Dziwna sprawa, ale jakoś Victoria od zawsze uważała, że Sauriel jednak używa mózgu i myśli częściej niż raz na jakiś czas. Ba, wręcz uważała, że myśli prawie cały czas! Może dlatego tak się czasami na niego denerwowała, że sprawia jej przykrość; z różnego powodu. Bo sprawiał. Co jakiś czas. Na początku częściej i uważała, że wtedy robił to całkowicie celowo. Teraz rzadziej, ale się zdarzało… Ostatnio znowu było większe natężenie. Najpierw na tym cholernym cmentarzu, potem w trakcie ich małej wycieczki krajoznawczej… A najgorsze było to, że powód, dla którego taką jej to sprawiało przykrość, kompletnie jej uwłaczał i nie dość, że złościła się na Sauriela, to jeszcze na siebie.
Ale wiedziała też, że tak złość jest absurdalna i do niczego nie prowadzi. I właśnie dlatego uznała, że będzie tą mądrzejszą, bo jakoś nie liczyła, że Sauriel się zreflektuje i przeprosi za swoje chujowe zachowanie, w którym zobaczyła ich wspólną przyszłość i poczuła jakiś taki ból w klatce piersiowej i smutek, że musi w ogóle na to patrzeć, i jakie to jest kurwa niesprawiedliwe. Miała też takie niejasne wrażenie, że Sauriel nawet nie zauważył, że robił coś źle, albo po prostu coś, czego może nie powinien, albo po prostu nie wypada przy tej jednej osobie… Wiedziała za to, że sama zachowała się dziecinnie, nie odzywając się do niego prawie i po powrocie do Londynu teleportując się w ogóle bez słowa pożegnania. I chociaż była na niego zła, i było jej najzwyczajniej smutno, chciała się chociaż częściowo wytłumaczyć. Żeby chociaż… Wyjaśnić czemu tak dziwacznie zachowywała się w tym cholernym powozie – co też wcale pozytywnie nie wpływało na to, by chciała w ogóle z nim gadać i mu mówić, że jest beznadziejny, albo co ona ma w sobie tak, że dla niej nie może być taki miły? Więc było tylko gorzej. I dlatego tak ją gryzło to sumienie – bo winna mu była wyjaśnienie… przynajmniej częściowe. Zdziwiła się jednak, że Sauriel napisał jej, że sam chciał się z nią spotkać, ba, wręcz wprosić się do niej. Miała taką cichą nadzieję, że… może jednak się zreflektował. Że może przeanalizował sprawę i skumał, że… chyba jednak flirty z innymi laskami (nawet jeśli okazywało się, że nawet nie istniały, bo były jakimś figlem duchów, poltergeistów czy czegoś cholera wie czego) na oczach przyszłej narzeczonej to jednak nie jest najlepszy pomysł… z kilku powodów, ale nie był. Miała taką cichą nadzieję, tak… Ale nie chciała jej w sobie podsycać.
Tym niemniej z lekką ulgą przyjęła, że Sauriel chce się zobaczyć i że nawet zaprosił ją do siebie (a nie na jakąś wycieczkę na wysoką wieżę na przykład), zaś informacja o tym, że ich sowy się chyba ten-tego sprawiła, że nawet nie odpisała mu z poprawką jego błędów w liście (a i tak miała poczucie, że były celowe), bo w miarę czytania miała ochotę tak zrobić. Ale nie zrobiła. Tylko się trochę zirytowała – tym razem na swoją zdradziecką sowę. Tak czy siak umówili się i Victoria zjawiła się u Rookwoodów. Nie w mundurze i spodniach, a w sukience – bo naprawdę lubiła sukienki. I to takie krótsze, do kolan albo i przed kolana. I wolała te bardziej obcisłe, a nie falbaniaste ciężkie ciuchy. I tak też była ubrana dzisiaj – czarna sukienka kończąca się lekko nad kolanami, nad biustem odcięta i dekolt był przykryty prześwitującą koronką. A kiedy przyszła, to skrzat szybko się nią zainteresował i od razu zaprowadził do „jaskini” Sauriela. Była tam raz, ale zadała sobie trud, by zapamiętać to jego królestwo. Teraz zaś było… dziwnie uprzątnięte. Ale ładnie. Victoria lubiła porządek. Ale i tak zrobiła duże oczy jak po środku tego wszystkiego zobaczyła stolik zastawiony porcelaną (brakowało tylko tego, by była to porcelana w kotki) i Sauriela pijącego herbatkę z filiżanki.
Taa, herbatkę. Ale nie wiedziała jeszcze, że to herbatka z prądem.
- Eee… Dobry wieczór? – wyrwało jej się i to „eeee” było nie do przesłyszenia, kiedy rozejrzała się po ścianach, a potem zatrzymała wzrok na Saurielu. I stoliku.