl tego, coby nakalmić świętujących plonami Matki, ale bez kalania jej dzieci przedwczesną śmielcią. Jeśli pan nie plóbował wcześniej wylobów pozbawionych cielpienia, ploszę niech pan się delektuje i nimi i myślą, iż nie przyszło w imię tych smakołyków zginąć nikomu plócz zeblanego na jesień zboża.
Odstawiła kadzielnicę na bok, w niezgrabny sposób, zdradzający przy tym dlaczego to akurat ona zajmowała się żywnością, a nie jej wprawione w tańcu kuzynki.
Nie lubiła kłamać i przychodziło jej to z trudem. Gula w gardle była duża i ciężka, ale... Miałaby powiedzieć prawdę? O tym, że wbrew temu co myślał - owszem miała grację godną „buchorożca w składzie porcelany”, a własna matka zakazała jej udziału w oficjalnych występach po tym, jak kilkakrotnie je zrujnowała i nad Polaną Ognisk wzniosła się burza?
Chciała z nią porozmawiać. Tak po prostu. Zamienić z nią więcej słów, pochwalić ją za ostatni występ, napawać się każdym jej ruchem i przyznać, że kiedy tylko widzi ją na scenie, w brzuchu zaczynają tańczyć motyle.
Była piękna...
Jeszcze piękniejsza niż zawsze, kiedy widziała ją na scenie.
Zapiszę to sobie w sercu już na zawsze... Ten ślepy los, który ją tu przywiał, jest dla mnie niczym mrugająca z nieba gwiazda...
Może to i dar od samej Matki, żeby rozweselić moją buzię?
Ale nie rozweselił jej do końca. Macmillan zwróciła bowiem smętnym wyrazem twarzy uwagę jednego z bawiących się tutaj czarodziejów. Szybko i chaotycznie otarła czoło, a potem splotła dłonie z tyłu, za swoimi plecami. Faktycznie dało się w niej wyczuć pewien smutek, żal, ale nie było to wrażenie głębokie. Uznała więc, że Trevor musiał być uważnym obserwatorem. Jednym z tych, przed którymi nie wypada kłamać. Ona się jednak na to odważyła.
- Bo zajmuję się stoiskiem - rzekła, obdarowując go niewinnym uśmiechem. Niewinnym, ale nie dziecinnym. Widać było od razu, że nie była już dzieckiem. Pewna eteryczność zawarta w jej wyglądzie i gestach niejako zakazywała myśleć o niej tak, jakby była po prostu człowiekiem. Macmillan była trochę jak duch, jak inny byt - przez szarość tęczówek, przez postępującą chorobę, przez brak barwnika w skórze i włosach. - Ploszę się częstować, szlachetny panie. Jakże pan spostszegawczy... Pszygotowałam te dania w myśl tego, coby nakalmić świętujących plonami Matki, ale bez kalania jej dzieci przedwczesną śmielcią. Jeśli pan nie plóbował wcześniej wylobów pozbawionych cielpienia, ploszę niech pan się delektuje i nimi i myślą, iż nie przyszło w imię tych smakołyków zginąć nikomu plócz zeblanego na jesień zboża.
Odstawiła kadzielnicę na bok, w niezgrabny sposób, zdradzający przy tym dlaczego to akurat ona zajmowała się żywnością, a nie jej wprawione w tańcu kuzynki.
Nie lubiła kłamać i przychodziło jej to z trudem. Gula w gardle była duża i ciężka, ale... Miałaby powiedzieć prawdę? O tym, że wbrew temu co myślał - owszem miała grację godną „buchorożca w składzie porcelany”, a własna matka zakazała jej udziału w oficjalnych występach po tym, jak kilkakrotnie je zrujnowała i nad Polaną Ognisk wzniosła się burza?
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.